Podsumowanie

Dzień dobry w Nowym Roku!

Titans: Rewritten zostało oficjalnie zakończone. Z tej okazji przygotowałyśmy małe podsumowanie, bo lubimy takie rzeczy, a może i Was zainteresuje, jak prezentuje się to opowiadanie od strony liczbowej.

Za początek prac uznajemy umownie datę 10 sierpnia 2021 roku (gdy Aris zaproponowała przepisywanie pierwszego rozdziału Titans w formie opowiadania), konkretnie o godzinie 12:22, jeśli chcemy być aż tak drobiazgowi. Zakończyłyśmy opowiadanie oficjalnie 31 grudnia 2023 roku, co oznacza, że nad tekstem pracowałyśmy 2 lata i (niecałe) 5 miesięcy.

W tym czasie:

  • zapisałyśmy 88 stron w Wordzie;
  • napisałyśmy 47 962 słowa, czyli 326 497 znaków ze spacjami;
  • przyjmując, że jeden arkusz wydawniczy to 40 tysięcy znaków ze spacjami, Rewritten ma objętość trochę ponad 8 arkuszy; dla porównania propozycje wydawnicze zawierają w sobie 9 arkuszy wydawniczych – także prawie napisałyśmy całą książkę!
  • pierwszy rozdział pojawił się 19 listopada 2021 roku, sam prolog napisałyśmy i opublikowałyśmy o wiele później;
  • żeby było śmieszniej, prolog liczy sobie 746 słów, a epilog 743. Jest w tym jednak jakaś poezja;
  • Titans: Rewritten pojawiło się na 5 różnych portalach: opowi.pl, wattpad, fanfiction.net, ao3 oraz oczywiście blogger;
  • opowiadanie już w trakcie pisania przechodziło trzy duże przebudowywania fabuły – dość powiedzieć, że w pierwszej wersji nie było mowy o Jinx, za to miało pokazać się więcej twarzy znanych z serialu;
  • otrzymałyśmy ocenę -5 na portalu Wspólnymi Siłami;
  • od samego początku wiedziałyśmy, że Hank i Dawn nie pojawią się żywi na kartach tej historii;
  • dla nas obu to pierwsze tak duże ukończone opowiadanie;
  • całość opowiadania (Prolog, 15 rozdziałów oraz Epilog) sprawdzał pod kątem poprawności Adrian Jurewicz, któremu z tego miejsca pragniemy serdecznie podziękować za poświęcony czas i udzielone rady; jeśli sami chcielibyście nawiązać z nim współpracę, linki do jego social mediów znajdują się w panelu bocznym strony.

Skoro liczby już za nami, pozostaje zadać najważniejsze pytanie: co dalej?

Wersja krótka: nie wiemy.

Wersja dłuższa: zastanawiamy się nad kilkoma opcjami, m.in. tłumaczeniem tekstu na angielski czy przepisaniem tekstu na własne uniwersum, by spróbować swoich sił w świecie wydawniczym; na samym szarym końcu tkwią mgliste pierwsze pomysły na drugą część opowiadania. To co wiemy na pewno, to że robimy sobie na razie przerwę od tego tekstu. Niech poleży, przegryzie się, a nam w tym czasie wywietrzeją głowy, byśmy za jakiś czas mogły wrócić do pisania ze świeżymi pomysłami i wznowionym entuzjazmem. Może niekoniecznie do tego konkretnego opowiadania, ale do pisania ogółem.

A tymczasem pragniemy serdecznie podziękować naszym nielicznym czytelnikom, którzy przetrwali razem z nami tą podróż w głąb tego, czym Titans mogłoby być. Mamy nadzieję, że nasza wersja wydarzeń przypadła Wam do gustu i była choć odrobinę bardziej logiczna niż pierwszy sezon i bawiliście się dobrze podczas lektury. Dziękujemy serdecznie za każdy komentarz oraz za ciepłe słowa, które często służyły nam za paliwo do dalszego tworzenia :).

Krótki komentarz od Nigry: już tęsknię za pisaniem Raven xD. Fakt, było przy tym trochę nerwów, czasami wręcz niechęci, ale koniec końców, to moje pierwsze ukończone opowiadanie. Pojawiło się trochę błędów i niedociągnięć, które obecnie mogę potraktować jako doświadczenie na przyszłość. A żeby odejść od tego narzekania, to powiem, że spora część scen pisała się wręcz sama – wszelkie rytuały, interakcje Rachel z demonem – miód na moje czarne serce xD. Coś czuję, że ten brak pisarskiego celu zaowocuje pomysłem na kolejne opowiadanie (ktoś już mnie podpuszcza xD) albo chociaż oneshoty. Pragnę podziękować Aris za tą udaną współpracę – wszystkie, nawet te najdziwniejsze rozkminy, dyskusje po nocach, ogarnianie i spinanie fabuły (w czym ja wybitnie kuleję) oraz najlepszą drama queen Dicka Graysona <3. Pozwolę sobie zakończyć to opowiadanie moim ulubionym: I guess, in the end, there really is no end, just new beginnings.

(Niekoniecznie krótki) komentarz od Aris: Będzie mi się trochę tęskniło za wymyślaniem kolejnych dramatycznych tekstów Graysona, przerabianiu fabuły po raz dziesiąty ku rozpaczy Nigry czy tworzeniu memów do tego opowiadania (mamy cały folder, choć 90% z nich już się zdezaktualizowało). Z drugiej strony wciąż pamiętam niedawne frustracje związane z chociażby męką, jaką była scena Dicka w rozdziale 14 i wiem, że dla własnego zdrowia psychicznego muszę chwilę od Tytanów odpocząć. Jestem zmęczona, ale również szczęśliwa i wdzięczna za to, ile Rewritten mnie nauczyło – współpracy z profesjonalną korektą, poziomu detalu, jaki potrzebuję rozpisać w planie, czy metody “ciasteczek”, która niejednokrotnie ratowała mnie od rzucenia tym wszystkim w cholerę. Mam nadzieję, że wiedza wyniesiona z tworzenia tego projektu posłuży mi jeszcze niejednokrotnie przy nowych, już niekoniecznie Tytanowych tekstach. Nie chcę tej z założenia krótkiej notki rozciągać w nieskończoność, ale nie mogę pominąć podziękowań dla “czarnego” serca całego opowiadania, jakim jest Nigra. Bez jej umiejętności wczucia się w emocje i sposób myślenia Rae, długich discordowych dyskusji czy specjalistycznej medycznej wiedzy to dzieło nie byłoby nawet w połowie tak dobre, jak teraz. Także bez przedłużania dziękuję za owocną współpracę i liczę na to, że spotkamy się jeszcze przy niejednym pisarskim projekcie :).

Jeśli ciągle Wam mało Tytanów, możecie zerknąć do zamkniętego Kruczego Umysłu Nigry lub do starych Tytanowych tekstów Aris, które możecie znaleźć tutaj.

Jeszcze raz dziękujemy za uwagę i życzymy Szczęśliwego Nowego Roku!

The end

Epilog

Parking przypominał scenę z filmu akcji. Pod strzelistym budynkiem zakonu zebrało się całe morze karetek i radiowozów. Zjawiła się nawet straż, by zabezpieczyć walącą się pod własnym ciężarem kaplicę. Kolorowe witraże odbijały feerię świateł bijących z dachów samochodów służb ratunkowych. 

Dick odstawił kuśtykającego kultystę personelowi medycznemu i rozejrzał się dookoła. Wyłowił wzrokiem Donnę z tłumu. Składała zeznania, żywo gestykulując. Co chwilę obrzucała niechętnym spojrzeniem mijających ją raz po raz zatrzymanych kultystów. Obok niej stała kapitan Oddziału Specjalnego z rękami splecionymi na piersi. Trochę gryzło go sumienie. Jakby nie patrzeć to on wciągnął Donnę w to bagno. Oby jej tylko nie zawiesili. 

Podmuch wiatru przyniósł ze sobą przenikliwy chłód. Detektyw potarł zziębnięte ręce i zerknął w stronę porsche. Owinięta za dużą skórzaną kurtką Rachel wciąż siedziała na siedzeniu pasażera. Zaniósł ją tam, gdy ewakuowali kaplicę jeszcze przed przyjazdem służb. Jeden z ratowników próbował później namówić ją, by przeszła z nim do karetki, ale dziewczyna tylko pokręciła głową. Medyk uznał, że jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Wręczył jej koc termiczny, kubek z herbatą i tyle go widzieli. 

Grayson podszedł do uchylonych drzwi samochodu. Uśmiechnął się niepewnie do dziewczyny. 

– Jak się trzymasz? 

Oderwała zamyślone spojrzenie od drżących dłoni. Przez chwilę przyglądała się detektywowi, jak gdyby próbowała sobie przypomnieć, gdzie się znajduje. Kawałek kryształu na jej czole odbijał blask świateł ambulansów. Rana wokół kamienia zagoiła się, tak jakby klejnot tkwił w jej skórze od dawna. 

– Ja… Próbuję… – odparła drżącym głosem. Wzięła głęboki wdech. – Próbuję zrozumieć, co się stało. 

Dick przykucnął, by móc spojrzeć nastolatce w oczy. 

– To wszystko… Jakby kolejny koszmar. – Mówiła wolno, jakby bała się, że głos odmówi jej posłuszeństwa. – Tylko prawdziwy. 

– Jeśli tylko będziesz czegokolwiek potrzebowała, daj mi znać. – Ostrożnie poklepał Rachel po ramieniu. – Postaram się jakoś załagodzić sprawę waszej ucieczki z ośrodka. Rozmawiałem już też z doktor Quinzel. Jest gotowa rozpocząć z tobą terapię w każdym momencie. 

Kiwnęła powoli głową. 

– Chciałam… chciałam podziękować. Za ratunek. I przeprosić – wymamrotała niepewnie. – Gdyby nie ja, nie miałby pan teraz problemów w pracy. 

Już otworzył usta, by zapytać, skąd wie o zawieszeniu, ale zrezygnował. 

– Jeśli ktoś tu powinien przepraszać, to ja. – Pokręcił stanowczo głową. – Obiecałem, że będę cię chronił, i o mały włos nie zawaliłem sprawy. Moje zawieszenie nie ma żadnego związku z tobą. 

Rozległy się okrzyki wydawanych poleceń. Oboje spojrzeli w stronę zakonnych drzwi. To ratownicy wynosili na noszach ciało przykryte czarną folią. 

Tuż za zwłokami kroczył trzymany przez trzech rosłych policjantów Sebastian Blood. Szamotał się na wszystkie strony, bredząc coś niewyraźnie pod nosem. Nabrzmiałe, czarne żyły zbladły i zmalały, a białe włosy przybrały dawną, rudą barwę. I tylko jego oczy wciąż lśniły tym przerażającym, krwistoczerwonym blaskiem. 

– Ty! Wszystko zepsułeś! – wrzasnął na widok Graysona. – Byliśmy już tak blisko! Mogłem go pokonać! Zdajesz sobie sprawę, co narobiłeś?! – Jego wzrok padł na przerażoną Rachel. Ton głosu natychmiast ze wściekłego przeszedł w błagalny. – Raven, jeszcze nie jest za późno. Czułem jego potęgę. Musisz się przygotować. Trygon Straszliwy jeszcze powróci! Musisz stawić mu czoła! 

Ostrzegawczy monolog przerwało dopiero wepchnięcie mężczyzny na siłę do opancerzonego radiowozu. 

Dick spojrzał na Rachel. Cała drżała. Ścisnął delikatnie jej ramię, by zwrócić uwagę dziewczyny. 

– Hej, spokojnie. – Próbował uśmiechnąć się pokrzepiająco. – Blood bredzi. A nawet jeśli nie, to przynajmniej wiemy, z czym mamy do czynienia. Będziemy gotowi. 

Wpatrywała się w niego z rozchylonymi ustami. W końcu powoli kiwnęła głową. Znów wlepiła spojrzenie w plastikowy kubek. 

– Wydaje mi się… – podjął ponownie po chwili przerwy. – Że kiedy już trochę dojdziesz do siebie, powinniśmy porozmawiać. O tym, co widziałem. Co pokazał ci Trygon. 

Nie odezwała się. Piła herbatę małymi łykami. 

Dick westchnął. Wyłapał wzrokiem Jinx. Stała przy jednym z radiowozów i wyglądała tak, jakby chciała uciec. Wyłamywała sobie palce, raz po raz wędrując wzrokiem pomiędzy zamkniętym na cztery spusty Bloodem a porsche. 

Dick poklepał dach samochodu i odszedł na bok. Krótką chwilę później dziewczyna niepewnie podeszła do uchylonych drzwi. 

Parking powoli pustoszał. Pierwsze karetki opuściły już teren zakonu. W tym również ta, do której zapakowano zwłoki. 

Donna wciąż rozmawiała z policjantami. Gdy tylko skończyła, w obroty wzięła ją pani kapitan. Mina przyjaciółki zdradzała, że reprymenda była dość dotkliwa. Gdy ich spojrzenia się spotkały, posłała mu pokrzepiający uśmiech. Odwzajemnił gest. Będzie musiał później odezwać się do Kory i wziąć całą winę na siebie. W końcu to on wciągnął Donnę w to bagno. 

Sięgnął po telefon. Przez chwilę wpatrywał się w rozświetlony ekran, z kciukiem zawieszonym w powietrzu. Wciąż bił się z myślami. W końcu westchnął i wybrał numer. 

Po trzecim sygnale odezwał się głos. 

– Słucham. 

– Cześć, Bruce. Masz chwilę, żeby pogadać?

15. Klejnot

Usłyszała swoje imię. Przerażony krzyk z oddali, jakby z innego, równoległego świata. Ktoś ją wołał. Ktoś znajomy. 

Otwarła oczy. Gdy wzrok się wyostrzył, dostrzegła swoje dłonie. Były czerwone. Jej skóra była czerwona. Poderwała się, chcąc uciec od tego widoku. 

– Nareszcie wyzbyłaś się tej marnej, ludzkiej cząstki. – Głos Trygona emanował dumą. – Czujesz tę moc, Raven? – Zacisnął pięści i odchylił głowę do tyłu. 

Wpatrywała się oniemiała w ręce. Przebiegła wzrokiem po ciele. Nogi przybrały barwę krwistej rzeki. To musiała być poświata. Nie mogła przecież zmienić koloru! Wydawało jej się. Musiało się wydawać. 

