1. Rysa na szkle

Rachel zdjęła wysłużone glany i odstawiła je na ociekacz, by nie zabłocić podłogi. Zrzuciwszy obok przetarty plecak, zdjęła z siebie przemoczoną bluzę. Odgarnęła z twarzy wilgotne włosy, wzdychając ciężko.

– Nad czym tak ubolewasz, kochanie? – Dobiegł z kuchni głos matki.

– Jesień jest świetna, dopóki siedzisz w domu pod kocem – odparła, wchodząc do pomieszczenia. – I z dobrą książką. – Uniosła palec dla podkreślenia wagi tego stwierdzenia.

– Trudno się z tym nie zgodzić. – Mary stała przy kuchence. – A przy okazji książek, przeczytałam na dzienniku informację, że organizują w szkole kiermasz. – Zamieszała w garnku, nabrała jedzenie na łyżkę i spróbowała. – Jutro o szesnastej, może wybierzemy się razem? Kupimy podręczniki, a przy okazji może trafią się jakieś ciekawe pozycje, co ty na to?

Rachel wbiła wzrok w szklankę stojącą na odrapanym, solidnym stole. W miejscu, gdzie powinno być jej odbicie, pojawiły się przebłyski wspomnień z poprzednich dni. Choć rok szkolny dopiero się zaczął, rówieśnicy zdążyli znaleźć sobie ofiarę.

Rola ta przylgnęła do niej już na stałe. Dziewczyna robiła wszystko, by zniknąć prześladowcom z oczu. Starała się trzymać na uboczu, nie podlizywać nauczycielom i nie wchodzić w drogę popularnym uczniom. Choć przemykała po korytarzach jak cień, i tak byli w stanie ją dostrzec. Obrać za cel dosłownie i w przenośni. W poprzedniej szkole dogryzanie, nagrywanie, czy publiczne ośmieszanie było na porządku dziennym. Gdy zaczęła nosić słuchawki, by choć częściowo odciąć się od nieprzychylnych słów, znaleźli inny sposób – kartki podrzucane do plecaka, szafki, czy nawet podczas lekcji, prosto na jej ławkę.

– Rachel? Halo, ziemia do Rachel. – Mary przyglądała się córce z pobłażliwym uśmiechem.

– Zamyśliłam się, przepraszam. – Potrząsnęła głową, odpędzając nieprzyjemne obrazy. – Możemy pójść.

– Świetnie, cieszę się. – Chwyciła garnek i podeszła z nim do stołu. – Ale najpierw to musisz iść się wysuszyć, bo tak się z ciebie leje, że zrobisz sobie zupę z tego sosu – zaśmiała się. – No, raz raz, akurat zdąży ci przestygnąć.

– No już, przecież idę. – Przewróciła oczami, ale mimo wszystko posłała matce wymuszony uśmiech.

Wyszła z ociąganiem. Ani trochę nie było jej do śmiechu. Gdyby nie musiała zostać po zajęciach artystycznych, by sprać w obskurnej łazience pentagram z bluzy, nie spóźniłaby się na autobus. Zmywanie czerwonej farby zajęło mnóstwo czasu. Na pewno więcej, niż zajęło jego namalowanie nieznajomemu artyście. Rachel musiała przyznać, że był zwinny – o malowidle dowiedziała się dopiero, gdy wstała z miejsca i usłyszała za sobą śmiechy.

Przebrana w swoje ulubione, powyciągane dresy, z włosami owiniętymi ręcznikiem, wróciła do kuchni. Usiadła na wysłużonym krześle i wbiła wzrok w porcję spaghetti.

Mary siedziała po przeciwnej stronie. Nalawszy sobie kawy, postawiła kubek na honorowym, wyblakłym od ciepła miejscu.

– To jak było w szkole? Jak nauczyciel od historii? – zagaiła.

– Trochę przynudzał – odparła obojętnie.

„Opowiadał naprawdę ciekawe rzeczy, ale za cholerę nie mogłam się na nich skupić, bo czułam, jak wszyscy się na mnie patrzyli. A, no i wręcz słyszałam w głowie przecudowne komentarze na mój temat. Czemu tego nie zgłosiłam? Bo wyszłabym na jeszcze większą wariatkę.” – cisnęło się na usta, ale tylko mocniej je zagryzła. Matka już i tak straciła wystarczająco dużo nerwów, użerając się z poprzednią szkołą. Nauczyciele składali puste obietnice, ignorowali wszelkie sygnały przemocy, a gdy działo się cokolwiek poważnego, zamiatali sprawę pod dywan. Koniec końców to problematyczna Rachel i wojownicza Mary stały się tymi złymi. Część kadry z pewnością odetchnęła z ulgą, gdy dowiedziała się, że rodzina Wolfman nie wróci w następnym roku szkolnym.

– Może jeszcze się rozkręci, daj mu szansę – stwierdziła pocieszająco Mary. – A inni uczniowie? Złapałaś z kimś kontakt?

Rachel jedynie pokręciła głową, połykając makaron. Nie miała ochoty jeść, ale miała jeszcze mniejszą ochotę odpowiadać na pytania. Wiedziała, że wynikały z troski, ale zdecydowała, że w tym roku szkolnym poradzi sobie sama.

Jadły przez chwilę w ciszy. Matka kilkukrotnie unosiła nieco głowę, jakby chciała się odezwać, ale ostatecznie rezygnowała. Odrzuciła na plecy wpadające do talerza długie włosy, na których pojawiły się już odrosty przetykane siwizną.

– Pójdę sprawdzić, jakie podręczniki będą mi potrzebne. – Rachel dopiła szybko sok, podziękowała i odniosła naczynia do zlewu.

Wychodząc, przytuliła się do matki.

– Kocham cię. 

– Ja ciebie też – szepnęła Mary. 

Rachel wysunęła się z uścisku. Zgarnęła plecak z korytarza. Mijając po kilka skrzypiących stopni na raz, wspięła się na piętro. Odruchowo spojrzała w lustro wiszące naprzeciwko schodów.

