1.

Sprawdził ostatnią stronę raportu, podpisał się w wyznaczonym miejscu i z ciężkim westchnieniem odłożył kartkę na rosnący stos. Przetarł twarz i wbił zmęczony wzrok w piętrzące się papiery, które domagały się jego uwagi. Zapowiadała się kolejna noc spędzona przy biurku.
W ramach rozprostowania kości podniósł się i podreptał w stronę automatu z kawą. Po drodze wymienił kilka uprzejmych kiwnięć głową z innymi detektywami. Przez ostatnie tygodnie bali się do niego odezwać. Dotarły do niego plotki, że podobno przynosi pecha. Cóż, nie mógł się im dziwić - w końcu ostatnia partnerka, którą przydzieliła mu góra, skończyła z czaszką roztrzaskaną kijem bejsbolowym. A wszystko przez to, że dwójka psycholi chciała go dopaść, wykorzystując do tego bogu ducha winną kobietę.
Wrzucił monetę i wybrał podwójne espresso. Oparł się łokciem o maszynę i wbił wzrok w wiszący na ścianie telewizor. Ktoś przełączył kanał informacyjny na jakiś talk show. Ubrana w czarny komplet prezenterka spekulowała wraz z gośćmi, gdzie podział się Robin.
Dick uśmiechnął się cierpko. Wielkimi krokami zbliżała się rocznica, odkąd po raz ostatni założył strój. Cały świat zastanawiał się, co stało się z Cudownym Chłopcem, a tymczasem sam zainteresowany utknął w Detroit na stanowisku detektywa przy wydziale zabójstw. Skrzywił się na widok niewyraźnego zdjęcia, na którym widoczna była rozmazana czerwono-żółto-zielona plama. Krótkie gacie zamiast długich wzmacnianych spodni wskazywały, że fotografia została zrobiona na początku jego walki z przestępczością. Kiedy nawalanie oprychów gołymi pięściami miało jeszcze dla niego sens. Kiedy Hawk i Dove jeszcze żyli…
Chrząknięcie za plecami wyrwało go z zamyślenia. Złapał kubek, uśmiechnął się przepraszająco i wrócił do biurka. Nie zdążył nawet usiąść, kiedy rozdzwonił się telefon.
- Departament Policji w Detroit, detektyw Richard Grayson.
Głos po drugiej stronie obudził go lepiej niż wiadro kawy. Stał przez chwilę w bezruchu, notując w pamięci usłyszane informacje. W końcu zgarnął z oparcia krzesła kurtkę, machnął na dwóch policjantów okupujących dystrybutor wody i pomknął w stronę windy.
Wsiadł do Porsche, którego zazdrościło mu pół wydziału. Wiedział, że z tak wystawnym samochodem sam prosił się o kłopoty, ale sentyment nie pozwolił mu zmienić auta. W końcu otrzymał je na szesnaste urodziny od Alfreda. Staruszkowi pękłoby serce, gdyby zamienił srebrzyste cudo na zwykłe Audi.
Wbił adres w nawigację i ruszył, nie czekając na współpracowników.
Przez całą trasę zastanawiał się nad zasłyszanymi rewelacjami. Sąsiad, zmartwiony hałasem i odgłosami wystrzałów, zadzwonił na policję. W domu znaleziono dwa ciała, mężczyznę i kobietę. Jedno z nich zostało zabite w niewiadomy sposób.
Osiedle składało się głównie z prostych domków jednorodzinnych. Strzelanina była w tej okolicy czymś nowym. Miejsce zbrodni wskazał Dickowi ambulans, radiowóz oraz zbierający się pomimo późnej godziny gapie. Jeden z policjantów właśnie oklejał frontowe drzwi policyjną taśmą.
Richard wysiadł z samochodu i zlustrował dom. Budynek nie wyróżniał się na tle innych. Amerykańska flaga powiewała leniwie, wywieszona przez okno na piętrze. Niewielkie podwórko, zaniedbany trawnik, odpadający w niektórych miejscach tynk i stos śmieci czekających na wywiezienie zdradziło detektywowi, że mieszkańcy nie byli milionerami.