– Nie… – wymamrotała zdławionym głosem. – To nie może… Nie może być prawda. Mam omamy. – Obracała rękami, jakby za którymś razem miały stać się na powrót normalne. – To szaleństwo… 

Cała drżała. Paliła ją skóra, płuca, oczy. Na twarz posypały się długie, czarne włosy. Poczuła ich muśnięcia. Były prawdziwe. Wszystko było prawdziwe.

– To jesteś prawdziwa ty, córko. – Trygon odpowiedział na jej skłębione myśli. – Jesteś zwiastunem śmierci, krukiem dla nędzników na Ziemi.

Sens jego słów ledwo do niej docierał. W skroniach dudniła krew. Jej wszechobecny zapach utrudniał myślenie. Nie potrafiła zrozumieć, co się działo. Chciała zniknąć. Uciec od wszystkich nieszczęść, które ją spotkały. Trygon mógł spalić Ziemię do gołej skały, nie interesowało ją to. Niebo mogło się walić, byleby bez jej udziału. Bez chorych przywidzeń, demonów i przemian. Mieszanka uczuć rozrywała ją od środka.

Zorientowała się, że Trygon wciąż mówił. Spojrzała na niego z odrazą, a zaraz potem na swoje dłonie. Identyczny kolor. Przejechała językiem po zębach. Przełknęła metaliczny smak krwi.

Rozcięła język na kłach.

Spanikowana sięgnęła ku głowie. Nic nie wyczuła. Nie było rogów.

– Nie jesteś moją kopią, nawet w najczystszej formie. – Trygon roześmiał się złośliwie. – Jesteś tylko ułamkiem najczystszego zła, Raven. – Zmrużył oczy. – Choć potężniejsza od tych marnych istot, w niczym nie równasz się ze mną.

Rachel złapała się za twarz. Wyczuła je. Zacisnęła wszystkie cztery powieki. Z gardła wydarł się nieludzki jęk. Upadła na kolana.

– Jaki ojciec, taka córka – stwierdził z wyższością.

Była jak on. Była demonem jak Trygon. Od zawsze wiedziała, że siedziało w niej coś złego. Czuła całą sobą. Miała rację. Wszyscy mieli rację.

– Ten klejnot z ognia zrodzony… – Melodyjne głosy doleciały jakby z zaświatów. – W portal się przemieni, nadchodzi władca…

Rachel wsłuchała się w słowa. Miały w sobie dziwną moc. Wprawiały powietrze w drgania. Niosły siłę, która wywoływała na ciele gęsią skórkę.

Trygon wydawał się równie skupiony na modlitwie. Stał z rozpostartymi rękami i zamkniętymi oczami. Chłonął energię całym sobą.

– Nadchodzi teraz, to koniec dla tej Ziemi.

Skat ryknął na cały głos. Ryk tak pierwotny, że zdmuchnął płomienie i zatrząsł rzeczywistością.

Rachel skuliła się. Drżała ze strachu. Chciała do mamy. Poczuć jej ciepły uścisk, usłyszeć kojący głos i zapewnienie, że była bezpieczna.

Ale to miało już nigdy nie nastąpić. Śmierć Angeli. Śmierć Mary. Wszystkie te lata męczarni z demonem, koszmarami, omami, szeptami w głowie.

Wszystko na marne.

Miała sprowadzić koniec świata na miliardy niewinnych istnień. Dlaczego ona?

– Naiwni – prychnął Trygon. – Wsłuchaj się w te głosy. Czujesz tę moc? – Nabrał głęboki wdech. – Płynie z ich wiary. Wiary w to, że oddając mi cię dobrowolnie, oszczędzę ich marne dusze. Ta ciemna masa zatruwa ten świat i wyświadczymy im przysługę, odbierając im życie. Staną się częścią mnie i przyczynią się do oczyszczenia wszechświata z plugastwa! – roześmiał się z ironią.

Rachel spojrzała na niego z odrazą. Płomień nienawiści przyćmił cień strachu, jaki w niej pozostał. Czuła nieznaną siłę, buzującą w jej ciele. Napierała od wewnątrz, jakby chciała się uwolnić.

– Wypełnia cię potęga Trygona Straszliwego. – Skierował dwie pary oczu na dziewczynę. – Jesteś częścią mnie i to mi będziesz służyć, córko!

Jego gardłowy krzyk przebił ścianę ognia i poniósł się w nicość. Umilkł.

Jednak w Rachel zawrzało. Spojrzała na swoje dłonie. Zaciśnięte w pięści, krwistoczerwone. Zupełnie jak Trygona. Nie mogła na to pozwolić. Nie była jak Trygon. Nie chciała krzywdzić. Satysfakcja, którą kiedyś czuła, nie była jej. Nie była zła. Nie była żyjącym w niej demonem. Wreszcie zrozumiała.

Nie była Trygonem.

– Mylisz się – odezwała się cicho. Jej głos był niski, wydobywał się z samego wnętrza.

Wyprostowała się. Dopiero teraz zauważyła, że mogła spojrzeć ojcu w oczy bez zadzierania głowy. Byli tego samego wzrostu.

Skat zmrużył powieki. Zewsząd rozległ się pomruk gniewu.

– Mylisz się – powtórzyła głośniej, zadziwiona swoją stanowczością. – Mogę być twoją córką, ale nie jestem twoją własnością.

Choć to wszystko wydawało się absurdalne, przestało mieć dla Rachel jakiejkolwiek znaczenie. Realne czy nie, zbyt długo jej życie było kontrolowane przez strach i nienawiść. Do demona. I do niej samej. Nie była niczyją własnością. A już na pewno nie potwora, uważającego się za jej ojca.

– Zważaj na słowa. – Trygon pochylił głowę. Jego oczy zniknęły za rubinową poświatą. – Jesteś zależna wyłącznie od mojej woli. To mi zawdzięczasz swoje życie i moc, i to ja mogę ci je w każdej chwili odebrać.

– Możesz je sobie zabrać – syknęła. Obraz zakryła czerwona, przezroczysta przysłona. – Zabierz je i idź w diabły!

Przypomniała sobie słowa Brata Blooda. Najpotężniejsza istota we wszechświecie. Demon, który przybędzie, by zniszczyć Ziemię. Nie mogła do tego dopuścić. Tylko jak miała go powstrzymać?

– Naiwna jesteś, Raven. – Roześmiał się Trygon. – Chciałem dać ci zaszczyt trwania u mego boku, by napawać się widokiem płonącego świata, jednak nie pozostawiasz mi wyboru. – Wyciągnął łapę zakończoną szponami w jej stronę.

Drgnęła. Impuls przebiegł przez całe ciało. Przed oczami mignęły miliony obrazów. Uniesione przed siebie dłonie objął chłód. Świat na ułamek sekundy utonął w mroku.

Jej dłonie okrywała czarna, buzująca chmura. Z łapy Trygona unosił się krwisty dym, a czerwień jego oczu przygasła.

– Naciesz się tą mocą – wycedził z wysiłkiem demon. – Gdy tylko spotkamy się na Ziemi, odbiorę, co moje! – Ryknął z wściekłością.

Płomienny krąg się zacieśnił. Podłoże rozświetliło się złotym kolorem. Krzyki z zaświatów nabrały na sile.

– Niczego nie dostaniesz!

Dziewczyna machnęła rękami w bok. Działała instynktownie.

Trygon wystrzelił w powietrze. Przebił ścianę ognia i zniknął w nieprzeniknionej ciemności.

Rachel rozglądała się nerwowo. Kręciła się w miejscu, napięcie w niej narastało. Gdzie on się podział? To nie mogło być tak proste.

Cios w plecy. Poleciała do przodu. Nie zdążyła zamortyzować upadku. Wyrżnęła twarzą w świetlistą podłogę.

– Jak śmiesz zwracać się przeciwko mnie?! – Jego krzyk wstrząsnął ziemią.

Rachel poderwała się w powietrze. Wierzgała nogami. Głos ugrzązł jej w gardle. Trygon trzymał ją niewidzialną łapą za szyję. Dusiła się. Obraz zaczął rozmazywać się w napływających łzach.

– Miałaś być moją dumą. – Wyciągnął ku niej drugą rękę. – A zawiodłaś mnie, Raven. – Dotknął jej czoła.

Potężny rozbłysk światła.

Rachel odrzuciło w tył. Szarpnęło całym ciałem. Poczuła tą dziwną, znaną lekkość i chłód. Na moment wszystko przestało istnieć. Nie było Trygona. Nie było ognia. Nie było jej.

Pozostał jedynie kruk.

***


Dick rzucił się w lewo. Chwycił kultystę za pelerynę i pociągnął ku sobie. Ten zamachnął się. Błysnęła stal. Dick syknął, gdy sprężynowy nóż dosięgnął ramienia. Odskoczył przed lawiną niewprawnych ciosów. Wycelował w nos. Kości chrupnęły pod jego pięścią. Kruk zatoczył się, zakrywając twarz dłońmi. Grayson rzucił się na przeciwnika. Nóż upadł z brzękiem. Trzy precyzyjne uderzenia później kultysta zwijał się z bólu na podłodze.

Mężczyzna zerknął w stronę Donny. Ciosem z dołu wbiła się w brzuch Kruka. Kiedy zgiął się wpół, łokieć wycelowany prosto w kark powalił go na podłogę. Otarła rozciętą wargę i uchyliła się przed następnym ciosem. Walczyła niczym zawodowy bokser. Parła w stronę ołtarza, przy którym Jinx starała się obudzić Rachel.

Sebastian jako jedyny nie zwracał uwagi na panujący chaos. Krok za krokiem zbliżał się do cofającej się w przerażeniu Bennett. Wbijał w nią chłodne spojrzenie.

– Nie mam do ciebie pretensji – odezwał się, gdy kobieta uderzyła plecami w ścianę. – Rozumiem, dlaczego to zrobiłaś.

– Dlaczego więc nie pozwolisz mi dokończyć? – warknęła. W drżącej dłoni ściskała sztylet. Wyglądała niczym przerażona, zagnana w kąt mysz. – Wciąż nie jest za późno. Wciąż możemy wypełnić przepowiednię.

– Owszem. Wciąż nie jest za późno. – Postąpił do przodu. Lodowate spojrzenie przeszywało rozmówczynię na wskroś. – Zdradziłaś moje zaufanie, Josephine. Okażę ci jednak łaskę. – Wyciągnął dłoń w jej stronę. – Zakończmy to szaleństwo.

– S-skat mnie wybrał – wyjąkała z trudem. Sztylet drżał coraz mocniej. – Muszę… muszę dokończyć dzieła. Tak, jak planowaliśmy. Tylko odesłanie Klejnotu nas ochroni.

– Masz rację. – Jego głos znów brzmiał jak miód. Nawet nie zorientowała się, kiedy stanął tuż przed nią. Owionął ją ciepły oddech. Mężczyzna chwycił jej drżące dłonie. – Zrobimy to tak, jak trzeba. Tak jak zawsze chcieliśmy. – Obdarzył ją delikatnym uśmiechem.

Obok nich rozległ się huk. Rzucony przez Dicka Kruk uderzył o ścianę. Z jękiem zsunął się na podłogę. Z rozbitego czoła kapała krew.

– Nasi przyjaciele już dość wycierpieli. – Spojrzenie Sebastiana pociemniało, gdy przyglądał się wyznawcy. – Nie sądzisz?

Niepewnie skinęła głową.

– Obiecaliśmy im zbawienie – wyszeptała przez zaschnięte gardło. Z trudem przełknęła ślinę.

– I dotrzymamy słowa. – Ciepłe dłonie powoli rozluźniły uścisk. – Ty i ja. Matka i Ojciec. Uratujemy ich wszystkich. Jesteśmy im to winni.

Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę w skupieniu. W końcu jej twarz rozjaśnił zmęczony uśmiech. Z cichym westchnieniem oddała sztylet.

– Dziękuję. – Blood skłonił głowę. – Byłaś mi przez te lata nieocenioną pomocą, Josephine Bennett.

– Przepraszam, że w ciebie zwątpiłam. – Wbiła wzrok w podłogę. – To już się nigdy więcej nie powtórzy.

– Wiem.

Jedną ręką chwycił ją w talii i przyciągnął do siebie. Chwyciła poły jego szaty i odchyliła głowę. Przymknęła oczy, oczekując pocałunku.

Poczuła piekący ból na szyi, a zaraz po nim ciepło, spływające w dół jej szat. Zaskoczona, otworzyła oczy. Chwyciła się za gardło. Krew płynęła strumieniem z rany. Chciała coś powiedzieć. Wydała z siebie tylko jękliwy charkot. Przerażona, spojrzała na Blooda. Ten bez cienia emocji przyglądał się, jak jego ulubiona pomocnica osuwa się na kolana, a potem ląduje twarzą w kałuży własnej krwi.

Ostatni z przeciwników uderzył z łomotem o podłogę. Dick oddychał ciężko, oparty o ścianę. Zmęczenie dawało o sobie znać. Czuł, jak z knykci sączy się krew. Docisnął rękę do poobijanych żeber. Spojrzał w stronę ołtarza. Zamarł.

– Blood! – ryknął i rzucił się w tamtą stronę.

Sebastian odepchnął protestującą Jinx. Syknął, kiedy różowy rozbłysk poszarpał ceremonialną szatę. Dziewczyna po mocnym uderzeniu w głowę osunęła się bez życia.

Blood zaklął pod nosem i odwrócił się w stronę rytualnej ofiary. Ciął Rachel w rękę. Przyssał się ustami do rany.

– To koniec dla tej Ziemi! – krzyknął, plując krwią. Oczy rozbłysły oślepiającym blaskiem.

Ziemia zadrżała. Siła wstrząsu powaliła wszystkich na ziemię. Relikwiarz spadł z kamiennej półki. Rubin roztrzaskał się na milion kawałków.

Portal rozszerzył się. Buchnęły płomienie. Rozległ się ogłuszający, demoniczny śmiech.

Jako pierwsze pojawiły się szpony. Czarne i ostre, wysunęły się z tafli portalu. Tuż za nimi ukazała się ogromna czerwona łapa. Demoniczna dłoń wysunęła palec wskazujący. Dotknęła nim czoła Rachel, rozcinając skórę.

Dziewczyna zadrżała i wygięła się w łuk. Okruchy rozbitego rubinu uniosły się w powietrzu. Zawirowały wokół lewitującego ciała, aż w końcu wylądowały w dłoni potwora. Zacisnął ją w pięść, a odłamki połączyły się znów w jedność. Demon chwycił klejnot i umieścił go w ranie na czole.