Krzyknęła.

Szyba pękła z trzaskiem.

Rachel zatoczyła się do tyłu. Zahaczyła o dywan i upadła. Niemal zleciała w dół. Odepchnęła się gorączkowo od krawędzi. Syknęła. Odłamki szkła wbiły się w jej dłonie, wywołując piekący ból.

– Rachel?! – Mary wbiegła po schodach. – Co się stało? Jesteś cała? – Dopadła do córki i chwyciła ją za ramiona.

– J-ja… W lustrze… – Wskazała na strzaskaną powierzchnię. – Wy-wystawała…

– Kochanie, popatrz na mnie – powiedziała bardzo powoli. – Jestem tu, nic ci nie grozi – zapewniła, gdy złapała kontakt wzrokowy. – Oddychaj, wdech przez nos, przytrzymaj, wydech ustami tak jak ćwiczyłyśmy. – Sama zaczęła wykonywać wyuczone, głębokie oddechy.

Rachel nie mogła skupić wzroku na matce. Chciała wyrwać się z uścisku i obrócić w stronę lustra. Upewnić się, że smolista łapa z ogromnymi pazurami zniknęła.

– Skup się na mnie, patrz na moje usta i słuchaj słów – kontynuowała Mary spokojnym głosem.

Rachel pokręciła głową. Zacisnęła powieki, spod których pociekły łzy. Owinęła ręce wokół kolan i zaczęła lekko się kołysać. Czuła walące serce. Najpierw zrobiło jej się gorąco, potem momentalnie zimno. Zdrętwiały palce, cała zesztywniała. Nigdy nie widziała czegoś takiego. Odbicie demona zawsze pozostawało po drugiej stronie lustra.

A teraz sięgnęło ku niej. Obrzydliwą, pomarszczoną łapą. Z szponami, które mogłyby rozerwać ją na strzępy. Demon nie był tylko odbiciem.

Mógł dostać się do tego świata. Do niej.

Rachel dygotała na całym ciele. Nie mogła pohamować łez. Czuła ciepło bijące od matki, która zamknęła ją w ochronnym uścisku.

– Jestem przy tobie, cokolwiek widziałaś, nie skrzywdzi cię. – Mary gładziła ją po głowie i lekko kołysała.

– Chciał... sięgnąć... do mnie... – wydusiła między urywanymi oddechami. Skuliła się.

Kołysały się rytmicznie. Ciszę przerywało jedynie pociąganie nosem. 

– Pójdziemy do twojego pokoju? Tam na pewno cię nie sięgnie.

Rachel skinęła głową. 

Matka pomogła jej wstać. Musiała przytrzymać córkę, by nie upadła. Przeszły powoli przez korytarz. Zamknęły drzwi i usiadły na łóżku.

 – Chcesz, żebym z tobą została? – spytała łagodnie.

 – Na chwilę... – odparła słabo, wciąż wtulona w matkę.

– W porządku.

Rachel otwarła zaciśnięte do tej pory powieki. Ułożyła głowę na nogach matki.

Przyjemny półmrok był kojący dla zmysłów. Przysłonięte okna i brak luster gwarantowały, że demon nie będzie nawiedzał dziewczyny swoim paskudnym obliczem. 

– Odpocznij, popilnuję cię. – Mary nakryła ją kocem.

Rachel mruknęła coś niewyraźnie. Chciała, by te słowa były prawdziwe. Zdawała sobie jednak sprawę, że demon nie potrzebował luster. Nie potrzebował nawet, by była świadoma.

Świat snów był równie dobrym miejscem, by ją nawiedzać.

 

***

 

Jeśli miałby do wyboru zwisać przez godzinę głową w dół z najwyższego wieżowca w Gotham, a brać udział w balu charytatywnym, Dick bez wahania wybrałby wieżowiec. Niestety, życie nie było dla niego na tyle łaskawe. Kiedy jest się adoptowanym synem milionera, czasem trzeba pojawić się na jakiejś durnej imprezie, na której wcale nie ma ochoty się być. 

Stał oparty o balustradę i wpatrywał się w tańczący pod nim tłum. Ogromna willa Falcone’a, w którym odbywało się przyjęcie, tętniła życiem. Parter wraz z ogrodem i basenem został przeznaczony dla, jak to określał sam właściciel, “pospólstwa” - zamożnych, choć niezbyt ważnych w miejskiej hierarchii osób, które wypadało zaprosić dla utrzymywania pozorów. Na pierwszym piętrze natomiast bawiła się elita. Ostatnie piętro było niedostępne dla gości. 

Mężczyzna wyłowił wzorkiem kilka znajomych twarzy. Roztańczona Vicky Vale porywała ze sobą kolejnych partnerów w wir zabawy. Lekko podpity Edward Nigma “zabawiał” gości, tłumacząc dokładnie każdą kolejną sztuczkę coraz bardziej poirytowanego zatrudnionego magika. 

Dick prychnął pod nosem i upił łyk okrutnie niedobrego oraz równie okrutnie drogiego szampana. Odwrócił się w stronę drzwi balkonowych. Z niesmakiem odłożył kieliszek od siebie. Ile by dał, by móc biegać swobodnie po dachach Gotham, w dopasowanym i niekrępującym ruchów stroju Robina! Zamiast tego musiał dusić się w odrobinę za ciasnym smokingu w upalną, czerwcową noc. Przynajmniej bryza wiejąca znad zatoki Gotham przynosiła odrobinę ukojenia od skwaru. 

Gdzieś w tłumie mignął mu Bruce. Uśmiechał się do uczepionej jego ramienia kobiety. Dick żałował jak cholera, że nie zabrał ze sobą osoby towarzyszącej. Barbara uparcie odmawiała udziału w takich imprezach. Twierdziła, że bogaci traktują ją jak lalkę, nad którą mogą się poużalać – „Biedactwo, Joker cię postrzelił i nie możesz chodzić? Straszna historia, doprawdy. Pozwól, że wpłacimy datek na rzecz szpitala, w którym cię leczono, a wieczorem rzucimy kasą w gang, z którym twój ojciec nie może sobie poradzić od dwóch lat”. 