- Dick. - W progu stanął wysoki, czarnoskóry policjant.
- Marv.
Wymienili skinięcia głową i weszli do środka, by ukryć się przed wzrokiem gapiów.
- Co się stało? - Dick wbił ręce w kieszenie skórzanej kurtki. Dopiero zaczynał się październik, ale chłodne wieczory dawały o sobie znać.
- Mam nadzieję, że masz mocny żołądek. Tak jak już trochę tu pracuję, tak czegoś takiego jeszcze nie widziałem. - Policjant przepuścił dwóch techników w przejściu i wskazał palcem w stronę otwartych na oścież drzwi prowadzących do kuchni. - Częstuj się.
- O czym ty… - Detektyw wsunął głowę do pomieszczenia i mina mu zrzedła. - O kurwa.
Jako pierwszy uderzył go w nozdrza metaliczno-rdzawy zapach krwi. Widział już wiele miejsc zbrodni, ale to przyprawiło go o mdłości. Na środku pomieszczenia w kałuży posoki leżała około czterdziestoletnia kobieta z raną postrzałową głowy. Przykucnął przy ciele, założył rękawiczki i odgarnął sklejone włosy. Wokół szyi ciągnęły się ciemne linie. Ktoś ją dusił.
Przeniósł wzrok na ciało leżące pod ścianą. Dopiero z bliska był w stanie określić, że zmarły był białym mężczyzną. Nic więcej. Twarz była obwisła i zapadnięta, jakby ktoś wyciągnął z niej wszystkie mięśnie i kości. Papierowa skóra przypominała bardziej spreparowane trofeum do powieszenia nad kominkiem niż kiedyś żywą osobę.
- Co powiedział koroner? - Dick przysunął się do wątłego ciała i niepewnie je dotknął. Kości i mięśnie znajdowały się na swoim miejscu, ale zachowywały się jak galareta.
Marv wzruszył ramionami.
- Czekamy na dokładną sekcję. Kobieta to prosta sprawa, była duszona przez faceta, ale zmarła na miejscu od strzału. Co zabiło jego, nie wiadomo. Podejrzewamy udział osób trzecich. - Machnął ręką w stronę martwego mężczyzny. - Facet wygląda, jakby dosłownie uszło z niego życie. Raczej sam sobie tego nie zrobił.
Dick mruknął coś pod nosem. Dalsze oględziny ciała nie przyniosły odpowiedzi. Zwłoki nie posiadały żadnej, nawet najmniejszej rany. Trup wpatrywał się pełnymi przerażenia oczami w pustkę przed sobą.
- Co wiemy na temat mieszkańców? I co z tym, który zgłosił zabójstwo?
- Mieszkała tutaj Mary Wolfman, lat czterdzieści dwa, razem z córką Rachel. Na alarmowy zadzwonił sąsiad, Terry Lang. Mówił, że po strzale widział, jak Rachel wybiegła z domu. - Marv przewertował notatnik. - Sąsiedzi kilka razy zgłaszali wcześniej jakieś niepokojące odgłosy, ale poza tym nic się w tym domu nie działo. Sąsiad powiedział nam jeszcze, że trzyma się od tego domu z daleka, bo coś jest z nimi nie tak. Zhang zabrał go na komendę na przesłuchanie.
- Mało konkretne informacje. - Dick wstał i rozejrzał się po kuchni. Poza oczywistą plamą krwi w pomieszczeniu panował względny porządek. Włamywaczowi raczej nie chodziło o rabunek. - A co z dziewczyną?
- Nie jest pełnoletnia, nie ma prawa jazdy, więc nie powinna daleko uciec. Nie znaleźliśmy też informacji o kimś, do kogo mogłaby się udać. Matka biologiczna zmarła kilka lat temu, a adopcyjna nie posiadała żadnej bliższej rodziny. Nic też nie wiemy o ewentualnych znajomych czy przyjaciołach - oznajmił policjant.