Dick podciągnął się na łokciach w stronę ołtarza. Musiał ją ratować. Musiał zamknąć portal. Tylko jak?

– Dołącz do mnie.

Niski tembr głosu rezonował tak mocno, że detektyw chwycił się za głowę. Miał wrażenie, że wibracje rozsadzą mu czaszkę.

– Rachel! – wydusił tylko. Zwrócił się z błagalnym spojrzeniem w stronę Donny. Przyjaciółka zwinęła się na podłodze, pojękując cicho.

Nie miał innego wyjścia. Pomimo bólu zaczął się czołgać w stronę ołtarza. Musiał pomóc Rachel. Obiecał jej to.

– Nie dostaniesz jej. – Blood zmienił się nie do poznania. Oczy poczerwieniały. Jego ciało pokryły nabrzmiałe, czarne żyły. Do tej pory rude włosy wydłużyły się i przybrały śnieżnobiałą barwę. Stał w płomieniach, niewzruszony. – Zakończymy to tu i teraz. – Zamachnął się.

Sztylet wbił się w rękę potwora. Ten cofnął dłoń. Bezwładne ciało Rachel opadło z głuchym łoskotem na ołtarz.

– Jak śmiesz?! – Ryk demona był ogłuszający. – Niewdzięczny robaku! To mi zawdzięczasz wszystko, co masz!

Ręka sięgnęła w stronę Blooda. Kapłan z nadludzką wręcz prędkością unikał schwytania. Wykonywał przy tym kolejne cięcia, które wprawiały demona w coraz większą wściekłość. Kapiąca z ran krew wypalała dziury w posadzce.

Dick doczołgał się z trudem do ołtarza. Teraz kiedy Skat skupiony był na Bloodzie, dudniący hałas i rozsadzający czaszkę ból zelżały. Spojrzał na portal. Łapa demona wysunęła się już prawie do ramienia. Jeśli czegoś szybko nie zrobi, za kilka chwil Trygon przeniknie do ich wymiaru.

– Rachel? – Podniósł się na rękach. Niepewnie dotknął nieprzytomnej dziewczyny.

Pociemniało mu przed oczami. Poczuł się tak, jakby tonął. Rozejrzał się dookoła. Stał zanurzony po samą szyję w morzu krwi. Coś chwyciło go za nogę. Próbował się wyrwać, ale tajemnicza siła pociągnęła go w dół. Zachłysnął się.

Obraz uległ zmianie. Stał na spalonej ziemi, otoczony przez ogień i jęki pełne bólu. Wyczuł zapach dymu i siarki. W oddali dostrzegł demona. Był tak przerażający, jak mówiły księgi – ogniście czerwona skóra, opinająca umięśnione, monstrualnie wielkie ciało. Potężne, zakrzywione rogi nosił niczym koronę. Dwie pary oczu i przerażający uśmiech, ukazujący ostre kły mroziły krew w żyłach. Trygon górował nad klęczącą u jego stóp niewielką postacią. Wyciągnął łapę w jej stronę.

– Rachel! – krzyknął Dick, ale jego głos utonął w kakofonii płaczu i lamentów.

Odwróciła głowę w jego stronę. Jej skóra była równie czerwona, co ojca. Z dwóch par oczu płynęły łzy.

Chciał do niej podbiec. Gdy tylko wykonał pierwszy krok, wizja rozmyła się. Znów był w kaplicy.

Rachel gwałtownie otworzyła oczy. Pokryły się białą poświatą. Wyciągnęła przed siebie dłoń, którą otaczała czarna chmura energii. Moc wystrzeliła w stronę portalu.

Ryk demona był tak ogłuszający, że Dick upadł na kolana. Zakrył uszy. Mimo to nie był w stanie odwrócić wzroku. Moc Rachel rozdzieliła się na wstęgi, które spętały rękę Trygona. Jedna z nich odcięła szpon, który wbił się z impetem w kamienną podłogę. W miejscu zetknięcia z magią skóra zaczęła dymić.

Demon szarpał się jak oszalały, wyrzucając z siebie przekleństwa pod adresem córki. Pomimo zaciekłej walki nie był w stanie uwolnić się z uścisku. W akcie desperacji skierował swoje czarne szpony wprost ku Rachel.

Dick chciał krzyknąć, ale w tym momencie pomieszczenie zalała oślepiająca wręcz jasność. Jej źródło stanowił kamień, tkwiący na czole dziewczyny. Białe światło przybrało postać kruka. Stworzone z czystej energii zwierzę ruszyło na Trygona. Ostre szpony cięły dłoń mocniej, niż mógł to uczynić sztylet Blooda. Demon z rykiem bólu wycofał rękę wprost w otchłań portalu. Kruk podążył za nim.

Pomieszczenie zatrzęsło się w posadach. Ognie piekielne wygasły. Portal zaczął się zmniejszać. Nim znikł zupełnie, kruk powrócił. Kilka sekund później jedynym świadectwem obecności Trygona pozostał wbity w podłogę szpon.

Biały ptak również zmalał. Rozejrzał się po pomieszczeniu, zatrzepotał skrzydłami i wylądował na klatce piersiowej Rachel. Po chwili również i on zniknął, wchłonięty przez rubin.

– Rachel? – Dick nachylił się nad dziewczyną.

Biała poświata z jej oczu zniknęła. Zamrugała niepewnie.

– Pan Grayson? – wyszeptała cicho.

Uśmiechnął się do niej pokrzepiająco.

– Już po wszystkim. Jesteś bezpieczna.

14. Potępieni

Na początku była nicość. Wszechogarniająca, lecz nieogarniona. Brak czasu. Brak przestrzeni.
Początek wszystkiego. Świata i czasu, dobra i zła. Pustka, z której wyłonił się wszechświat.
To, co nadejdzie oraz przeminie. A także to, co wieczne.
Skat widział narodziny każdego wymiaru. Zobaczy też jego koniec. I będzie jego przyczyną.
Światło z ciemności. Czerwień wypierała nieprzeniknioną czerń. Płomień najczystszego zła rozprzestrzeniający się po świecie. Skat, Trygon, Pożeracz Światów. Bez względu na imię – ta sama potęga, ten sam byt zagarniający kolejne istnienia, by w końcu dotrzeć i tu.
Na Ziemię.
Rachel nie mogła ingerować. Wiedziała, kim była. Kiedyś – dziewczyną z Detroit, dziwaczką, od której lepiej trzymać się z daleka. Obecnie – córką Trygona. Całego zła wszechświata, które mogła jedynie obserwować zza kurtyny oddzielającej ją od rzeczywistości. Była wyższą siłą. Była Trygonem. Jego mocą i potęgą, narzędziem w rękach pradawnego zła.
I nagle była Angelą. Przeżywała moment, który bezpowrotnie zmienił życie biologicznej matki w piekło. Na ten sam los skazała wszystkie istoty tego świata. Widziała jego twarz, obrzydliwą i nieludzką, oraz ich twarze, rozciągnięte w zachwyconych uśmiechach. Krzyczała, ale jej przerażenie tłumaczyli sobie ekstazą. Żałowała, lecz nikogo nie była w stanie tym uratować. Przeklinała dzień, w którym otworzyła święte księgi.
Wszystko stanęło w płomieniach. Zewsząd dobiegł znajomy głos. Rozpaczliwy, przepełniony cierpieniem wrzask. Żywot Mary rozpłynął się z krzykiem w piekielnym ogniu. Wszystkich czekał taki los.
I Rachel nie mogła zupełnie nic na to poradzić.
– To zwykli śmiertelnicy. – Głęboki, wprawiający w wibracje wszystkie cząsteczki ciała głos odezwał się w jej głowie. – Zrozumiesz to, gdy poczujesz potęgę drzemiącą w tobie, córko.
Płomienie stopniowo malały. Czerwień u ich podstawy zaczęła spływać strugami krwi ku stopom Rachel. Chciała uciec, lecz ciało odmówiło posłuszeństwa.
Nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Fizycznie, czy metafizycznie. Czy wciąż na Ziemi, czy gdzieś daleko poza ludzkim pojmowaniem. Czuła wyrywającą się z piersi ekscytację. Ekscytację długiego oczekiwania, które wreszcie miało zostać spełnione.
Płomienie opadły niemal całkowicie. Jej stopy zniknęły w wartkim strumieniu krwi. Zewsząd dobiegał cichy, jednostajny głos. Wiele głosów. Potok zharmonizowanych, pewnie wypowiadanych słów, których nie rozumiała. Przepełnionych mocą, wzbudzającą gęsią skórkę na całym ciele.
Spojrzała na swoje odbicie w rzece. Choć okryte czerwienią, wyglądała zwyczajnie. Niemal normalnie, jeśli było cokolwiek normalnego w tym, co się działo.
Gładka tafla zafalowała. Obraz zniekształcił się.
Rachel krzyknęła.
Demoniczne odbicie uśmiechnęło się złośliwie, mrużąc dwie pary błyszczących oczu.
To nie mogła być ona. Uderzyła ręką w taflę krwi. Odbicie zniknęło, lecz po chwili wykrystalizowało się jeszcze wyraźniejsze. Bardziej rzeczywiste.
– Możesz wypierać, kim jesteś, lecz prawdy nie zmienisz – odezwał się szorstki głos.
Chciała krzyczeć. Zaprzeczyć, lecz nie miała tu głosu. Zaczęła desperacko walić pięściami w taflę. Łzy bezradności pociekły jej po policzkach.
Szarpnęło nią. Poczuła stalowy uchwyt na nadgarstku. Zachwiała się, poleciała do przodu. Zacisnęła powieki i w ostatniej chwili nabrała powietrza. Otoczyła ją ciepła, lepka krew.
Opuściła ją cała panika. Otuliły ją rytmicznie wypowiadane słowa. Głosy ludzi przepełnionych wiarą przyprawiały ją o dreszcze. Poruszały coś skrytego głęboko w niej, budząc do życia. Poczuła nagły przypływ siły i pewności siebie.
Wynurzyła się. Krew ściekała jej po twarzy.
– To tylko namiastka tego, co na nas czeka – oznajmił głos. – Słowa są niczym w porównaniu do życiowej energii.
Starła krew z twarzy. Nadal czuła jej ciepło, a metaliczny zapach wypełniał nozdrza.
– Energii, którą ty również posiądziesz.
W rzece krwi powstały zakłócenia. Strumień zafalował i na moment zwolnił.
Odgarnęła lepkie włosy do tyłu. Zamarła w połowie ruchu.
Jej oczom ukazała się potężna sylwetka. Oświetlana od tyłu płomieniami, ukryta przed Rachel w cieniu, zdradzała jedynie muskulaturę oraz masywne rogi. I cztery, płonące najczystszym gniewem, punkty. Oczy, które od tylu lat nie dawały jej spokoju.
Oczy jej ojca.
– Wreszcie cię odnalazłem, Raven. – Postąpił krok do przodu.
Krwistoczerwona skóra opinała wyrzeźbione mięśnie. W blasku ognia połyskiwały srebrne karwasze i nagolenniki. Długie, białe włosy powiewały razem z przepaską biodrową. Uśmiechnął się, ukazując ostre kły.
– Nie lękaj się, córko. Przybywam po dusze nędznych śmiertelników.
Rachel wpatrywała się w niego bez słowa. Każdy najmniejszy mięsień i każda zmarszczka tworzyła twarz okrutnika bez żadnych skrupułów.
Dziewczyna czuła emanującą od niego potęgę. Przewyższał ją kilkakrotnie i przytłaczał swoją obecnością. Zaburzał bieg krwistej rzeki, zaburzał bieg czasu. Myśli Rachel zwolniły. Chłonęła obraz kreatury, która miała być jej ojcem. To nie mogło dziać się naprawdę.
– Twój umysł jest jeszcze za słaby, by zrozumieć. – Trygon zmrużył oczy. – Ale już niedługo, dziecko. Już niedługo przybędę i poznasz pełnię mojej mocy – zagrzmiał bez cienia wątpliwości.
Rachel wstrząsnął dreszcz. Chciała się schować, uciec, zniknąć. Krzyk Skata odbijał się echem w jej głowie. Zewsząd docierała do niej rytmiczna inkantacja. Głosy wielu ludzi złączone w jeden. Nurt rzeki przyspieszył i zaczął piąć się ku górze. Otulił ją słodki zapach kadzidła, zaś w ustach poczuła metaliczny smak.
Splunęła krwią.
Rozwarła oczy w przerażeniu. Zaczęła się dławić. Uniosła rozbiegane spojrzenie na Trygona. Uśmiechał się z politowaniem.
– Czuj się wyróżniona, moje dziecko. Odrzucasz właśnie śmiertelną cząstkę, by złączyć się z pierwotną siłą.
Rachel opadła na kolana. Chwyciła się za szyję. Obraz rozmazywał się. Stała oko w oko ze śmiercią.
Ściana ognia wystrzeliła do góry. Wyłoniła się z niej czarna sylwetka, która usiadła na ramieniu Trygona. Kruk, zwiastun śmierci i odnowy.
Jednocześnie rozległo się przeszywające krakanie i kakofonia krzyków.
– Już czas, Raven. 