Uśmiechnął się kwaśno pod nosem, przypominając sobie jej pogardliwy ton głosu i przedrzeźniającą minę. Cóż, nie mógł się jej dziwić. On sam chętnie wybiłby zęby co najmniej połowie obecnych na imprezie gości. Niestety, to były zasady działania Robina. Teraz był Dickiem Graysonem. Czarującym, na razie samotnym synem Bruce’a Wayne’a. I jedynym spadkobiercą wielkiej fortuny.

Upił kolejny łyk i przez dłuższą chwilę walczył sam ze sobą, by się nie skrzywić. Bąbelki łaskotały w język i drażniły wypalone alkoholem gardło. Może powinien wyhamować z tym szampanem. Cóż, do czasu otwarcia baru z drinkami nie miał za bardzo wyboru. Ciekawe, co zaproponowano abstynentom.

Z tłumu wyłonił się na oko czterdziestoletni, dobrze zbudowany mężczyzna. Jego garnitur już z daleka krzyczał, że jego właściciel nie klepie biedy. Facet niósł dwa kieliszki szampana. Przystawał co chwilę, zaczepiany przez kolejne osoby. W końcu dotarł do niepocieszonego tym faktem Graysona. 

– Wspaniałe przyjęcie, prawda? – zagadnął, podając młodszemu szkło. – Falcone stanął na wysokości zadania. 

Dick odmruknął coś w odpowiedzi i przyjął kieliszek. Powoli sączył napój, uważnie obserwując rozmówcę. Wiedział wszystko o każdym, kto był uważany za “elitę” w tym mieście, do poziomu rozmiaru buta i ulubionego rodzaju chleba. Tego jegomościa nie kojarzył. Nienagannie ułożone, rude włosy, drogi zegarek na ręku i wystudiowany uśmiech zdradzały, że nie było to pierwsze takie rodeo nieznajomego. 

Musiał przyznać, że Blood był całkiem przystojny. Pierwsze zmarszczki wokół niebieskich oczu dodawały mu powagi. 

– Zdaje mi się, że nie mieliśmy jeszcze okazji się poznać. – Wyciągnął w stronę Graysona wypielęgnowaną dłoń. – Sebastian Blood Dziesiąty.

– Richard Grayson. 

Uścisk był mocny i pewny.

– Ten Richard Grayson? Syn Bruce’a Wayne’a? 

Dick tylko skinął głową. Tylko czekał, aż Blood przejdzie do marketingowego paplania o tym, czym to się nie zajmuje zawodowo i opisywania, w jaki to sposób jego innowacyjny pomysł nie ulepszy życia lub portfela potencjalnego inwestora. Jeśli miał być kompletnie ze sobą szczery, to od czasu do czasu lubił pobawić się w naiwnego młodziaka. Grzecznie kiwał głową, zadawał pytania kompletnie od czapy, by wyrazić zainteresowanie, a kiedy w końcu zachęcony pozytywną reakcją rozmówca wykładał karty na stół i podawał cenę, Dick z rozbrajającym uśmiechem odpowiadał, że jego kieszonkowe nie będzie w stanie pokryć kosztów. Uwielbiał oglądać zupełnie skołowane takim wyznaniem miny. 

– To musi być męczące. Te wszystkie bale, ciągłe życie w świetle reflektorów… – Blood poprawił mankiety koszuli i także oparł się o balustradę. Wbił wzrok w roześmiany tłum. – Jeśli mogę pozwolić sobie na szczerość, nie znoszę tego blichtru ponad wszystko. Ale niestety, tak się w dzisiejszym świecie robi interesy. – Wychylił cały kieliszek szampana. 

Dick w milczeniu popijał swoją dawkę szampana. Nie spuszczał wzroku z towarzysza. Czekał, aż ten w końcu powie, po co przyszedł.

– Gdyby każda z obecnych tutaj osób nie kantowała przy rozliczaniu podatków czy oddała chociaż część swojej fortuny na cele dobroczynne, takie przedstawienia w ogóle nie byłyby potrzebne – kontynuował niezrażony Sebastian. 

– A ty kantujesz? – wymsknęło się Graysonowi.

W odpowiedzi usłyszał głęboki śmiech. 

– Staram się być tak uczciwy, jak tylko pozwala mi na to system – odparł w końcu. – A wszystko, co mam, poświęciłem dla innych. Falcone pieniądze zebrane na dzisiejszym przyjęciu przeznaczy na rozbudowę skrzydła szpitalnego, który dzięki działaniom Kościoła Krwi nieodpłatnie będzie leczył najbiedniejszych w tym mieście. 

– Kościół Krwi? – Dick uniósł brew. – Pierwsze słyszę. 

– Założył go Sebastian Blood Trzeci, mój pradziadek. Był zakonnikiem, który całe swoje życie poświęcił, by pomagać bezdomnym. Krew w naszej nazwie to symbol braterstwa, pokrewieństwa z tymi, którym nie poszczęściło się w życiu. – Sebastian wyprostował się. – Dopiero co rozpoczęliśmy działalność w Gotham, więc możliwe, że jeszcze o nas nie słyszałeś.

Dick już otwierał usta, by odpowiedzieć, lecz przerwało mu podekscytowane „Bracie Sebastianie!”. W progu balkonu stanęła wsparta o laskę i kamerdynera elegancko ubrana, starsza kobieta. 

Blood skinął głową w jej stronę. 

– Mam nadzieję, że będziemy mogli jeszcze kiedyś kontynuować naszą rozmowę. A tymczasem wybacz mi, sprawy zawodowe wzywają. – Uśmiechnął się uprzejmie do Dicka. – Miłego wieczoru.

Richard skinął głową i odprowadził nowego znajomego wzrokiem. Kiedy Blood zniknął wraz ze starszą kobietą w budynku, Dick znowu oparł się o balustradę. Z niezadowoleniem zauważył, że jego kieliszek był pusty. Bawiąc się szkłem, wbił zamyślone spojrzenie w wirujący tłum.