- Masz jej zdjęcie?
Marv przez chwilę grzebał w notatniku, po czym wyciągnął pomiętą fotografię i podał ją Dickowi. Lekko naderwane zdjęcie przedstawiało młodą dziewczynę o drobnej, znużonej twarzy. Cienie pod oczami próbowała nieudolnie ukryć makijażem. Kruczoczarne włosy do ramion okalały twarz, jakby chciały skryć ją przed światem. W pierwszej chwili skojarzyła się Dickowi z typowymi szkolnymi wyrzutkami. Kiedy jednak przyjrzał się jej oczom, doznał dziwnego, nieprzyjemnego uczucia.
Potrząsnął głową i przeniósł wzrok na współpracownika.
- Myślisz, że to ona jest odpowiedzialna za tego tam? - Marv skinął głową w stronę trupa.
- Nie wiem. Na razie skupmy się na jej odnalezieniu. Jeśli nie jest winna, to powie nam, co tu się wydarzyło. - Dick klepnął policjanta w ramię i oddał mu zdjęcie.
Dom opuścił z rosnącym niepokojem w głowie.

Rachel nasunęła głębiej kaptur i przyspieszyła kroku, by czym prędzej zniknąć z pola widzenia wścibskiego sąsiada. Mężczyzna nie szczędził kąśliwych uwag i plotek na temat jej i Mary, przybranej matki, z którą mieszkała od lat w Detroit.
Rachel weszła na nieco zapuszczony plac, którym nie miał się kto zająć. Wbiegła po kilku skrzypiących schodkach i sięgnęła do plecaka po klucz. Grzebiąc jeszcze w jego wnętrzu, spróbowała wycelować bez patrzenia w zamek. Nie mogąc trafić, uniosła wzrok.
Na widok swojego odbicia przeszedł ją dreszcz. Dwie pary oczu połyskujących gniewną czerwienią wpatrywały się w nią z szyby w drzwiach. Usta wyginały się nieznacznie w ironicznym uśmiechu, chociaż jej własne pozostawały zaciśnięte.
Rachel potrząsnęła głową, ignorując zjawisko. Czasami wciąż zdarzało jej się wzdrygnąć na widok upiornego odbicia, które pojawiało się zupełnie niespodziewanie. Każda lustrzana powierzchnia mogła stać się bramą dla tego potwornego stworzenia, które przyglądało się Rachel jakby z innego wymiaru. Czasami milczało, wyłącznie patrząc z politowaniem. Czasami podsuwało odrażające pomysły. A czasami ostrzegało.
Dziewczyna sięgnęła ponownie do klamki, by wejść wreszcie do domu, ale odbicie warknęło gardłowym głosem:
– Nie wchodź!
Rachel ponownie się wzdrygnęła. Do jej świadomości wślizgnęło się poczucie zagrożenia. Uchwyt na klamce nieco zelżał.
– Uciekaj! – warknęło ponownie.
Tym razem Rachel stanowczo nacisnęła klamkę i pchnęła drzwi.
– Mamo, wróciłam! – krzyknęła, siląc się na neutralny ton.
Nie była jednak w stanie ukryć nuty niepewności, którą zasiało w niej odbicie. Niewytłumaczalne poczucie nadchodzącego niebezpieczeństwa nie odpuszczało.
– Jestem w kuchni! – odparła po chwili Mary.
Rachel słysząc ją najpierw się uspokoiła. Zaraz jednak uchwyciła drżenie w głosie matki i ponownie się spięła. Rzuciła plecak na podłogę, przeszła przez korytarz i powoli zajrzała do kuchni.
Była pusta. Na kuchence stał garnek, ale gaz był wyłączony. Drzwi do spiżarni stały otworem, jednak z niewielkiego pomieszczenia nie sączyło się żadne światło.
Rachel weszła ostrożnie do kuchni. Glany nie ułatwiały cichego poruszania się.