***
 
Josephine Bennett zeszła do kaplicy, ukradkiem wycierając spocone dłonie w materiał ceremonialnej szaty. Dla pewności wytarła również rękojeść sztyletu. Nie wiedziała, czy bardziej denerwowała się przez swoją jawną zdradę, czy z powodu nadciągającego rytuału. Jedyne, czego była pewna, to że na jej barkach spoczywała odpowiedzialność za Kruki, za Sebastiana, za losy całego świata. Nie mogła się już wycofać.
Kruki kończyły właśnie ostatnie przygotowania, rozpalając czarne świece, które ustawiono wokół ołtarza. Na kamiennym blacie spoczywał nieprzytomny Klejnot. Ktoś podwinął rękawy jej długiej sukni, a ktoś inny ustawił pod wysuniętą dłonią złotą misę.
Jak jeden mąż odwrócili się w stronę Matki. Ta uśmiechnęła się pokrzepiająco do zebranych.
– Nadeszła godzina próby. Możemy zaczynać.
Podeszli razem do ołtarza. Kruki ustawiły się w kole, podczas gdy Bennett zajęła miejsce na podwyższeniu. Spojrzała na spokojną twarz Klejnotu. Dziewczyna oddychała miarowo. Sprawiała wrażenie, jakby była pogrążona w głębokim śnie. Może to i lepiej. Odejdzie z tego świata w ciszy.
Matka wzięła głęboki wdech. Znała przebieg rytuału na pamięć. Niezliczone godziny praktykowała każdy najmniejszy gest pod czujnym okiem Sebastiana. Wtedy była tylko prawą ręką. Teraz grała główne skrzypce.
– Ciało z ciała, krew z krwi. – Uniosła wzrok i dłonie, w których trzymała ostrze. – Ojciec i dziedzic, korona i klejnot w niej. Pobłogosław Panie to ostrze, by przecięło pęta grzechu, wiążące twoich wiernych.
– Pobłogosław… – powtórzyli zebrani zgodnym chórem.
Ostrożnie odłożyła ostrze obok głowy Klejnotu. Sięgnęła po jedyną niezapaloną świecę i uniosła ją. Czuła na sobie pełne napięcia spojrzenia Kruków. Żałowała, że nie mogła skryć się w cieniu kaptura. Musiała przynajmniej udawać pewność w powodzenie całego planu.
– Pobłogosław Panie te świece, by rozświetliły mroki zwątpienia i wznieciły w nas twój oczyszczający ogień. – Rozpaliła ją, zbliżając knot do płomienia drugiej świecy. Miała tylko nadzieję, że nikt nie dostrzegł jej drżących rąk.
– Pobłogosław…
Bennett położyła dłoń na klatce piersiowej Klejnotu, w miejscu, w którym powinno znajdować się serce. Wyczuła nikły puls.
– Usłysz Panie nasze błaganie – odchrząknęła, gdy głos jej się załamał, i kontynuowała pewniejszym tonem: – Wołamy do ciebie, pozwól nam dostąpić zbawienia. Pobłogosław ten Klejnot, by pozwolił nam dojrzeć twe oblicze i przyprowadził nas bezpiecznie do ciebie.
– Pobłogosław!
Odłożyła świecę na miejsce i ponownie chwyciła za sztylet. Obeszła ołtarz i stanęła obok misy. Ostrze w migotliwym świetle błysnęło na czerwono, gdy podawała je pierwszemu Krukowi.
– Oto jest klucz do życia wiecznego – wymruczała.
– Panie, oto sługa twój. – Skłonił głowę. Podwinął rękaw szaty i pewnie chwycił ozdobną rękojeść. Jednym szybkim cięciem otworzył skórę dłoni. Krew wartkim strumieniem spłynęła do misy. Oddał sztylet i z modlitwą na ustach powrócił na swoje miejsce.
Matka przetarła chłodny metal materiałem szaty. Przez ułamek sekundy wydawało jej się, że w stalowym odbiciu ujrzała parę czerwonych oczu. Zamrugała, ale złudzenie zniknęło. Podniosła głowę i z uśmiechem wręczyła sztylet kolejnemu wiernemu.
Kiedy ofiara została złożona, sama stanęła nad misą. Wyrecytowała tę samą formułkę, co pozostali, po czym wykonała cięcie. Poczuła przyjemne mrowienie, które rozlało się po całym ciele. Przez dłuższą chwilę przyglądała się z fascynacją, jak ciepły strumyk spływał z pluskiem do misy. Zacisnęła dłoń w pięść. Dym kadzideł i woskowych świec mieszał się z charakterystycznym zapachem krwi. Odetchnęła głęboko.
Jeszcze tylko trochę. Tak długo na to czekała.
– Panie, usłysz wołanie swoich wiernych – zaczęła ochrypłym z przejęcia głosem. Podeszła do Klejnotu i chwyciła wiotką, bladą dłoń. – Oto Klejnot w twej koronie. Niech za twoim błogosławieństwem otworzy nam bramę do raju i zajmie miejsce u twego boku.
– Panie, usłysz nasze błaganie, wysłuchaj naszej prośby.
Jeśli dobrze pamiętała, święte teksty mówiły o wyjątkowym, czarnym zabarwieniu krwi dziecka Skata. Tymczasem z rany na dłoni płynęły krople w tym samym, intensywnie czerwonym kolorze, co u pozostałych. Dopiero gdy pierwsza z nich skapnęła do misy Bennett zrozumiała, że księgi nie kłamały. 
W czarze zawrzało. Krew spieniła się i pociemniała. W konsystencji przypomniała gotującą się, dymiącą smołę. Matka przez chwilę zastanawiała się, czy taka temperatura nie stopi ostrza. Mimo to zanurzyła czubek sztyletu w rozgrzanej krwi. Chłodny do tej pory metal rozgrzał się, ale utrzymał swoją formę.
Kruki zaintonowały cicho pieśń. Psalm dusz potępionych, błagających o zbawcze światło z niebios. Czy powinna im powiedzieć, że zamiast zbawienia wzywali potępienie wprost z najgłębszych czeluści piekieł? 
Podeszła do ołtarza. Święte ostrze w zetknięciu z podłogą zasyczało, wypalając w kamieniu czarne linie. Matka zaczęła z największą uwagą rysować wzór – symbolizujące nieskończoność koło i wpisany w nie trójkąt, przecięty trzema liniami. A pośrodku tego wszystkiego kamienny ołtarz i spoczywający na nim Klejnot. 
Ukończyła rysunek pewnym pociągnięciem ostrza. Wzór rozjarzył się czerwonym blaskiem. Kruki ustawiły zapalone świece na wierzchołkach trójkąta, i stanęły w kole wokół ołtarza. Wciąż nie przestawali śpiewać. 
Kiedyś uwielbiała ten psalm. Teraz najchętniej odcięłaby sobie uszy. 
Odłożyła sztylet do wnęki obok relikwiarza i sięgnęła po świętą księgę. Zajęła miejsce w kole, tuż nad głową Klejnotu. Odszukała odpowiednią stronę i rozpoczęła inkantację: 
– Ten Klejnot z ognia zrodzony w portal się przemieni. 
Kruki dołączyły do recytacji. Najpierw nieśmiało, później z większą już pewnością powtarzały za Matką: 
– Nasz pan i władca nadchodzi teraz! 
Nagły podmuch wiatru zgasił wszystkie świece. Pomieszczenie pogrążyło się w mroku. Rozległy się pełne trwogi okrzyki. Ciemności rozświetlił wyrysowany krwią wzór. Z każdą chwilą czerwona poświata przybierała na sile. 
Bennett poczuła, jak księga ciąży jej w rękach. Kolejny podmuch przewertował karty i ustał, dopiero gdy oczom kobiety ukazała się ozdobna litera S. Tusz, którym narysowano fantazyjne zdobienia, płonął równie mocnym blaskiem co wzór na podłodze. Czerwona łuna utworzyła ścianę pomiędzy wiernymi a Klejnotem. 
Matka niepewnie dotknęła symbolu i krzyknęła, upuszczając księgę. Ujrzała świat skąpany w płomieniach. Żar parzył jej skórę. W uszach rozbrzmiał okrutny śmiech, który po chwili utonął w kakofonii jęków i płaczu. 
Mrugnęła i wróciła do rzeczywistości. Kruki rozglądały się w panice po pomieszczeniu, ale nie przerwały formacji. 
– Nie traćcie wiary! – krzyknęła. 
Świece wybuchły wysokim płomieniem. Podłoga pod stopami zadrżała. Nad czołem Klejnotu pojawił się mały, jasny punkt. Uniósł się w górę ponad głowy zebranych. Począł rosnąć i rosnąć, pochłaniając sufit. Okrąg światła powiększał się, topiąc przy tym zwisające z góry łańcuchy. 
Bennett wpatrywała się z otwartymi ustami w rozgrywające się przed nią cuda. Tak długo o tym marzyła! Czuła jak adrenalina buzuje w jej żyłach. Wystarczy tylko przenieść Klejnot przez portal, i Ziemia zostanie uratowana. Przez nią! 
– Stójcie, idioci! Nie macie pojęcia, co robicie! 
Zamarła. Krew odpłynęła z jej twarzy. Znała ten głęboki głos aż za dobrze. Nie powinno go tutaj być. Przecież się nim zajęła. Jakim cudem?! 
Odwróciła się. U podnóża schodów stał Sebastian. Chwiejna postawa zdradzała, że narkotyk wciąż płynął w jego żyłach. 
Matka zmrużyła oczy. Bloodowi towarzyszył ten przeklęty detektyw, który deptał Kościołowi po piętach, cholerna Jinx i kobieta, której nigdy wcześniej nie widziała na oczy. 
Zacisnęła wargi. Czwórka przeciwko dwudziestce. Nie mieli z nią żadnych szans. Nie, kiedy w grę wchodziło zbawienie. 
 
***
 
Dziewczyna przedstawiła się jako Jinx. Na pierwszym wdechu powiedziała, że razem z Rachel znajduje się w zakonie i są w ogromnym niebezpieczeństwie. Na następnym wdechu zaczęła mówić coś o zagrożeniu, ale Dick usłyszał jedynie trzaski zakłóceń. Zerwało połączenie. 
Kolejny telefon wykonał już z trasy. Donna odebrała po pierwszym sygnale. Wystarczyło jej tylko krótkie „ruszamy”. 
Przez całą drogę do zakonu Dick klął, na czym świat stoi. Klakson rozbrzmiewał niemal nieustannie do spółki z warkotem silnika, gdy detektyw wciskał gaz do dechy. To, że nie zatrzymała go policja, należało uznać za cud. 
Przed zakonem wyhamował z piskiem opon. O mało co nie władował się w bagażnik zaparkowanego koło bramy porszaka. 
Donna wyskoczyła z samochodu na widok Audi. Już otwierała usta, by opieprzyć Dicka za brawurową jazdę, ale na widok jego miny zrezygnowała. Bez słowa podała mu torbę ze sprzętem. Sama była gotowa do akcji. 
Błyskawicznie spakował potrzebne rzeczy do przegródek pasa bojowego. Zapiął go i zamknął bagażnik. 
Donna zaś wdała się właśnie w rozmowę z jakąś nastolatką, która gestykulowała żywo, tłumacząc coś. 
– Ty jesteś Jinx? – zapytał dla pewności, naciągając rękawice na dłonie. 
Dziewczyna obróciła się nerwowo. Miała rozwarte szeroko oczy i była nadzwyczaj blada. 
– Tak, to ja po pana dzwoniłam. Rachel miała pańską wizytówkę. – Wyciągnęła rękę. Jej uścisk był niepewny. 
– Powiedz mi dokładnie, co się stało. 
– Ja… Rachel powiedziała mi o swojej wizji, że ojciec jej szuka i że za niedługo się spotkają. Chciałam jej jakoś pomóc… – Zawahała się. – Skontaktowałam się z Sebastianem. Powiedział, żebyśmy przyszły do zakonu, bo może znać kogoś, kto wie coś o jej ojcu. Rachel poszła z nim porozmawiać, a ja miałam poczekać w jego biurze. – Bawiła się rękawem kostiumu. Nie patrzyła mu w oczy. – A tu nagle wpadła ta popieprzona Bennett ze swoimi przydupasami. Nieśli Sebastiana. Chyba mu coś zrobili. – Zacisnęła pięści. – Związali go i zamknęli w szafie. Ona mi groziła. Nożem… Chciała… – Chwyciła się za szyję i zamilkła. Łzy napłynęły jej do oczu. 
– Kim jest ta cała Bennett? – spytała Donna. 
– Prawa ręka Blooda. Popieprzone babsko. – Przetarła oczy rękawem. – Jak znam życie, to wszystko jej wina. Od początku wiedziałam, że jest podstępną żmiją. Rachel na pewno nie jest z nią bezpieczna. 
– W takim razie trzeba działać. – Dick położył dłoń na jej ramieniu. – Oddychaj głęboko. Co z Rachel? 
Pokręciła głową. 
– Nie wiem. Chciałam jej poszukać, ale bałam się, że mnie znajdą. Wiem tylko, że Blood miał pokazać jej miejsce, w którym się urodziła. 
– Dobrze się spisałaś. – Poklepał ją delikatnie po ramieniu. – Razem z Donną odnajdziemy Rachel, nie martw się. Ty zostań tutaj i zadzwoń po policję. Powołaj się na moje nazwisko. 
– Mogę zadzwonić, ale nie ma mowy, żebym tu została. – Wyprostowała się z zaciętą miną. – To ja wpakowałam Rachel w to gówno. Muszę się upewnić, że i ona, i Sebastian są cali. Cholera wie, co ta szajbuska mogła im zrobić. – Zrzuciła rękę Dicka z ramienia. – Idę z wami. 
Dick otworzył usta, by zaprotestować. 
– Znam też zakon lepiej niż wy. I potrafię się bronić – wcięła się. 
Dick wymienił spojrzenia z Donną. Ta wzruszyła ramionami. Czas naglił, młoda była uparta, a stan Rachel nieznany. Najwyżej urwie sobie potem łeb za to, że wciągnął dziecko w niebezpieczeństwo. 
Westchnął ciężko. 
– Tylko się nas pilnuj. 
Zakon świecił pustkami. Nie musieli się nawet specjalnie skradać. Przez całą drogę nie napotkali ani jednej żywej duszy. 
W mgnieniu oka dotarli do biura, w którym, wedle słów Jinx, odnaleźli Blooda. Gdyby okoliczności były inne, Dick na widok skrępowanego, wciśniętego w kąt szafy mężczyzny uśmiechnąłby się złośliwie. Zamiast tego chwycił półprzytomnego Sebastiana i przetargał na biurowy fotel. 
Donna wygrzebała niewielką strzykawkę z żółtym płynem w środku. Parę chwil po podaniu, Blood zaczął odzyskiwać kontakt ze światem. Jinx tymczasem zabrała się za rozwiązywanie mężczyzny. 
– Nie tak wyglądał plan. Mieliśmy tylko porozmawiać. – Przetarł usta i odetchnął z trudem. Rozmasował nadgarstki obtarte ciasno zawiązanym sznurem. – Dopiero od niedawna wiem, jakim zagrożeniem jest Trygon. Chciałem ją przed nim ostrzec. Miała przeczytać księgę i zrozumieć, że jej ojciec to najgorsze, co może spotkać ludzkość. Tak, by mogła się przygotować, i w przyszłości stawić mu czoła. 
– Co masz na myśli? – Dick zmarszczył brwi. – Według księgi Rachel jest Klejnotem. Bez niej Trygon nie jest w stanie się tu dostać. 
– Jest za to w stanie się z nią komunikować. Wpływać na nią. – Pociągnął łyk wody z podanej mu przez Jinx butelki. – Prędzej czy później zmusi ją do otwarcia portalu. 
– Więc po co rytuał? – wcięła się Donna. Wyrzuciła do kosza strzykawkę, którą odratowała mężczyznę, i zwinęła swój podręczny zestaw pielęgniarki. 
Blood uśmiechnął się z trudem. 
– Przez wieki wierzyliśmy, że pomoc w doprowadzeniu do dnia sądu uchroni nas od gniewu Skata. A jak można bardziej pomóc, niż dostarczyć mu na talerzu to, czego szuka? – Odkaszlnął. Spróbował się podnieść, ale od razu opadł z powrotem na fotel. – Nie sądziłem tylko, że Bennett weźmie to aż tak dosłownie. Moi wierni są tak bardzo zapatrzeni w to, co przez lata im wykładałem… Próbowałem im wytłumaczyć, że Skat nie jest zbawcą. Widać, jak dobrze mi poszło. – Pochylił się do przodu i zwymiotował do kosza na śmieci. 
Dick stał z rękami splecionymi na piersi. Analizował opowiastkę schodzącego z narkotycznego haju mężczyzny. Ciągle marszczył brwi. Słowa Blooda brzmiały bardzo ładnie, i równie ładnie wybielały cały jego udział w spisku, ale nie zgrywały się z rzeczywistością. 
– I przez ten cały czas nie zorientowałeś się, że coś jest nie tak tuż pod twoim nosem? – zapytał, gdy rozmówca się wyprostował. 
– Zrzuć to na moją wiarę w dobre intencje kogoś, kto był moją prawą ręką przez tyle lat. – Przetarł usta i uśmiechnął się kwaśno. – Jak o tym myślę, to lampka powinna mi się zapalić już w momencie, w którym Josephine poprosiła o święcenia. Albo gdy zasugerowała, by przyprowadzić do nas Klejnot na wspólną modlitwę. – Zakaszlał. 
Dick już otwierał usta, by zadać kolejne pytanie. W tym momencie ziemia zatrzęsła się. Drewniane meble zaskrzypiały. Rozległ się trzask szkła. Odłamki pękniętej żarówki posypały się im na głowy. 
– Cholera jasna – zaklął pod nosem. Wydobył z paska latarkę, Donna zrobiła to samo. 
– Jinx, zostań tutaj i pilnuj Blooda – polecił, podając dziewczynie lampkę. 
– Idę z wami – odpowiedzieli oboje równocześnie. Blood wsparty na wątłym ramieniu nastolatki zdołał podnieść się z fotela. 
– Ty jesteś nieletnia, a ty nafaszerowany narkotykami. Będziecie tylko dodatkowym balastem – wytłumaczyła pokojowo Donna, próbując zachęcić Sebastiana, by usiadł. Ten odepchnął jej dłoń. 
– Nafaszerowany czy nie, wiem, w jaki sposób uspokoić Kruki. – Z pełną powagą spojrzał prosto w oczy Graysona. – Są kompletnie owinięci wokół palca Bennett, a do tego przekonani, że już za kilka chwil świat, który znali, legnie w gruzach. Nie mają nic do stracenia. Nie ważne, jakie policyjne treningi przeszliście, wasza dwójka nie poradzi sobie z dwudziestką. Tylko ja mogę przemówić im do rozumu. 
– A ja się mogę przydać. – Jinx wyciągnęła dłoń przed siebie. Między jej palcami przemknęło różowe wyładowanie elektryczne. – Wy i Blood zajmiecie się tymi wariatami. Ja w tym czasie wyciągnę Rachel w bezpieczne miejsce. 
Dick znów spojrzał na Donnę. Zacisnął szczękę, gdy poczuł kolejny wstrząs pod stopami. Zaklął pod nosem. 
– Zabierasz Rachel i dzwonisz na policję – powiedział stanowczo. – A teraz prowadź. 
Lodowaty październikowy wiatr hulał po pustych korytarzach, wpadając przez niedomknięte okna i drzwi. Niósł ze sobą nikły zapach kadzideł oraz niezrozumiałą w słowach pieśń. 
Donna ruszyła pierwsza jako zwiadowca. Blood podpierany z obu stron przez Dicka i Jinx, dzielnie maszerował w stronę kaplicy. Jego twarz zaczęła nabierać normalnych kolorów, a każdy kolejny krok był coraz pewniejszy. 
Kiedy dotarli do celi Angeli, śpiew przybrał na sile. Ze środka oprócz psalmu dobiegł ich uszu także przeraźliwy krzyk. Pomieszczenie rozświetlił czerwony blask. Zbiegli po krętych schodach i ujrzeli to, czego tak bardzo się obawiali. 
Nieprzytomna Rachel leżała na ołtarzu. Z jej ręki spływała krew. Nad głową jaśniał biały punkt. Podłoga drżała nieustannie, ale zgromadzone Kruki nieugięcie kontynuowały pieśń. Bennett z zachwytem wpatrywała się w powiększający się portal. 
– Stójcie, idioci! Nie macie pojęcia, co robicie! – Krzyk Sebastiana wypełnił kaplicę. 
Wszystkie oczy zwróciły się w stronę schodów. Przez twarz Bennett przebiegł cień zaskoczenia i przerażenia. Natychmiast odzyskała rezon. Zacisnęła wargi. 
– Nie przerywajcie formacji! – poleciła wiernym. – Skat się nimi zajmie! 
– Musimy działać! – syknęła Donna. Przyjęła pozę bojową. 
Dick skanował pomieszczenie wzrokiem. Czuł znajomy przypływ adrenaliny. Myśli skupiły się w wartki strumień zaplanowanych działań. 
– Ja biorę dziesiątkę z lewej. – Pochylił się do przodu. – Ty z prawej. Jinx, postaraj się zabezpieczyć Rachel. 
– Bennett jest moja – warknął Blood. 
Ruszyli.