Sebastian Blood. Cóż za dziwny człowiek.

Bardzo ważna notka informacyjna

Dzień dobry wieczór!
Witamy się z Wami w tym pięknym dniu, niestety nie z rozdziałem, ale z notką informacyjną. Niektórym być może nie chce się czytać suchych informacji, dlatego polecamy zjechać na dół wpisu po tl;dr. A resztę zapraszamy do zapoznania się z tym, co się wydarzyło, i z tym, co teraz czeka Rewritten.
Wydarzyło się tyle, że jakoś końcem lipca zgłosiłyśmy się z Rewritten do Wspólnymi Siłami (a konkretniej do Skoi, cześć Skoia!) po ocenę. I co zdumiało wszystkich zaangażowanych, nasze opko otrzymało ocenę -5.
-5.
Shadows of Love (poprzednie opko Aris) i Kruczy umysł w starej wersji (opko Nigry) dostały odpowiednio ocenę przeciętny i słaby.
Także jak widać, progres jest. Ale do brzegu.
Skoia otworzyła nam oczy na kilka kwestii, podsunęła także kilka ciekawych pomysłów (o czym za chwilę). Dlatego zdecydowałyśmy, że wrzesień i październik będą dla nas chwilową przerwą od pisania. To znaczy, że na blogu nic się w tym czasie rozdziałowego nie pojawi. Potrzebujemy tych dwóch miesięcy, żeby trochę przemodelować dotychczasowy plan fabularny, wprowadzić poprawki do istniejących rozdziałów, oraz napisać nowy rozdział pierwszy.
A właściwie to rozdział 0.5. Według chronologii znajduje się on między prologiem, a starym dobrym rozdziałem pierwszym. Warto go zatem nadrobić, kiedy się pojawi. Celujemy z publikacją w 19.11, ale najpierw trzeba jeszcze dopracować plan, stąd taka długa przerwa. W październiku też jedna z nas będzie trochę bardziej zajęta przez studia, więc sami rozumiecie. Nie chcemy narzucać sobie rygorystycznych, krótkich terminów, a potem się stresować, próbując napisać wszystko na czas.
Nowi czytelnicy od 19.11 mogą spokojnie lecieć po kolei z rozdziałami tak, jak są one rozpisane w Spisie treści. Starych wyjadaczy zapraszamy do nadrobienia nowego rozdziału pierwszego. W dalszych rozdziałach nie planujemy jakiś drastycznych zmian, ale jeśli do takich dojdzie, to oczywiście damy Wam znać. Wypatrujcie zmian w polu Informacja z boku bloga. Pewnie wrzucimy też krótką notkę informacyjną w Spisie treści. Z góry przepraszamy za takie zamieszanie, ale nie widzimy za bardzo sensu w tym, by kazać Wam czytać od początku całe opowiadanie, gdzie w 90% treści jedyne, co zmieniłyśmy, to przecinki. Mamy nadzieję, że taki układ Wam pasuje :).
A na ten moment dziękujemy za uwagę i wyrozumiałość, życzymy miłej jesieni i do zobaczenia w listopadzie!
Aris i Nigra

Tl;dr dla nowych czytelników - poczekajcie do 19.11 i czytajcie jak normalni ludzie od początku do końca;
Tl;dr dla starych czytelników - Koniecznie przeczytajcie nowy rozdział I (dostępny od 19.11), bo czasowo plasuje się on między prologiem a starym rozdziałem pierwszym (Ucieczka). Bez niego może Wam być ciężko zrozumieć niektóre wydarzenia. Znudzonym polecamy odświeżenie sobie całego opka od początku.

5. Pytania

– Nie dają ci dzisiaj spokoju, słoneczko – rzuciła na wejściu pielęgniarka. 

Otwarła drzwi na całą szerokość i odeszła na bok, by wpuścić do środka młodą blondynkę w okularach.

Rachel poruszyła się niespokojnie i zlustrowała pobieżnie kobietę.

– Spokojnie, przybywam w pokoju. – Uśmiechnęła się ciepło i uniosła dłoń z uformowaną przerwą między palcem środkowym a serdecznym. – Harleen Quinzel, jestem psycholożką dziecięcą i zostałam wysłana z ramienia pomocy społecznej. Lekarz wydał pozwolenie, ale przede wszystkim chciałam wiedzieć, czy ty jesteś gotowa na rozmowę?

Rachel kiwnęła powoli głową i przełknęła ciężko ślinę. 

Kobieta przysunęła sobie krzesło, które detektyw odstawił dzień wcześniej niedbale pod ścianę. Wyciągnęła ze skórzanej aktówki podkładkę oraz kilka kartek i przypięła je. Odrzuciła do tyłu długie włosy, założyła nogę na nogę i z lekkim uśmiechem spojrzała na dziewczynę. 

Rachel spuściła wzrok. Westchnęła ciężko i podciągnęła kolana do klatki piersiowej. 

– Zacznijmy od formalności – psycholożka podjęła spokojnym głosem. – Nikt ich nie lubi, ale zadowalają urzędników, a im też się coś od życia należy. – Pstryknęła długopisem. – Nazywasz się Rachel Roth, tak?

Dziewczyna ponownie tylko skinęła głową. Pomimo że kobieta wyglądała przyjaźnie i wyraźnie starała się wzbudzić zaufanie, to coś sprawiało, że Rachel poczuła do niej niechęć. Idealnie wyprasowany żakiet, zadbane paznokcie, nienaganny makijaż i ten uśmiech. Wszystko wydawało się sztuczne, wymuszone. Psycholożka nie chciała dać po sobie poznać, że wolałaby być gdzieś indziej. Rachel intuicyjnie to wyczuwała.

– Do jakiej szkoły chodzisz? 

– Publiczne Liceum imienia Edisona – odparła bardzo cicho.

– Lubisz się uczyć? – Kobieta podniosła zaciekawiony wzrok. – Masz jakiś ulubiony przedmiot?