– W lodówce masz obiad, możesz sobie odgrzać – oznajmiła Mary załamującym się głosem.
Ze spiżarni dobiegły zduszony odgłos i ciężkie kroki. Zza ściany wyłoniła się jej matka. Potężna ręka zaciśnięta na jej szyi, ogromny pistolet wycelowany w skroń. Zaraz za nią wyszedł wysoki, barczysty mężczyzna.
Rachel cofnęła się. Wpadła na krzesło i nieomal się przewróciła.
– Stój, albo rozwalę jej łeb – syknął, mocniej przyciskając pistolet do białej jak papier skóry.
Mary załkała zduszonym głosem. Nogi się pod nią uginały, z zaciśniętych oczu płynęły łzy.
– Nie… – jęknęła słabo Rachel.
Całe ciało miała spięte. Niezdolne do ruchu. Dopiero gdy zaczęły palić ją płuca, zdała sobie sprawę, że wstrzymała oddech. Serce waliło niebezpiecznie szybko. Krew dudniła w skroniach, uniemożliwiając myślenie.
– Nawet nie próbuj uciekać – powiedział lodowato, stawiając krok do przodu. – Zbyt długo cię szukaliśmy, byś znowu nam zniknęła.
Zbliżał się powoli, ciągnąc półprzytomną Mary.
Oddech Rachel stał się urywany, przed oczami jej pociemniało. Uniosła wzrok ponad ramię mężczyzny. W szybie płonęły cztery rubinowe punkty. Wyraźniejsze niż zawsze, jakby nie były omamem, a elementem rzeczywistości.
– Odwróć się – rozkazał napastnik. Odczekał moment, wpatrując się wyczekująco. – Odwróć się albo ją zabiję! – ryknął.
Umysł Rachel zmroziło. Ciało spięło się jak do skoku. Czerwone oczy zajaśniały jeszcze mocniej.
– Zabij go! – syknęło odbicie.
Rachel zacisnęła powieki. Poczuła szarpnięcie. Na moment zrobiło jej się lodowato i jednocześnie lekko. Jakby się unosiła.
Rozległ się huk. Strzał rozbudził wszystkie zmysły. Rozwarła szeroko oczy, ponownie czując ciężar ciała.
Mężczyzna osunął się na ziemię. Padł bezwładnie, sflaczały i trupioblady. Ubrania nie opięły się na nim, lecz opadły niżej, lądując w szkarłatnej kałuży. Rachel podążyła wzrokiem za krwią, która zaczęła tworzyć kratownicę między płytkami.
Mazista ciecz wypływała z rozerwanej na strzępy głowy Mary. Wzrok Rachel padł na rozwarte szeroko oczy matki. Tak bezdennie puste. Martwe.
Zaczęło brakować jej powietrza. Myśli galopowały na równi z sercem. Upadła na kolana, błądząc niewidzącym wzrokiem od matki, do mężczyzny i leżącego między nimi pistoletu.
Cały świat zwalił się na nią w jednym momencie. Napięcie puściło, dopuszczając do głosu świadomość.
Matka martwa.
Mężczyzna martwy. Zabity. Przez nią.
Zerwała się na nogi. Ciało było jednak zbyt sztywne, by wykonywać polecenia. Upadła, prawie wpadając w rozbryzgi krwi. W panice zaczęła odpychać się rękami i nogami w stronę korytarza. Podtrzymując się ściany, wstała chwiejnie, zgarnęła plecak i wypadła na zewnątrz.
Pobiegła bezmyślnie przed siebie. Nie obchodziło ją dokąd. Chciała uciec, ukryć się przed światem. Zapomnieć o tym, co się stało.
Obraz martwych oczu matki wypalił się jednak w jej umyśle już na zawsze, by prześladować ją na każdym kroku.

***

No, to witamy was już oficjalnie w naszych skromnych progach. Odgrażałyśmy się już jakiś czas, że przepiszemy Titans, i właśnie widzicie pierwsze owoce tych  gróźb. Dajcie koniecznie znać, co myślicie!

^