13. Niech żyje bal!

Klasyczne „This is Halloween” słyszała nawet na drugim końcu korytarza. Na hali przyozdobionej mnóstwem papierowych nietoperzy zwisających z sufitu i podejrzanie realistycznymi pajęczynami było zdecydowanie za głośno. Pewnie dlatego, że była relatywnie mała. Rachel dowiedziała się o jej istnieniu dosłownie chwilę przed balem. Jak Jinx sama przyznała, większość wychowanków nabywała wiedzę o starym, zaniedbanym budynku właśnie z okazji Halloween i wyglądało na to, że zarządcy ośrodka również wtedy sobie o nim przypominali.

Rachel miętosiła w dłoni aksamitny materiał peleryny. Zachodziła w głowę, w jakim sklepie sezonowym sprzedawali tak dobrze wykonane stroje. Musiała przyznać, że nawet suknia, od których zwykle stroniła, przypadła jej do gustu. Głęboka czerń, lekko rozkloszowany dół i koronkowa góra z długimi rękawami. W połączeniu z obszernym kapturem peleryny, ten mroczny wizerunek napawał ją dziwną siłą. Czuła, jakby mogła więcej i gdyby ktoś spróbował z nią zadrzeć, wreszcie to nie ona byłaby ofiarą.

– Przypominam ci, że to przebranie wiedźmy, a nie myśliciela. – Jinx pojawiła się nagle przed schodami. – No, chyba że rozważasz moją wcześniejszą propozycję, to pozwalam. – Usiadła obok Rachel na schodku i odwinęła papilotkę z babeczki ozdobionej lukrową pajęczyną. – Chcesz gryza? – Podsunęła wypiek.

– Nie, dzięki. – Pokręciła głową. – A co do twojej propozycji… Z jednej strony chcę, a z drugiej mam takie poczucie beznadziei, że to wszystko bez sensu – wyznała zrezygnowanym tonem.

– Znam to. Z drugiej strony, skoro nie masz nic do stracenia, to co ci szkodzi spróbować? – odparła i wgryzła się w babeczkę. – Ręczę za tego człowieka, gdyby nie on, to pewnie teraz nikt by ci nie truł dupy – oznajmiła, przełknąwszy. – A przynajmniej nie byłabym to ja – dodała już z kolejnym gryzem w ustach.

Rachel westchnęła ciężko. Jeden głos w jej głowie był przeciwny, drugi podszeptywał zachęty. Argumentów za i przeciw było tyle samo, i nic nie przeważało szali.

– Weź też pod uwagę, że dzisiaj będzie szczególnie łatwo się stąd wyrwać. Wszyscy kiszą się na hali, no i nikt nie zwróci uwagi na dwie przebrane wariatki szwendające się po ulicach – stwierdziła z przekonaniem Jinx.

– Jesteś pewna? – spytała niepewnie Rachel. – Nie chcę nam narobić kłopotów – przyznała zawstydzona, naciągając głębiej obszerny kaptur.

– A bo to raz się wymykałam? Nie martw się, wszyscy tylko straszą, że będą za to konsekwencje, a kończy się na wyzywaniu Agnes. – Wzruszyła ramionami. – Na pewno nie chcesz? Mogę ci przynieść, serio dobre. – Ponownie zaproponowała, unosząc ostatni kawałek babeczki.

Rachel pokręciła głową. Nagle muzyka stała się głośniejsza. Skrzywiła się. Ktoś otworzył drzwi prowadzące na halę i przemknął korytarzem w stronę wyjścia. Siedziała zbyt daleko, by móc rozpoznać uciekiniera.

– No widzisz, jedna osoba już poszła po rozum do głowy – stwierdziła Jinx. Otrzepała sukienkę z okruszków i energicznie wstała. – To co, idziemy? – ni to stwierdziła, ni zapytała, wyciągając rękę w stronę koleżanki.

Rachel popatrzyła na nią z niezdecydowaną miną. Błądziła chwilę wzrokiem, bijąc się z myślami. Wreszcie sapnęła i chwyciła dłoń.

– Idziemy – oznajmiła w nagłym przypływie stanowczości.


***


– Dobra, plan jest taki. – Jinx schowała komórkę do kieszeni sukienki. – Trzymasz się mnie, jesteś cicho i biegniesz, kiedy ci każę. – Poinstruowała śmiertelnie poważnym tonem, skanując otoczenie.

Rachel uniosła brew. Spojrzała na twarz koleżanki, oświetlaną raz po raz kolorową poświatą sączącą się przez mleczne szyby hali. Jej źrenice rozszerzyły się maksymalnie. Wyglądała jak polujący kot.

– Postaram się – odparła cicho.

– Chodź. – Jinx machnęła ręką. W drugiej trzymała spiczasty kapelusz.

Poszły wzdłuż ściany, gdzie nie sięgało migoczące światło. Oddalały się od głównego wyjścia, które na pewno było monitorowane. Myślała, że to jedyna droga ucieczki. Próbowała zgadnąć, którędy więc zaprzyjaźniona wiedźma chciała je wyprowadzić.

O mało nie wpadła na plecy Jinx, kiedy ta zatrzymała się na rogu.

– Główne wyjście to głupie wyjście – stwierdziła dziewczyna. – Podziękujmy za to geniuszowi, który zakładał monitoring, bo nie ma ani jednej kamery na żywopłot – ciągnęła złośliwym tonem. Wyjrzała zza rogu. – Za garażami mur jest uszkodzony

– To jaki jest plan?

– Najtrudniej jest się przecisnąć za ścianę i nie narobić hałasu, reszta to pikuś. – Wskazała na dobrze oświetlony budynek z kilkoma bramami. – Naszym największym problemem będzie uniknięcie liżących się par.

Rachel powiodła wzrokiem po oświetlonej szeregiem lamp drodze dojazdowej. Okrążała ona główną bryłę ośrodka i znikała za nim.

Dziewczyna popatrzyła na pojedyncze oświetlone okna. Kiedy personel się zorientuje, że zniknęły? I jakie będą tego konsekwencje?

Poczuła szarpnięcie. Jinx złapała ją za nadgarstek i pociągnęła w stronę żywopłotu. Długa suknia plątała się między nogami, utrudniając dotrzymanie kroku.

– Zwolnij trochę – syknęła. – Ten strój nie nadaje się do ucieczki.

Jinx nawet nie obróciła się przez ramię, ale zmniejszyła tempo. Rozglądając się nerwowo, przecięły plac w poprzek i dotarły do zaniedbanego żywopłotu.

– Za to idealnie się maskuje. – Jinx wystawiła język.

Rachel przewróciła oczami, ale się nie odezwała. Ciemne kolory sukni pozwalały dziewczynie obserwować otoczenie, będąc jednocześnie niewidoczną w mroku październikowego wieczoru. Za to oświetlona droga zapewniała dostatecznie dużo światła, by dostrzec poruszające się między drzewami sylwetki.

– Nie wiem, czy oni są tak naiwni, by sądzić, że nikt nie będzie chciał się stąd urwać, czy nie mają kasy na sprzęt – rzuciła w eter Jinx. – Test na spostrzegawczość, ilu ochroniarzy widzisz? – Spojrzała przez ramię na koleżankę.

Rachel zmrużyła oczy. Trzech kręciło się przy garażach, jeden szedł w stronę ośrodka. Musiała nieco zwolnić, by dokładniej ocenić pozostałą część placu. Chyba widziała jednego mężczyznę stojącego pod drzewem.

– Pięciu? – powiedziała bez przekonania.

– Blisko – zachichotała Jinx. – Czterech i pół bym powiedziała.

– Pół?

– Pół za tego, który oblewa właśnie drzewo – stwierdziła z niesmakiem. – Faceci są paskudni.

Rachel skrzywiła się i ruszyła za koleżanką. Były w połowie placu. Wystarczyło tylko podejść wzdłuż żywopłotu, przemknąć się przy garażach i przeskoczyć mur. Wydawało się to wręcz podejrzanie proste.

Potknęła się o suknię. Wyrzuciła ręce przed siebie, ratując się przed upadkiem. Bezskutecznie. Poleciała do przodu, zwalając towarzyszkę z nóg. Ledwie powstrzymała krzyk.

– Kurwa – syknęła Jinx.

Wylądowały na ziemi. Rachel przygniotła swoim ciężarem drobne ciało dziewczyny. Kaptur spadł jej na oczy. Na oślep szukała gruntu, by się podeprzeć.

Współlokatorka, dysząc, próbowała wyplątać się spod peleryny.

– Nie mamy teraz czasu na takie zabawy – stęknęła.

– Hej!

Przez plac potoczył się męski okrzyk.

Rachel próbowała się poderwać. Zamiast tego przygniotła materiał sukienki i przetoczyła się na bok. Kątem oka dostrzegła różowy błysk. Poczuła ciężar na biodrach. Serce nieomal wyskoczyło jej z piersi.