– Historię – powiedziała nieco głośniej.

– Macie w szkole jakieś koło związane z tym przedmiotem? Zawsze to inaczej spotkać się z ludźmi i podyskutować o ciekawych tematach, niż tylko słuchać nauczyciela. – Poprawiła mankiet koszuli i pochyliła się lekko. 

– Nie, wolę sama się uczyć – odrzekła zgodnie z prawdą. 

Większość czasu spędzała w samotności. Nieśmiałość, trudności w nawiązywaniu kontaktów i łatka dziwaczki, którą otrzymała już na początku nauczania utrudniały nawiązywanie znajomości. Ludzie trzymali się od niej z daleka, jednak niespecjalnie jej to przeszkadzało. Tak było bezpieczniej. 

Dla nich samych.

– Wolny czas też wolisz spędzać sama? 

Kiwnęła głową. Nie była pewna, po co te wszystkie pytania. Obie wiedziały, jaki był cel tej rozmowy. Decyzja, co dalej z Rachel.

– Przebywanie samemu ma swoje zalety – podchwyciła. – Można zgłębić swoje wnętrze, dowiedzieć się więcej o sobie samym, w dzisiejszym świecie czasami ciężko o taką chwilę refleksji.

Rachel mruknęła potakująco, choć się nie zgadzała. Izolowała się od ludzi, by ich chronić przed tym, czym była. Nigdy nie była tak naprawdę sama. Zawsze towarzyszył jej Demon. Jego szepty odbijały się echem w głowie, a gdy tylko miał okazję, nawiedzał ją w odbiciu lub we śnie. Nie miała chwili spokoju i ciszy na refleksje.

– Mieszkałyście tylko we dwójkę? – spytała psycholożka po chwili namysłu. 

– Tak – odparła Rachel zdławionym głosem.

Harleen przerzuciła zapisane kartki.

– Znasz innych członków rodziny?

– Nie. 

– Okej, nic nie szkodzi. A wiesz może cokolwiek o biologicznej matce? – spytała łagodnie i nieznacznie przekrzywiła głowę. – Jeśli nie, to też w porządku – zapewniła spokojnie.

– Nie, nie rozmawiałyśmy o niej… – Miętosząc nerwowo kołdrę Rachel, przeniosła nieco spłoszone spojrzenie na podkładkę, na której kobieta notowała odpowiedzi. 

– Może wyjaśnię, po co to wszystko, żebyś nie musiała snuć domysłów. – Harleen podłapała jej spojrzenie i wyprostowała się na krześle. – Chcemy znaleźć najlepsze rozwiązanie dla ciebie, stąd musimy dobrze zorientować się w sytuacji. Oczywiście nic nie szkodzi, że nie znasz innych członków rodziny, od tego jesteśmy, by się tym zająć.

Rachel mruknęła niewyraźnie, że rozumie i rozluźniła dłonie wczepione w materiał. 

– Widziałam, że zdarzały się wezwania policji do waszego domu – podjęła psycholożka po odchrząknięciu.

– Sąsiedzi – mruknęła. – Okolica jest cicha i wszystko się niesie – odpowiedziała powoli. – Zwłaszcza nocą – dodała po chwili namysłu.

Nie wiedziała, ile mogła powiedzieć tej kobiecie. Bała się, że jedno słowo za dużo i uznają ją za wariatkę. 

– Rachel? – Kobieta pochyliła się do przodu, by spojrzeć na twarz dziewczyny. – Gdzie tak wędrujesz myślami? 

– Zamyśliłam się – mruknęła i lekko potrząsnęła głową. – Jakie było pytanie?

– Co zakłócało ciszę, zwłaszcza nocą? – powtórzyła spokojnie.

Rachel czuła się niekomfortowo pod uważnym spojrzeniem psycholożki. Miała wrażenie, że kobieta sięgała nim w głąb jej myśli, analizowała emocje i przeszukiwała wspomnienia.

– Czasami krzyczę przez sen – powiedziała i uniosła wzrok na ekrany wyświetlające jej funkcje życiowe.

Zielona, załamana linia przemknęła przez wyświetlacz i zniknęła. Powierzchnia stała się czarna.

Błysnęły w niej czerwone oczy i szyderczy uśmiech.

Rachel wzdrygnęła się. 

Szybko odwróciła spojrzenie, ale kobiecie nie umknęła ta reakcja. Podążyła za wzrokiem dziewczyny, po czym obróciła się i przyjrzała jej badawczo. Zanotowała coś i poprawiła okulary.

– Miewasz koszmary?

Rachel kiwnęła głową. Znała następne pytanie i już wiedziała, że nie będzie mogła powiedzieć prawdy. A co, jeśli kobieta pozna, że kłamie? A może już znała odpowiedź? Doznała wrażenia, że psycholożka wygrzebała informację z jej umysłu.

– Czasami. – Przełknęła rosnącą gulę w gardle. 

– A gdybyś miała określić, od kiedy tak się dzieje?

Wzruszyła ramionami i pokręciła głową. Bała się o tym mówić. Czy ktokolwiek w ogóle by jej uwierzył? Czy spróbowałby zrozumieć?

Te sny napawały ją lękiem. Nie pojmowała ich znaczenia ani źródła. Budziła się z krzykiem w środku nocy, zlana potem. Nie dawały spać zarówno Rachel, jak i matce. Dziewczyna wiedziała, że Mary każdej nocy odmawiała modlitwę do Michała Archanioła. Zawsze zostawiała na szafce nocnej stary, zatarty już medalik i wyblakły różaniec. Rachel wyobrażała sobie, jak matka patrzyła z niepokojem na drzwi sypialni, gdy w pokoju córki rozlegały się głosy. Nigdy nie wspomniała – zresztą nie musiała – że zło, które czaiło się w dziewczynie, w nocy znajdowało ujście i formowało się w namacalne byty. To dlatego Rachel zawsze spała przy zapalonym świetle, a na jej prośbę Mary zamykała także drzwi na klucz. – Teraz tym bardziej nie dadzą mi spokoju – wypaliła nagle. 

Przyłożyła dłoń do ust, jakby chciała jeszcze cofnąć wypowiedzenie myśli na głos. Za późno.

– Co dokładnie przez to rozumiesz? – podłapała psycholożka i wyprostowała się, uważnie obserwując Rachel. 

Dziewczyna zawahała się. Nie czuła więzi z tą kobietą. Detektyw, choć znacznie mniej delikatny i ostrożny w obchodzeniu się z nią, wzbudził zaufanie. Nie podchodził do niej jak do kolejnego przypadku do odhaczenia z listy. Wiedziała, że ją rozumiał. 

Harleen miała tylko wiedzę teoretyczną. 

Łzy napłynęły Rachel do oczu. Oddech pogłębił się. 

– Już nigdy nie odzobaczę jej śmieci, będzie mnie prześladować w każdej chwili – wyrzuciła Rachel na jednym wdechu.

– Nie musisz o tym mówić, jeśli nie jesteś gotowa – zapewniła kobieta i pochyliła się w jej stronę. – Zaopiekujemy się tobą.

Rachel skuliła się i ukryła twarz, po której zaczęły spływać łzy. 

– Żałoba po tak ważnej osobie jest ciężkim przeżyciem, ale pozwala na pogodzenie się ze stratą – tłumaczyła kobieta współczującym głosem. – Początkowo możesz nie dowierzać, wściekać się na wszystko i wszystkich, może dopadać cię zupełna rezygnacja i rozpacz, ale to jest naturalne i masz prawo do wszelkich uczuć. Nie jesteś z tym sama. 

– J-jes-tem niebezpieczna – wydukała między urywanymi oddechami Rachel. 

Pościel, w którą się wtulała, musiała zagłuszyć jej słowa, bo psycholożka nachyliła się bardziej i poprosiła, by dziewczyna powtórzyła. Rachel pokręciła głową, objęła mocniej nogi i nie odezwała się. 

– Jesteś w niebezpieczeństwie? – dopytała kobieta. 

Rachel znowu pokręciła głową. 

– W porządku, nie będę cię już męczyć – oznajmiła przyjaźnie. – Bardzo dobrze sobie poradziłaś, takie rozmowy są trudne i jestem dumna z każdego słowa, które mi dzisiaj przekazałaś. 

Ciało Rachel drgało nieznacznie, oddech nieco się uspokoił. Przestała słuchać kobiety. Nieważne, jakie miała intencje, demon podpowiadał, by nikomu nie ufać. I to jego głos odbijał się teraz w głowie Rachel. 

W pewnym momencie zorientowała się, że psycholożka wyszła. Nie wiedziała nawet kiedy. Czuła się kompletnie zagubiona. Choć wszystko dookoła było ciche i spokojne, w jej głowie panował chaos.

***

 

Dick z dokumentów dowiedział się, że Rachel została adoptowana przez Mary w klasztorze, w którym była zakonnicą. Kilka miesięcy później opuściła zgromadzenie. W internecie doszukał się informacji, że sam zakon został rozwiązany, a jego siedzibę sprzedano wyznawcom innej religii. Graysonowi udało się za to zdobyć adres zakonnicy, która była przełożoną w czasie posługi matki Rachel. 

Miriam Blake mieszkała na przedmieściach w małym, zadbanym domu. Już z daleka rzucał się w oczy wypielęgnowany ogródek. Róże wylewały się ponad białym płotem, zacieniając chodnik. Trochę się martwił, że porysują mu lakier samochodu, kiedy parkował przed budynkiem. Do drzwi prowadziła żwirowa ścieżka, która z trudem walczyła o miejsce pośród bujnych krzewów i mnóstwa kwiatów, których nazw nie znał. 

Miriam otworzyła drzwi, wycierając ręce w kuchenny fartuch. Była niska i pulchna. Kiedy usłyszała, w jakiej sprawie przyjechał, przeżegnała się.

– Biedna Mary…– wyszeptała. – Proszę, niech pan wejdzie. 

Dick znalazł się w niskim, słabo oświetlonym salonie. Meble były proste i funkcjonalne, a oprócz wiszących na ścianach dewocjonaliów detektyw nie dopatrzył się żadnych ozdób. Na niewielkim parapecie stała forma z apetycznie pachnącym ciastem. 

– Proszę usiąść. Napije się pan kawy? 

Pomimo wieku gospodyni była bardzo żywiołowa. Dreptała małymi krokami z zawrotną prędkością, znosząc na stolik kolejne przysmaki. Już po chwili oprócz parującej filiżanki przed Dickiem stanął talerzyk z kawałkiem jeszcze ciepłego ciasta, drugi spodek wypełniony owsianymi ciastkami, cukiernica i mlecznik. 

– Mary była taką dobrą kobietą… – Miriam zaczęła wywód, siadając na fotelu naprzeciwko detektywa. Kosmyk siwiejących włosów opadł na poprzecinaną zmarszczkami, zmęczoną twarz. Dłonie splotła na kolanach. Zawiesiła zamyślone spojrzenie gdzieś za ramieniem rozmówcy. – Przyszła do nas w dziewięćdziesiątym czwartym, zaraz po liceum. Czuła powołanie od maleńkości. Od razu wszystkie ją polubiłyśmy. Dla każdego zawsze znalazła dobre słowo, a przy tym była bardzo pomocna i sumienna. Jak zostałam przełożoną, a to w zimie było, to w ramach prezentu przyniosła mi bukiet czosnku, który sama wyhodowała, bo wie pan, w zakonie miałyśmy miejsce na warzywnik. Uwielbiała dzieci, mogłaby całe dnie przesiadywać z sierotami. Jak tylko trafiała do nas jakaś biedna duszyczka, to Mary pierwsza biegła przewijać pieluchy. – Uśmiechnęła się do swoich wspomnień. 

– Rozumiem, że z Rachel było podobnie – zagadnął Grayson. Wyciągnął z kieszeni kurtki notes i długopis.