Jinx siadła na niej i gwałtownie się pochyliła. Kocie oczy znalazły się parę centymetrów od jej twarzy.

Światło latarki padło na dziewczyny. Jedna na drugiej, w jednoznacznej pozycji.

– Macie być na sali, a nie się obściskiwać po krzakach – rzucił zniesmaczony ochroniarz.

Odwrócił się na pięcie i odszedł, mamrocząc pod nosem coś o dzisiejszej młodzieży.

– Żeby tylko obściskiwać – odparła z przekąsem Jinx.

Rachel zastygła na bezdechu. Miała wrażenie, że walenie jej serca niosło się echem po całej okolicy. Uporczywie unikała wzroku koleżanki.

– Już, oddychaj, bo nieprzytomnej cię stąd nie wytacham. – Jinx wstała z gracją.

Zmieszanie i palący wstyd dziewczyny wyraźnie ją bawiły.

Rachel niemrawo podniosła się na nogi. Otrzepała się wręcz nader starannie, chcąc jak najdłużej nie unosić wzroku.

– Dobra, księżniczko, upieprzysz się jeszcze, przechodząc przez mur, także sobie daruj.

Podążając za dziewczyną, czuła pulsujące ciepło na policzkach. Październikowy chłód przestał być mocno odczuwalny.

Ochroniarz, który je przyłapał, dotarł już do kolegów. Wszyscy zebrali się w kółku wzajemnej adoracji na drodze. Nikt nie pilnował garaży. Idealnie.

Bez przeszkód dotarły do zakończenia żywopłotu. Faktycznie, dalej ciągnął się goły mur. Rachel oceniła, czy zmieści się między nim a ścianą w swoim stroju.

– Pomogę ci, grunt, żebyś się tutaj nie zabiła. – Jinx wskazała kupkę gruzu, przykrytą pociętą blachą i udekorowaną taczką bez koła.

– Nic nie obiecuję.

– Poczekaj, wejdę pierwsza. – Upewniwszy się, że ochroniarze wciąż zajęci byli plotkowaniem, zwinnie pokonała przeszkodę. – Dajesz, tylko ostrożnie. – Wyciągnęła rękę do towarzyszki.

Rachel zebrała materiał kostiumu i przytrzymała go jak najwyżej. Powoli postawiła pierwszy krok na nierównym bloku. Gruba podeszwa glanów nie ułatwiała sprawy. Zdmuchnęła kosmyk włosów wpadający jej do oczu. Skanując teren, znajdowała kolejne miejsca, które wydawały się najbardziej stabilne. Wreszcie chwyciła dłoń Jinx i szybko zrobiła ostatni krok. Stopa zsunęła się do przodu. Dziewczyna odchyliła się do tyłu iyrżnęłaby plecami o kawał blachy, gdyby Jinx nie pociągnęła jej do siebie.

– Coś dzisiaj często na mnie lecisz – skomentowała kpiąco.

– A może to ty się celowo podstawiasz? – Rachel odgryzła się, choć na wspomnienie bliskiego kontaktu z dziewczyną czuła, jak na nowo zalewał ją rumieniec.

– Dobra, w takim razie ty skaczesz teraz pierwsza. – Kiwnęła głową w stronę sporej wyrwy w murze.

Choć Rachel nie widziała jej twarzy ukrytej w cieniu, mogła dać sobie rękę uciąć, że widniał na niej szelmowski uśmiech. Sapnęła i przecisnęła się bokiem bliżej uszkodzenia.

– Oczekuj moich zwłok po drugiej stronie – rzuciła do Jinx, łapiąc za krawędź muru. – Żegnaj – dodała teatralnie.

Wybiła się mocno i przewiesiła w pół przez ogrodzenie. Próbowała niezdarnie się obrócić, by przerzucić nogę na drugą stronę.

– No weź, jeszcze trochę, żadnych przerw na odpoczynek. – Koleżanka chaotycznie zbierała spiętrzony materiał stroju, by nie podarł się na ostrych krawędziach.

Rachel stęknęła, z całych sił unosząc się na rękach. Zgięła kolano i przełożyła nogę ponad murem.

– Zajebiście, teraz druga i ląduj tam z telemarkiem – ponagliła Jinx.

– Nie za dużo wymagasz? – odparła, nabierając głęboko powietrza. Usiadła na murze tyłem do placu, oceniła odległość i zeskoczyła na ziemię. – Żyję – oznajmiła przytłumionym głosem.

– Brawo – Jinx błyskawicznie znalazła się na murze. – W tej kiecce to prawdziwy wyczyn – przyznała i zsunęła się z ogrodzenia. – Szlag by to… – syknęła przez zaciśnięte zęby.

– Co jest? – Rachel przykucnęła obok koleżanki.

– Moje przekleństwo. – Trzymała się za łydkę. Ciemna smuga krwi poplamiła rozdartą skarpetę. – Spoko, do pogrzebu się zagoi. – Machnęła ręką, widząc zmartwienie na twarzy dziewczyny istała.

– Jak daleko jest ten twój znajomy? – spytała Rae, słysząc stęknięcie bólu.

– Kawałek, podjedziemy autobusem.

„Kawałek” zajął dobre pół godziny jazdy. Nie rozmawiały za dużo. Koleżanka przez większość trasy wgapiała się w ekran telefonu, ewidentnie z kimś esemesując. Rachel tymczasem skupiła się na widokach za oknem.

Oparła głowę na ręce i wbiła spojrzenie w przystrojone kościotrupami i nietoperzami ulice miasta. Gdyby ktoś powiedział jej kiedyś, że w taki sposób spędzi siedemnaste urodziny, to stuknęłaby go w czoło. Oddałaby wszystko, by móc przeżyć ten dzień z mamą w ich ciasnym salonie, z kupnym tortem czekoladowym, miską popcornu i kiepskim horrorem klasy b. Tymczasem siedziała w rozklekotanym autobusie i mknęła w nieznane, goniąc mglistą obietnicę zdobycia informacji o kimś, kto równie dobrze mógł nie istnieć.

Zacisnęła dłoń w pięść. Tęsknota wciąż nie malała. Tliła się stałym płomieniem, tylko czekając, by przerodzić się w prawdziwy pożar. Może poznanie ojca choć na chwilę wypełniłoby tę okropną pustkę, którą zostawiło po sobie nagłe odejście mamy.

Zmarszczyła brwi i poprawiła się na siedzeniu. Głowa pękała jej od domysłów. Jeśli ojciec rzeczywiście istniał i naprawdę szukał Rachel, dlaczego do tej pory się z nią nie skontaktował? A może to jej własny umysł z nią igrał? Wykreował wizję, by dać złudną nadzieję, że jednak nie została kompletnie sama. Czy ten tajemniczy ktoś, do kogo wiozła ją Jinx, naprawdę mógł odpowiedzieć chociaż na kilka z mnożących się pytań?

Zacisnęła powieki. Snucie teorii przyprawiało ją tylko o ból głowy. Jedyne, co mogła zrobić, to uzbroić się w cierpliwość. Odwróciła się w stronę Jinx i stuknęła ją w ramię.

– Hm? – Od razu zablokowała ekran telefonu i zerknęła na Rachel.

– Możesz mi powiedzieć coś więcej o tym gościu, do którego jedziemy? Skąd go znasz? – poprosiła.

– Nie ma tu co za wiele opowiadać. – Jinx wzruszyła ramionami i rozsiadła się wygodniej. – Kiedyś mi się wpadło w duże tarapaty. Blood wyciągnął mnie z nich za uszy, a potem metaforycznie otrzepał z kurzu i powiedział, że pomoże mi wyjść na prostą, jeśli obiecam, że będę grzeczna.

– I co?

– I zamiast koczować gdzieś pod mostem i kraść, by przeżyć, mam dach nad głową, czyste ubrania i ciepły posiłek przynajmniej raz dziennie. – Uśmiechnęła się w nieodgadniony sposób. – Naprawdę, nie musisz się go obawiać. Brat Blood jest bardzo przyjaznym stworzeniem i pomógł już masie osób. Ma też takie kontakty, jakich nie ma nikt inny w tym mieście. Jeśli ktoś ci może pomóc, to tylko on.

– Brat? – Rachel zmarszczyła brwi. – Nie wiedziałam, że masz rodzeństwo.

Jinx parsknęła pod nosem.

– Brat zakonny, głuptasie. Blood jest częścią Kościoła, który założył któryś tam jego przodek. Jedziemy do ich siedziby. – Uśmiech z rozbawionego przeistoczył się w złośliwy. – Na bank pewnie poznasz też jego zrzędliwą prawą rękę, Josephine Bennett. Straszna sucz. Spróbuj nazwać Blooda bratem Sebkiem w jej obecności, krew ją od tego zalewa. – Puściła oko.

Rachel uśmiechnęła się niepewnie. Już otworzyła usta, by zadać kolejne pytanie, ale koleżanka przerwała jej ruchem dłoni.

– Dzisiejsze Q&A skończone, szykuj dupsko, bo za chwilę wysiadamy.

Obie dziewczyny wyjrzały przez okno. Po plecach Rachel przeszedł nieprzyjemny dreszcz.

– Czy to jest zakon?

– Dość klimatyczna miejscówka jak na dzisiejszą noc, prawda? – Jinx wyszczerzyła się.


***


Gdy tylko przekroczyły próg, Rachel poczuła się przytłoczona. Pusty, długi hol niósł echem każdy ich krok, obwieszczając przybycie. Wykonane z brązu statuy, słabo oświetlone, wyglądały nieprzyjemnie, jakby gotowe były w każdej chwili ożyć i rzucić się na dziewczyny.

Dziewczyna bezwiednie chwyciła dłoń Jinx i przyspieszyła kroku. Nie podobało jej się tu. Może postąpiła zbyt pochopnie? Poczuła mocny, uspokajający uścisk. Koleżanka zerknęła na nią, bezgłośnie zapewniając, że jest bezpieczna. Mimo to uwadze Rachel nie umknęły pogardliwe spojrzenia, którymi obrzucała wymalowane w biblijne sceny ściany.

Na końcu korytarza, w zaokrąglonej recepcji stała dwójka ludzi. Na widok dziewcząt wyższy mężczyzna odprawił rozmówcę ruchem dłoni i zwrócił się w stronę przybyłych.

– Rachel. – Rozłożył ręce w geście powitania. – Jinx tyle mi o tobie opowiadała. Nazywam się Sebastian Blood Dziesiąty. Możesz mi mówić bracie Sebastianie.

Był postawny, rudy i ubrany w szaty liturgiczne. Jego głos był jednocześnie kojący i głęboki, wręcz idealny dla kapłana przemawiającego do zagubionych ludzi. Nie spuszczał intensywnego spojrzenia z Rachel, wręcz przewiercał ją wzrokiem na wylot.

Dziewczyna zerknęła niepewnie na Jinx. Ta kiwnęła głową na powitanie, po czym zwróciła się do koleżanki.

– Nie masz się czego bać, on nie gryzie. – Pewnym krokiem podeszła do mężczyzny, ciągnąc za sobą skołowaną Rachel. – Rozumiem, że mam was zostawić samych?

– Jeśli taka jest wola twojej znajomej. – Uśmiechnął się serdecznie, przenosząc wzrok na Jinx. – Możesz zaczekać w moim biurze. Raczej nie zajmie nam to długo. Siostra Bennett pewnie również chętnie się z tobą zobaczy.

Na te słowa uśmiech Jinx skwaśniał.

– No tak, na Halloween wszystkie potwory wychodzą z szafy. – Najwyraźniej wyłapała zaniepokojone spojrzenie Rachel, bo odchrząknęła. – Słuchaj, jeśli wolisz, mogę z wami zostać. Ale uwierz mi, jesteś w dobrych rękach, przy tym gościu włos ci z głowy nie spadnie. – Na potwierdzenie swoich słów poczęstowała mężczyznę kuksańcem w bok.

Ten tylko roześmiał się i pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Wracając do tematu – podjął, splatając palce dłoni. – Tak jak powiedziała Jinx, decyzja należy do ciebie.

Przez chwilę wodziła wzrokiem pomiędzy jednym a drugim. Z jednej strony zdrowy rozsądek podpowiadał, by trzymać Jinx przy sobie, zaś z drugiej o swoim ojcu dowiedziała się od demona, który podobno miał być łącznikiem między nimi. Kto wie, co na ten temat wie Blood? Jeśli powiedziałby coś, co mogłoby wpłynąć na ich przyjaźń, ostatnią rzecz, która jej tak naprawdę została…

Zacisnęła pięści.

– Dobrze, pójdę sama.

Blood kiwnął głową, wyraźnie zadowolony. Jinx poklepała Rachel po plecach i obiecała, że cały czas będzie w pobliżu, gdyby ta jej potrzebowała. Po chwili cicho trzasnęły za nią ogromne dębowe drzwi.

Rachel przełknęła ślinę. Dopiero teraz, w tej ciszy i pustym pomieszczeniu zdała sobie sprawę, że nie popisała się rozumem. Została sam na sam z zupełnie obcym facetem.

– Zacznijmy zatem. Pozwoli pani? – Łagodny uśmiech nie schodził z jego twarzy, choć błękitne oczy czujnie śledziły każdy jej ruch. Wyciągnął dłoń z obszernego, krwistoczerwonego rękawa i wskazał jedne z trzech par dwuskrzydłowych drzwi. Delikatnie objął ją ramieniem i razem ruszyli w wybranym przez niego kierunku.

– Znałem Angelę. Była wspaniałą, żywiołową kobietą. Po dziś dzień nie mogę odżałować straty, jaką było jej odejście z tego świata. – Blood położył dłoń na ciemnym drewnie.

Rachel zamurowało.

– Znałeś… m-moją biologiczną matkę? – wydusiła z trudem. Obiecano jej, że Blood co najwyżej da jej namiar na kogoś, kto może wiedzieć coś o ojcu, a tymczasem facet znikąd wyskoczył, że znał Angelę?

– Tak, przez wiele lat. Patrzyłem, jak rozkwita i rozwija się duchowo. – Zmarszczył czoło. – A także jak wpada w złe towarzystwo i kroczy ku potępieniu.

Drzwi otworzyły się z cichym skrzypieniem. Rachel uderzyło w twarz chłodne, nocne październikowe powietrze. Zadrżała.