Zasępiła się. Rozmarzony wzrok powrócił do rzeczywistości. Zacisnęła dłonie tak, że aż pobielały jej knykcie. 

– Mała Rachel… to szczególny przypadek – mruknęła. – Jej biologiczna matka, Angela, przybyła do nas w zaawansowanej ciąży. Była niedożywiona, ktoś się nad nią znęcał, mówiła, że ucieka przed oprawcą. Twierdziła, że nie ma nikogo, do kogo może się zwrócić. Chciałyśmy ją odesłać, ale błagała nas, byśmy pozwoliły jej zostać. Nasz zakon był bardzo zamkniętą społecznością, ale co miałyśmy zrobić, ciężarnej przecież nie wyrzucę za próg. Zaopiekowałyśmy się nią, urodziła Rachel jakoś miesiąc po tym, jak do nas przyszła. To był bardzo szybki poród, nawet lekarz nie zdążył przyjechać, Mary go odbierała. Dwa tygodnie później Angela zniknęła.

Richard zatrzymał się w połowie notowania.

– To znaczy? – Zmarszczył brwi. Sięgnął po ciastko.

– Uciekła. Zostawiła nam Rachel i kartkę z prośbą, by się nią zaopiekować. – Miriam spuściła głowę. – Kilka miesięcy po ucieczce dowiedziałyśmy się, że zakatowano ją na śmierć.

– Bardzo mi przykro – wymamrotał Dick. Szybko zapisał informację. – Znała pani jej nazwisko?

– Niestety, tylko imię. Angela była bardzo skrytą osobą. Może obawiała się, że jej prześladowca ją odnajdzie. – Zaczęła bawić się dłońmi. – Patrząc na to, jak skończyła… – Potrząsnęła głową. – Czy może mi pan powiedzieć, jak umarła Mary? – Podniosła wzrok na detektywa.

Dick przez chwilę rozważał odpowiedź. 

– Próbujemy ustalić, co się dokładnie wydarzyło. Ktoś włamał się do domu. Mary… została zastrzelona – powiedział powoli, uważnie dobierając słowa.

Zapadła cisza. 

– Wszystkie uważałyśmy, że źle skończy – wyznała w końcu przełożona. – Ale nie sądziłam, że stanie się to w ten sposób.

– Co ma pani na myśli? – Zmarszczył brwi. Słowa Miriam nie pasowały mu do wcześniejszych zachwytów nad ofiarą.

– Pewnie miał już pan okazję poznać Rachel. – Znów zacisnęła dłonie. – To bardzo… wyjątkowe dziecko. Na początku była grzeczna jak aniołek, dopiero kiedy jej matka zniknęła… – Oblizała spierzchnięte wargi. – Płakała całe dnie. Jej krzyki budziły pół zakonu w nocy. Było czuć w niej coś, jakby to określić… nieludzkiego. Kiedy człowiek dłużej patrzył w jej oczy, miał wrażenie, jakby tam w środku ktoś jeszcze był, ktoś obcy. Zdarzało się, że pękało przy niej szkło. – Potrząsnęła głową. Upiła łyk kawy. – Próbowałyśmy ją nawet raz egzorcyzmować, ale skończyło się tylko na kolejnej nocy pełnej wrzasków. 

Dick jeszcze nigdy w życiu tak szybko nie notował.

– Zabrzmi to pewnie absurdalnie, ale bałyśmy się jej. Tylko Mary nie dostrzegała, że coś z tą dziewczyną jest nie tak. I tylko przy Mary Rachel się uspokajała. – Westchnęła. – Byłyśmy pewne, że ta mała doprowadzi ją do grobu.

Zapadło milczenie. Miriam powoli sączyła kawę, podczas gdy Dick przetrawiał jej słowa. W świetle nowych informacji, ta dziwna scena ze szpitala, którą wcześniej zrzucił na zmęczenie, zaczęła nabierać sensu. Jeśli w Rachel naprawdę siedziało coś nadnaturalnego, mógł to być powód, dla którego ludzie z tatuażami na nią polowali. Mogło to również wyjaśnić tajemniczą przyczynę zgonu napastnika. 

– Dlatego Mary odeszła z zakonu? – spytał w końcu.

Miriam kiwnęła głową.

– Nie mogła znieść tego, w jaki sposób reszta sióstr patrzyła na Rachel. Odeszła, gdy dziewczynka miała trzy, może cztery miesiące. – Postukała palcami o blat stołu. 

– Rozumiem. – Dick przeleciał wzrokiem sporządzone notatki. Jednym haustem wypił ostygłą już kawę. – Czy jest jeszcze coś, co mogłaby mi pani powiedzieć o Mary i Rachel? Czy może był ktoś, kto im groził? Albo kto o nie pytał?

– Nie wiem nic o żadnych groźbach. Odkąd odeszła, wymieniałyśmy ze sobą tylko kartki na święta. – Pokręciła głową. Zmarszczyła brwi. – Ale owszem, ktoś pytał mnie o Rachel. 

Richard podniósł głowę. Czyżby ludzie od tatuaży?

– Jakieś dwa czy trzy miesiące przed rozwiązaniem zakonu odwiedziła nas przemiła starsza para. Mówili, że są rodzicami Angeli i że dowiedzieli się o tym, że mają wnuczkę, którą bardzo chcieliby odnaleźć. Nie byłam im w stanie pomóc. Wszystkie dokumenty adopcyjne trafiły już wtedy do państwowego archiwum, a i Mary pewnie nie życzyłaby sobie, bym ujawniała jej miejsce zamieszkania. Odesłałam ich. Podziękowali za pomoc i więcej ich już nie zobaczyłam. – Wzruszyła ramionami. – Wydało mi się dziwne, że tak późno dowiedzieli się o Rachel. I że Angela nie zwróciła się do nich po pomoc. 

– Czy pamięta pani może… – Przekartkował notes. Wyciągnął z niego fotografię, zrobioną przez koronera, i podał ją kobiecie. – Czy któreś z nich miało taki tatuaż? Na przykład na nadgarstku albo w jakimś innym miejscu.