– Była zdolna do wielkich czynów. Zawsze chciała pomagać każdej napotkanej duszy – kontynuował Blood, powoli drepcząc żwirową krętą ścieżką. – Całe dnie i noce spędzała z nosem w świętych księgach, by pojąć tajemnicę zbawienia. A kiedy trafiła na wzmiankę o pradawnym rytuale… Według tekstów istniała możliwość, by za pomocą zstąpienia duszy w chętnego pomocnika połączyć się w jedno z wszechmogącym Skatem, by przynieść światu wybawienie. – Wsunął dłonie w szerokie rękawy szaty.

Rachel chłonęła każde jego słowo, krocząc tuż przy nim. Oczami wyobraźni widziała Angelę wśród ksiąg, jej radość i ekscytację, gdy odkryła przepis na zbawienie.

– Niestety, kiedy tylko okazało się, że Angela jest w stanie błogosławionym, złe moce dały o sobie znać. Próbowałem się nią opiekować, ale paranoja z każdym dniem coraz mocniej pochłaniała jej umysł. W końcu uciekła. Próbując schronić się przed demonami, zaszyła się w zakonie. – Zatrzymali się przed rzeźbą zrozpaczonej Matki Boskiej, która opłakiwała bezwładne ciało syna. – I to właśnie w tym zakonie zrodziła się jej jedyna córka. – Uśmiechnął się do niej ciepło.

Przez chwilę trwali w milczeniu. Blood z nieodgadnionym wyrazem twarzy wpatrywał się w kamienną twarz rzeźby, wykrzywioną w niewysłowionym cierpieniu. Rachel w tym czasie powoli trawiła usłyszane informacje. Mary niewiele mówiła jej o Angeli. Według jej słów, biologiczna matka przybyła do zakonu w złym stanie, a dwa tygodnie po porodzie zniknęła bez słowa. Nikt nie wiedział, kim była, ani dokąd się udała.

W końcu zmarszczyła brwi.

– Jestem jej jedyną córką… czy to znaczy, że Angela miała inne dzieci? Czy mam może przyrodnich braci? Mówiłeś też o połączeniu ze Skatem, prawda? – Spojrzała na rozmówcę wyczekująco. – Kim on jest? Czy on…

– Spokojnie, po kolei, moja droga. – Blood uciszył jej rozpędzony potok pytań ruchem dłoni. – Z tego, co mi wiadomo, jesteś jej jedynym dzieckiem. Co nie znaczy, że twój ojciec w tym temacie próżnował.

Rachel z wrażenia otworzyła usta. Nie przeszło jej to przez myśl.

– Mam rodzeństwo? Ale… skąd ty to wiesz?

– Powiedzmy, że przyglądamy się twojemu ojcu od dłuższego czasu. – Blood odchrząknął. – Wracając do twojego poprzedniego pytania, Skat to najwyższa siła, której w potędze jest w stanie dorównać tylko potomek, zrodzony z jego krwi, jego klejnot w koronie. „Krew z krwi i ciało z ciała, potęga dziedzica równa ojcu”. Święte teksty opisują go jako wszechmogącego, który zstąpi pewnego dnia na Ziemię, by skąpać ją w oczyszczającym ogniu. Jego wierni wyznawcy przeżyją Dzień Sądu, a na zgliszczach starego świata zbudują nową, doskonałą cywilizację. – Odetchnął głęboko.

Ruszyli dalej.

W nikłym świetle ogrodowych lamp dostrzegła, że nos rozmówcy robił się czerwony od zimna. Ona również zdążyła przemarznąć w cienkiej sukience. Peleryna, choć długa i dość ciepła, nie radziła sobie z październikowym chłodem. Na szczęście zbliżali się do drzwi drugiego budynku.

– To… bardzo ładnie – zaczęła niepewnie. Mięła w dłoniach materiał sukni. – Nie rozumiem tylko, jak to się ma do mojego ojca? Jinx powiedziała…

– Cierpliwości, drogie dziecko. – Uśmiechnął się pobłażliwie. – Cierpliwość to cnota ludzi mądrych.

Przekroczyli drzwi wejściowe. Rachel z ulgą przywitała ciepły podmuch powietrza i rozmasowała zmarznięte dłonie.

– Wracając do tematu – podjął znów, prowadząc ją długim korytarzem. – Angela schroniła się w zakonie, w którym się narodziłaś. Może myślała, że jeśli się rozstaniecie, konsekwencje jej czynów cię nie dosięgną.

Tak jak przez całą rozmowę Rachel nie dostrzegła ani jednej żywej duszy, tak z każdym kolejnym krokiem mijało ich coraz więcej ludzi. Ubrani w identyczne habity, ukrywali twarze w cieniu kapturów. Każdy z nich przystawał i kłaniał się głęboko, gdy mijała ich wraz z bratem Bloodem. Ten bezwiednie unosił co chwilę dłoń w geście błogosławieństwa.

– Co takiego zrobiła moja matka? – spytała. – Mówi pan, że zwątpiła, i że uciekła, bo się czegoś bała. Co ją aż tak przeraziło?

– Niestety, jedyne, czego jestem w stu procentach pewien, to to, że spóźniłem się, czego żałuję po dziś dzień. – Blood pokręcił głową. – Jeśli tylko zauważyłbym coś wcześniej, może mógłbym jej jakoś pomóc. Może uniknęlibyśmy tych wszystkich tragedii. Być może spędzałabyś ten dzień, szczęśliwa u jej boku. – Westchnął ciężko. Przystanął przed prostymi, drewnianymi drzwiami. Położył dłoń na klamce. – A jedyne, co jestem w stanie zrobić, to pokazać ci miejsce, w którym przyszłaś na świat.

Drzwi ustąpiły i oczom Rachel ukazało się niewielkie pomieszczenie. W środku znalazło się miejsce tylko na niewielki stolik, wąskie łóżko, rozklekotaną szafę i święty obrazek. Ciasnotę potęgowała obecność kilku osób, które stały na baczność niczym podczas musztry. Na widok przybyłych ukłonili się głęboko. Jeden z zebranych trzymał tlące się kadzidło o słodkim, duszącym zapachu.

Dziewczyna już miała przekroczyć drzwi celi, ale zatrzymała się wpół kroku. Co to wszystko miało w ogóle znaczyć? Miała jeszcze większy mętlik w głowie, niż przed przybyciem do zakonu. Po plecach przeszedł dreszcz.

– Chwileczkę – zaczęła. Poczuła przypływ niepokoju. Rozejrzała się dookoła, ale nigdzie nie zauważyła czerwonych oczu, demon również milczał. – Tu się urodziłam? Chce pan powiedzieć, że ten zakon to miejsce, w którym posługę pełniła moja matka?

– Owszem. Gdy tylko się o tym dowiedziałem, złożyłem zakonnicom propozycję wykupu. Chciałem osobiście zaopiekować się tym miejscem, z szacunku do twojej biologicznej matki. – Blood skinął ręką. Zebrani rozstąpili się, ukazując wąskie schody, prowadzące pod ziemię. – Czas nagli. Mam nadzieję, że będziesz zadowolona ze spotkania z ojcem.

Rachel poczuła, jak traci czucie w ciele. Chwyciła się drzwi, by nie upaść. Spotkania? Jakiego spotkania? Przecież mieli tylko porozmawiać!

– Chodź ze mną. – Złapał ją pod rękę i pewnie poprowadził w stronę schodów. – Wiem, że to nagłe, ale musimy porozmawiać o twoim ojcu. Widzisz, Angela dostąpiła zaszczytu dzielenia łoża ze Skatem Wszechmogącym. Owocem tego związku jesteś ty, moje drogie dziecko. Jesteś córką najpotężniejszej istoty we Wszechświecie.

Rachel chciała się wyrwać. Serce zaczęło dudnić w piersi. Na zmianę przeszywało ją lodowaty strach i gorący wyrzut adrenaliny. Całe ciało krzyczało „uciekaj!”. Od nadmiaru rewelacji i słodkiego zapachu kadzidła kręciło jej się w głowie. Chciała pognać na górę, ale bała się, że jeśli puści ramię rozmówcy, nie utrzyma równowagi.

– Przez wieki Kościół Krwi uważał, że Skat jest naszym zbawieniem, że razem stworzymy nowy wspaniały świat. Oszukał nas. Nie jest wszechmogącym bogiem, który pragnie nam pomóc, tylko żądnym krwi demonem, który chce zniszczyć życie na Ziemi.

Głos Blooda odbijał się echem w jej głowie niczym uderzenia dzwonu. Krew szumiała w uszach. Rachel całą sobą czuła, że wchodzi w paszczę lwa. Ten facet był szalony. Jaki bóg, jaki demon? O czym on bredził? Próbowała się szarpnąć, ale kończyny nie chciały jej słuchać.

Na moment panika ustąpiła uldze, kiedy postawiła stopy na podłodze, a świat przestał wirować. Znalazła się w pomieszczeniu, które wyglądem przypominało kaplicę. Wzdłuż kamiennych ław stali ludzie. Każdy, co do jednego, pokłonił się nisko na jej widok. Zapach kadzideł znów uderzył w nozdrza. Świat wokół niej zaczął znikać w ciemności.

Jak przez mgłę usłyszała ostatnie słowa Blooda:

– Śpij spokojnie, Raven.


***


Spodziewała się, że Klejnot będzie bardziej… dojrzały? Elegancki? Zamiast wysokiej młodej kobiety o tajemniczym spojrzeniu, którą sobie tak często wyobrażała, Blood przyprowadził ledwo stojącą o własnych siłach nastolatkę. W ceremonialnych szatach wyglądała bardziej jak zagubiony szczeniak, niż jak potomkini najpotężniejszego demona we Wszechświecie.

Bennett uważnie przyglądała się temu chodzącemu nieszczęściu zza ołtarza, z twarzą bezpiecznie skrytą w cieniu kaptura. Dziewczyna była chuderlawa, z podkrążonymi oczami, chwiejąca się pod wpływem wdychanych narkotyków. Nie mogła mieć więcej, jak szesnaście lat.

Kobieta zmarszczyła brwi. Chyba przesadziła z dawką kadzidła. Z drugiej strony nie obiecywała Skatowi, że otrzyma córkę żywą. Śmierć z przedawkowania brzmiała jak lepszy koniec niż to, co mogło czekać dziewczynę po spotkaniu z ojcem.

Kruki, które wraz z kadzidłem przywitały Klejnot, zdążyły zająć swoje miejsca. Każdy siedział pochylony, z kapturem głęboko naciągniętym na głowę, pogrążony w modlitwie. Nikt nie śmiał nawet spojrzeć na córkę Skata.

Blood kroczył niewzruszony. Najwyraźniej na niego nie działała żadna dawka mieszanki, której słodki dym wypełniał pomieszczenie. Tłumaczył Klejnotowi, dlaczego tylko z jej pomocą mogą pokonać zło. Nazywał Skata demonem, złem wcielonym, który zwiódł swoich wiernych.

Bennett wsunęła rękę pod ceremonialną szatę. W kieszeni spokojnie spoczywała zawinięta w szmatkę strzykawka. Dawka narkotyku mogłaby powalić konia, ale zaprawionego kapłana powinna zneutralizować na wystarczająco długo, by resztę rytuału mogła przeprowadzić sama.

Zerknęła na Kruki. Ich niespokojne ruchy i pomruki przyprawiały ją o ból żołądka. Modliła się w myślach, żeby Sebastian choć na chwilę przestał mówić. W przeciwnym wypadku nawet przyprowadzenie Klejnotu mogło go nie uratować przed gniewem wyznawców.

Dziewczyna potknęła się i poleciała do przodu. Kilka osób poderwało się. Na całe szczęście przytomny Sebastian złapał ją w ostatniej chwili. Wziął Klejnot na ręce i poniósł do ołtarza. Złożył ją z największą ostrożnością na kamiennym stole.

– Śpij spokojnie, Raven – mruknął. W końcu podniósł wzrok na Bennett.

Uśmiechnęła się do niego łagodnie, a on odwzajemnił gest. Przez chwilę patrzyła z czułością prosto w jego oczy. Byli już tak blisko celu. Jeszcze nie było za późno. Jeszcze mogła przemówić mu do rozumu. Mógł się wycofać.

A wtedy odwrócił się do zebranych i przemówił głębokim, gardłowym głosem:

– Drogie Kruki, tak jak obiecałem, przyprowadziłem Klejnot, córkę Skata. Zanim jednak zaczniemy, muszę wam coś wyznać.

Poruszenie. Po sali potoczył się nerwowy szept. Bennett zacisnęła wargi. Błagała go w myślach, by tylko nie wyjawiał prawdy. Jedno złe słowo i Kruki rzucą się na niego niczym wygłodniałe wilki. Zapanuje chaos. Lata planowania pójdą w piach.

– Wiem, że możecie poczuć się oszukani. – Rozłożył ręce i wskazał na nieprzytomną dziewczynę. – Ale cokolwiek się stanie, nie możemy oddać jej w ręce Skata. Nie jest on tym, za kogo się podaje.

Szepty zmieniły się w zaniepokojone rozmowy i pełne obaw spojrzenia.

Bennett przymknęła oczy. Wzięła głęboki wdech. A więc wybrał.

Podeszła do niego. Czuła się jak wyrwana z własnego ciała, gdy wyciągała schowaną strzykawkę i wbija igłę w szyję opowiadającego z przejęciem Sebastiana. Poczuła wzbierające łzy, gdy spojrzała w jego zaskoczoną twarz. Widziała, jak szok zmienia się w przerażenie, a potem wściekłość.

– Wybacz mi, mój drogi – wymamrotała cicho. Asekurowała go, gdy omdlewał. Kiedy złożyła jego nieprzytomne ciało na zimnej posadce, łzy pociekły po jej policzkach.

– Powinniśmy się go pozbyć, Matko – odezwał się ktoś z tłumu. – Brat Blood zwątpił. Należy z nim postąpić tak, jak z resztą niedowiarków.

Rozległy się aprobujące pomruki.

– Przynieście sznur. – Głos miała wyjątkowo spokojny jak na falę emocji, która przetaczała się przez jej głowę i serce. – Wyniesiemy go do biura. Stamtąd nie ucieknie. Potrzebuję sześciu najsilniejszych. Reszta ma zostać na miejscu i przygotować się do rytuału. Rozpoczniemy, gdy tylko wrócę. – Rozkazy płynęły z jej ust niczym rzeka. Podniosła się z klęczek, ukradkiem ocierając łzy. Kruki w tym czasie posłusznie wykonywały polecenia. Najsilniejsi z wtajemniczonych związali ręce i nogi Blooda, a później dla pewności obwiązali sznurem jego tors. Reszta zebranych wygasiła kadzidła, zdjęła chusty, którymi zakrywali nosy oraz usta, i zajęła się rozstawianiem świec.