Zerknęła przelotnie na kruka z wyciągniętymi szponami. Pokręciła głową.

– Tatuaż? Nie. Ale tamta pani miała broszkę z podobnym motywem. Pamiętam, bo pękł zaczep i o mało nie utopiła jej w kawie. – Uśmiechnęła się. – Wyglądała na drogą, a okazało się, że bubel. 

– Może mi pani powiedzieć coś więcej? Co pani zapamiętała? 

– Cóż, jeśli chodzi o tamtych państwa, to byli bardzo mili i bardzo przeciętni. Oboje średniego wzrostu, on trochę łysiał i miał garbaty nos. Ona za to była bardzo elegancka, trochę aż do przesady. Ta broszka była złota, a ptak był opleciony wieńcem w kształcie litery S. Dopiero jak ten zaczep pękł i spadł, to się okazało, że to stal pomalowana na złoto. Nie przyjrzałam się, ale wydaje mi się, że kamyk w oku ptaka też był tylko kolorowym szkiełkiem. – W zamyśleniu postukała palcem o podbródek. 

Dick sięgnął po talerzyk z ciastem. Nie miał w zwyczaju obżerać się podczas służby, ale wypieki Miriam kusiły słodkim zapachem. Dawno nie miał okazji jeść domowych słodyczy. Woń drożdżowego ciasta boleśnie przypomniała mu o niedzielnych obiadach.

– Czy jest jeszcze coś, co byłaby mi pani w stanie powiedzieć? Jakikolwiek pozornie błahy szczegół może pomóc w sprawie. – Strzepnął okruszki na talerzyk. 

– Mogę panu pokazać zdjęcia z czasów posługi Mary i list, który zostawiła nam Angela – zaoferowała.

– Bardzo dziękuję. – Obdarował ją szerokim uśmiechem. 

Miriam wstała i podeszła do regału. Z najniższej szuflady wyciągnęła stare, lekko zakurzone pudełko po butach i sfatygowany segregator. Karton trafił na kolana detektywa. Kobieta tymczasem zaczęła wertować spięte kartki. 

Dick sięgnął do wypełnionego po brzegi kartonu. Uważnie obejrzał każde zdjęcie. Miriam chętnie służyła pomocą, kiedy o coś dopytywał. Zdjęcia były stare i wyblakłe, znalazło się nawet jedno czarno-białe, przedstawiające budowę zakonu. Na tych, na których pojawiała się Mary, towarzyszyła jej ciągle zmieniająca się gromadka dzieci. Mary w ogrodzie uprawiająca warzywa, Mary udzielająca lekcji sierotom, Mary podczas nabożeństwa… 

– To Rachel, kilka dni po porodzie. – Miriam stuknęła palcem w zdjęcie, na którym widniało malutkie dziecko owinięte pieluchami. – Pierwszy poród w naszym zakonie od siedemdziesiątego czwartego. Wtedy jeszcze była grzeczna. 

Dick zamyślił się. Dziecko na fotografii patrzyło bezrozumnie poza obiektyw, zapewne na osobę robiącą zdjęcie. Wyglądało zupełnie zwyczajnie. Upiorności dodawały mu prześwietlono na czerwone źrenice, ale taki był urok dawnych aparatów – każdy na zdjęciach wyglądał, jakby nawiedził go demon. 

– O, a to list, który zostawiła Angela. – Podała mu wymiętą, lekko pożółkłą kartkę. – Do dziś mam wyrzuty sumienia, że nie powiadomiłyśmy policji. Może to wszystko skończyłoby się inaczej…

Pismo biologicznej matki Rachel było pozbawione ozdobników. Lekko pochylone, niedokładne litery wskazywały na pośpiech osoby piszącej. W liście zawarła tylko krótką prośbę do zakonnic, by zaopiekowały się dziewczyną, i przeprosiny do samej Rachel. 

Miriam kiwnęła głową, gdy zapytał, czy może zabrać list ze sobą. Starannie złożył kartkę na pół i wsunął ją do kieszeni kurtki. Pochylił się nad stołem i znów zapatrzył się w zdjęcia, które rozłożył chronologicznie. 

Był już pewien, że z Rachel było coś nie tak – coś nadnaturalnego, magicznego, z czego dziewczyna mogła sobie nawet nie zdawać sprawy. Prawdopodobnie właśnie z tego powodu polowali na nią ludzie z kruczym tatuażem. Czy to oni ścigali wcześniej także Angelę? Jeśli udałoby mu się dowiedzieć, co tak naprawdę odpowiadało za te wszystkie nienaturalne wydarzenia skupione wokół Rachel, może Dickowi udałoby się także rozwikłać, dlaczego wytatuowanym tak bardzo na niej zależy. 

– Czy ma pani jeszcze dostęp do budynku zakonu? – wypalił znienacka. 

– Nie, oddałam klucze podczas transakcji. – Pokręciła głową. – Jeśli mogę zapytać, dlaczego interesuje pana zakon?

– Pomyślałem, że mógłbym znaleźć tam jeszcze jakieś wskazówki dotyczące mordercy Mary lub samej Angeli. – Wykonał ręką nieokreślony gest w powietrzu. 

– Podejrzewam, że obecny właściciel już dawno posprzątał cele, w których mieszkały – zaczęła powoli Miriam. – Ale jeśli to panu pomoże, mogę zadzwonić i zapytać. Podczas transakcji nowy właściciel zapewniał mnie, że siostry zawsze są mile widziane na terenie zakonu. 

– Będę niezmiernie wdzięczny. Zwłaszcza jeśli zgodzi się pani również mi towarzyszyć. – Uśmiechnął się czarująco.

No bo co miał do stracenia? Dopóki podanie o oddział specjalny wciąż było rozpatrywane, nie miał nic lepszego do roboty. Równie dobrze mógł wybrać się na zwiedzanie starych zakonów.

W końcu Bruce często powtarzał, że nawet najbardziej niepozorny ślad może być tym, który przewróci sprawę do góry nogami.

^