Bennett znów odetchnęła głęboko i zrzuciła kaptur. Przesunęła dłonią po świeżo ogolonej skórze głowy, na której widniał tatuaż kruka. Skarciła się w myślach. Potrzebowali jej skupionej i pewnej. Nie mogła tracić czasu na rozczulanie się nad Sebastianem. Sam dokonał błędnego wyboru. Jedyne, co mogła dla niego zrobić, to obronić go przed gniewem Kruków.

Dla pewności przed opuszczeniem kaplicy sięgnęła po ceremonialne ostrze. Tak na wszelki wypadek, gdyby Sebastian jednak stawiał opór. On lub któryś z Kruków.

Poprowadziła pomocników wąskimi korytarzami budynku mieszkalnego do ogrodu, a stamtąd do wnętrza zakonu. Minęli salę muzealną, przecięli kaplicę modlitewną i dotarli do niewielkiego biura, które jednocześnie służyło za zakrystię. Jako jedyne pomieszczenie w zakonie było jednocześnie pozbawione okien, zamontowano w nim monitoring, a klucze Blood nosił zawsze przy sobie. Znalazła je zresztą w kieszeni jego spodni.

Weszła jako pierwsza do środka i zamarła.

Za biurkiem, z nogami wywalonymi na blat siedziała Jinx, leniwie paląc papierosa. Na widok Bennett uśmiechnęła się kpiąco. Mina jej zrzedła, dopiero gdy zobaczyła pozostałych.

– Co wy do cholery wyprawiacie? – zagrzmiała, zrywając się na równe nogi. – Co mu zrobiliście? I gdzie jest Rachel? Przysięgam, jeśli tylko spadł jej włos z głowy…

Bennett zacisnęła wargi. Przeklęta smarkula! Naprawdę nie potrafiła zrozumieć, po co Blood w ogóle korzystał z jej usług. „Agentka do zadań specjalnych”, psia jego mać. Jego naiwne dobre serce mogło ich teraz kosztować lata pracy. Tylko Sebastian wiedział, ile sekretów Kościoła znała Jinx. Jeśli ta dziewucha komukolwiek piśnie choćby słowo…

Chwyciła mocniej rękojeść sztyletu. Już wcześniej odbierała życie. Potrafiła zacierać za sobą ślady. Jedna dusza więcej nikomu już nie zrobi różnicy.

– Wrzućcie go do szafy. – Słowa ledwo przechodziły jej przez zaschnięte gardło. Wycelowała sztylet w Jinx. – Posłuchaj mnie uważnie, smarkulo.

– Hej, hola! – W pierwszym odruchu dziewczyna podniosła ręce w obronnym geście. Przerażone spojrzenie kocich oczu wędrowało od błyszczącego ostrza do twarzy Bennett i z powrotem. – Nie musimy posuwać się do tak drastycznych środków.

Kobieta postąpiła do przodu dwa kroki. Stała teraz naprzeciwko biurka. Gdyby się postarała, mogłaby jednym sprawnym machnięciem poderżnąć młodej gardło.

Chciała już wykonać zamach, ale do głowy przyszła jej pewna myśl.

– Jakie są twoje rozkazy? Co Blood kazał ci zrobić?

– Kazał mi poczekać w biurze na swój powrót. – Wzrok dziewczyny powędrował w bok.

Bennett również zerknęła. Kruki ułożyły nieprzytomnego Sebastiana w ciasnej szafie. Choć chcieli jeszcze kilka minut temu wieszać go za zdradę, przygotowali mu miękkie posłanie z szat ceremonialnych. Najwyraźniej jakaś krzta szacunku do głowy Kościoła wciąż była obecna wśród wiernych.

Zwróciła się w stronę Jinx.

Oczy dziewczyny zajaśniały różowym blaskiem. Trwało to dosłownie ułamek sekundy. W tej samej chwili Bennett poczuła nieprzyjemny prąd, przebiegający od łokcia po czubki palców. Upuściła sztylet. Krzyknęła, bardziej z zaskoczenia, niż z bólu.

Jinx pojawiła się obok niej. Pchnęła Bennett na równie zdezorientowane Kruki. Jeden z nich próbował chwycić smarkulę za włosy, ale wyślizgnęła się mu niczym wąż. Wybiegła z pokoju.

– Do jasnej cholery! – warknęła Bennett, podtrzymywana przed upadkiem przez dwóch mężczyzn.

– Czy mamy ją gonić? – zapytał jeden z Kruków.

Zerknęła na zegarek. Od północy dzieliło ich niecałe dwadzieścia minut. Jeśli chcieli zdążyć przed końcem urodzin Rachel, musieli się pospieszyć. Kruki wciąż były przekonane, że tylko aktywna obecność w rytuale zapewni zbawienie. Gdyby kazała im zaryzykować spóźnienie, mogliby potraktować ją tak jak Sebastiana.

Zmięła w ustach przekleństwo.

– Zostawcie ją – wydusiła w końcu. – Niech Skat ją osądzi.


***


Miał ochotę ryknąć na automatyczną bramę, by otwierała się szybciej. Wcześniej już opieprzył Quinzel, do której dodzwonił się na jakieś pięć minut przed przybyciem na miejsce. Nieodbieranie telefonu tłumaczyła jakimś tam balem, ale szczerze miał to w dupie. Liczyło się, tylko by dotrzeć do Rachel, zanim zrobi to Kościół Krwi.

Wdepnął gaz. Wjechał na podjazd zdecydowanie za szybko. Kilka cali mniej i straciłby lusterko na bramie wjazdowej. Nawet nie gasił samochodu, tylko wyskoczył z niego jak oparzony. Błysnął odznaką dwóm ochroniarzom, którzy już zmierzali z pretensjami w jego kierunku i pomknął po schodach do budynku. W drzwiach zderzył się ze zdyszaną doktorką.

– Gdzie Rachel? Muszę ją stąd natychmiast zabrać. – Przepchnął się do środka.

– Panie Grayson, co się dzieje?

Spokojny ton kobiety działał mu na nerwy.

– Rachel jest w ogromnym niebezpieczeństwie. A ja nie mam czasu do stracenia. – Rzucił jej poirytowane spojrzenie. – Niech mnie pani do niej zaprowadzi.

Już otwierała usta, ale jego mrożące krew w żyłach spojrzenie natychmiast je zamknęło. Zamiast tego kiwnęła głową i ruszyła w głąb holu.

– Rachel powinna być u siebie. Nie chciała brać udziału w imprezie. – Poprowadziła go schodami na piętro. – Ze względu na bal halloweenowy budynek pozostaje dziś wyjątkowo otwarty. Rozumiem pańskie zaniepokojenie, mimo to zapewniam pana, że teren ośrodka jest stale monitorowany i dobrze strzeżony. Nikt i nic jej tutaj nie zagraża.

Dick wypalał spojrzeniem dziurę w plecach blondynki. Miał ochotę wziąć ją pod pachę, byleby tylko w końcu ruszyła dupę. Nic go nie obchodził jakiś tam bal ani ochrona ośrodka. Sam z doświadczenia wiedział, że nawet najdokładniejsze zabezpieczenia można obejść z wystarczająco dużą dawką determinacji i pomyślunku. Słyszał szum krwi w uszach. Czy to właśnie ludzie mieli na myśli, kiedy mówili, że krew ich zalewa?

Psycholożka w końcu zatrzymała się pod drzwiami z numerem trzynaście.

– Rachel, tutaj doktor Quinzel. Jest ze mną detektyw Grayson. Możemy wejść? – Zastukała delikatnie w drzwi.

Grayson przetarł twarz dłonią i sam zapukał. Po karcącej minie doktorki wnioskował, że zrobił to zbyt nachalnie. Cóż, uporczywe stukanie było chyba jednak lepszą opcją, niż porwanie przez bandę obłąkanych kultystów.

– Rachel? Tu Richard Grayson. Musimy porozmawiać.

Zero odzewu.

Detektyw wymienił z doktorką zaniepokojone spojrzenia.

– Wchodzimy – zadecydował i nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły z cichym skrzypieniem.

Grayson nerwowo wymacał włącznik na ścianie. Ostre światło zalało pokój. Wszedł do środka i uważnie zlustrował otoczenie. Łóżko piętrowe, proste biurko, szafa na ubrania, ledwo wyczuwalna woń dymu papierosowego i mgiełki. Zero śladów włamania czy walki. I zero Rachel w zasięgu wzroku.

Dla pewności zajrzał pod łóżko i do szafy, o mało nie wyrywając przy tym drzwi z zawiasów. Zaklął pod nosem. Jego wzrok padł na poduszkę. Spod starej poszewki wystawał kawałek papieru. Niewiele myśląc, detektyw chwycił go. Czuł, jak serce zabiło mu mocniej w piersi na widok lekko wymiętego listu od Angeli. Przeleciał wzrokiem po tekście.

– Cholera jasna. – Odłożył kartkę na biurko i spojrzał na lekarkę.

– Może jednak zdecydowała się pójść na bal? – podsunęła Quinzel. Przez cały czas stała w progu, jakby bała się wejść do środka.

– Oby była na tym zasranym balu, bo jeśli nie, to łby wam wszystkim pourywam – warknął. – Prowadź.

Popędził za stukotem obcasów na parter. Wypadli razem na dziedziniec. Dick przemknął niczym błyskawica przez plac, prowadzony dudnieniem muzyki i kolorowymi światłami. Zostawił Quinzel daleko w tyle. Z rozpędu wpadł na metalowe skrzydła drzwi i pchnął je z całej siły.

Tabliczka „ciągnąć”.

Zaśmiał się nerwowo i wparował do środka. Ozdobiony plastikowymi kościotrupami korytarz rozświetlały migające światła, wpadające przez otwarte szklane drzwi. Dick pobiegł, wyciągając odznakę. Już po chwili dostał się na halę.

Bas dudnił mu w głowie. Budynek był wypełniony po brzegi. Wśród tłumu świętujących dzieciaków snuła się sztuczna mgła. Przeklął pod nosem, widząc morze kostiumów i masek, które skrywały twarze. Jak niby miał odnaleźć Rachel?

– A ty to kto? – usłyszał za plecami.

Obrócił się. Wysoki, dobrze zbudowany nastolatek w stroju kościotrupa nonszalancko podpierał ścianę. Cukrowa laska w kształcie kości miała mu chyba rekompensować brak papierosa, bo ssał ją z uporem godnym maniaka.

– Richard Grayson, detektyw. – Mignął młodemu odznaką przed oczami, tak na wszelki wypadek. – Szukam kogoś.

– Detektyw? – Chłopak próbował ukryć zaskoczenie zawadiackim uśmiechem. – To pewnie panu chodzi o tę nawiedzoną laskę, co? Wszyscy mówią, że zabiła kogoś samym spojrzeniem.

Grayson zmarszczył brwi. To brzmiało jak Rachel.

– O kim mówisz?

– Nie tak szybko. Muszę najpierw wiedzieć, co będę z tego miał.

Szeroki, nieszczery uśmiech nastolatka skojarzył się Dickowi z Jokerem. Aż przeszły go ciarki po plecach.

– Na dobry początek nie zarobisz w zęby, pasuje? – Grayson postąpił kilka kroków do przodu. Górował nad chłopaczkiem o ponad głowę. – Albo nie dostaniesz zarzutów za utrudnianie śledztwa i zatajanie informacji. Same plusy.

– No nie wiem, nie wiem…

– Możemy dorzucić próbę napaści na funkcjonariusza. – Dick strzelił kostkami. Gdyby nie to, że się mu spieszyło, chętnie nauczyłby tego podlotka dobrych manier.

– Nie brzmi mi pan na legitnego detektywa. – Zmierzył Graysona wzrokiem, ale pod wpływem lodowatego spojrzenia skapitulował. – Niech już stracę. Widziałem, jak taka jedna wariatka Jinx wymknęła się z kimś poza teren. Pewnie poszły składać dzieci w ofierze na cmentarzu, czy co tam szajbuski lubią robić. Niech pan szuka takiej tyczki w kiczowatym stroju wiedźmy, będzie ciężko ją przegapić. – Jad spływał z ust chłopaka z każdym wypowiedzianym słowem. Ciekawe, czym ta cała Jinx mu podpadła.

– Z kim wyszła? – spytał ponaglająco.

– A bo ja wiem? – Wzruszył ramionami. – Cała na czarno była, w kapturze. Pewnie to była ta cała Rachel, odkąd pojawiła się w ośrodku, wszędzie razem łażą. Jedna świruska znalazła sobie drugą. Papużki nierozłączki.

– A wiesz chociaż, dokąd poszły? – Dick czuł, jak krew się w nim gotuje.

– Siedziały na schodkach, o tam. – Wskazał kciukiem za siebie. – A ja sobie wyszedłem zaczerpnąć świeżego powietrza. No i w jednej chwili na tych schodkach są, a w drugiej widziałem, jak znikają w krzakach pod ogrodzeniem. – Złośliwy uśmiech wykwitł na ustach chłopaka. – A jeśli nie poszły się przelizać, to na bank zwiały. Kto wie, co takim odmieńcom chodzi po głowach?

Dick warknął pod nosem podziękowania i wyminął nastolatka. Choć młody był irytujący jak cholera, sprzedał mu cenną informację. Jeśli to rzeczywiście była Rachel, opuściła teren ośrodka dobrowolnie. Pytanie tylko, w jakim kierunku się udała.

Wybiegł na zimne październikowe powietrze. Dla pewności zlustrował jeszcze miejsce, o którym mówił chłopak, ale jedyne co osiągnął to przestraszenie kilku zaskoczonych par. Znalazł dziurę w murze, przez którą każdy średnio wysportowany nastolatek byłby w stanie przemknąć na wolność.

Grayson zacisnął wargi. Kurwa. Jeśli Kościół nie porwał Rachel, to gdzie miał jej szukać?

Pędzący natłok myśli przerwał dopiero dźwięk telefonu. Dick zerknął na wyświetlacz. Nieznany numer. Odebrał.

– Halo?

– Pan Grayson? – wydyszał głos w słuchawce. Zdecydowanie należał do młodej dziewczyny. – Potrzebuję pańskiej pomocy. Rachel jest w niebezpieczeństwie.
^