6. Siły specjalne

Tak jak cały październik minął pod znakiem nieustającej słoty i przenikającego do szpiku kości zimnego wiatru, tak ostatni tydzień miesiąca zaskoczył wszystkich wręcz letnimi temperaturami i krystalicznie czystym niebem. Dick na kilka dni musiał zrezygnować ze skórzanej kurtki, w której się gotował. Na wszelki wypadek woził ją na siedzeniu pasażera. 

Zaparkował służbowe audi na chodniku, tuż za ogromnym, czarnym vanem. Sądząc po naklejkach na drzwiach, samochód należał do Oddziału Specjalnego. Detektyw zerknął w lusterko i przetarł podkrążone oczy. Zaspał, bo pół nocy poświęcił na uzupełnianie wiedzy na temat grupy specjalistów, z którą przyszło mu pracować. 

Według dostępnych informacji, w skład Oddziału wchodziło siedem osób, z których każda specjalizowała się w przeróżnych dziedzinach – od zaklęć i czarnej magii, po opętania i demoniczne pakty. Z zaskoczeniem odkrył na liście zatrudnionych znajome nazwisko przy pozycji „tłumacz języków wymarłych”.

Donna Troy. 

Ostatnim razem, kiedy się widzieli, obiecywała, że już nigdy nie opuści Themiscyry. Ciekawe, co skłoniło ją do zmiany zdania. 

Grayson otrząsnął się z zamyślenia. Już i tak był spóźniony. Wyskoczył z samochodu, poprawił mankiety koszuli i truchtem ruszył w stronę domu Rachel.

Budynek, który przez ostatnie kilka dni stał cichy i opuszczony, od rana pękał w szwach. Oprócz magicznej ekipy komisarz zwołał na miejsce prokuratora i kilku szeregowych policjantów, by służyli pomocną ręką. Sądząc po kółeczku palaczy, które urządzili sobie na trawniku, pomoc nie była potrzebna. 

W drodze do domu kiwnął głową na powitanie Perezowi. Trochę kusiło go, by przystanąć i posłuchać pierwszych wrażeń kolegów na temat tego dziwnego tworu do badania magicznych przestępstw; z drugiej wolał jednak wyrobić sobie zdanie sam.

Już od progu przywitał go harmider. Z kuchni dolatywały odgłosy rzucanych inkantacji, a w salonie ktoś przesuwał meble. Na schodach prowadzących na pierwsze piętro odziana w czarny uniform kobieta uważnie przesuwała okrągłym urządzeniem nad ramkami ze zdjęciami. W powietrzu unosił się dziwny zapach. Dickowi skojarzył się z tym jednym razem, kiedy Alfred otworzył przy nim najstarszą księgę, jaką Wayne’owie mieli w swoich zbiorach. Pachniała kurzem i starymi ludźmi. 

– Dzień dobry! – zaczął uprzejmie, podchodząc do schodów. Pracująca kobieta odwróciła się w jego stronę, odrobinę zaskoczona.

– Dzień dobry – odparła, lustrując go od góry do dołu. Jej tęczówki, źrenice, a nawet białka oczu były zielone. – Już tłumaczyłam panu Perezowi, że nie potrzebujemy pomocy…

– Och, przyszedłem raczej przeszkadzać niż pomagać. – Dick uśmiechnął się i wyciągnął rękę w jej stronę. – Detektyw Richard Grayson. Miło poznać.

– Kory Anders, kapitan pierwszego Oddziału Specjalnego. – Zeszła na parter i zamknęła jego dłoń w mocnym, pewnym uścisku. Pewnie mogłaby bez trudu połamać kości. 

Ciężko było o niej znaleźć jakiekolwiek informacje. Dickowi udało się jedynie ustalić, że kosmitka pochodziła z planety Tamaran, zatrudniła się w nowojorskiej policji, a mianowanie jej na kapitankę rok temu wywołało spore poruszenie w mediach. 

– To pan wnioskował o naszą interwencję – zagadnęła. 

– Zgadza się. – Głupio mu było się w nią wgapiać, ale nie mógł oderwać wzorku. 

Anders przewyższała go o co najmniej głowę. Skóra w odcieniu świeżej pomarańczy błyszczała, jakby w żyłach kobiety zamiast krwi płynęły promienie słońca. Długie, grube i rude, wręcz czerwone włosy związała w ciasny warkocz, który opadał na plecy. 

– Może zainteresuje pana w takim razie, co już udało nam się ustalić? – Ciężko było stwierdzić, czy uśmiech Kory był bardziej pobłażliwy, czy kpiący.

– Tak, oczywiście. – Dick w końcu odwrócił wzrok. 

– Po wstępnych badaniach z całą pewnością możemy wykluczyć użycie pozaziemskiej technologii. – Podsunęła mu urządzenie, którym wcześniej skanowała ścianę. Okrągły gadżet mieścił się w dłoni i otwierał się niczym telefon na klapkę. Obie połówki zajmowały dotykowe ekrany. Dziwne wykresy i słowa w obcym języku były dla detektywa nie do rozczytania. – Odczyty są jak najbardziej prawidłowe. Musimy poczekać na zakończenie badań przez nasze ekspertki od magii. 

– A długo to zajmie? – Zerknął na zegar, powieszony obok wejścia do kuchni. Miał niecałe półtorej godziny, żeby zdążyć zgarnąć Miriam przed umówionym spotkaniem z przewodnikiem w zakonie. – Nie ukrywam, że się spieszę. 

– To zależy głównie od tego, co znajdziemy. – Kory wyminęła go i zajrzała do kuchni. Chcąc nie chcąc, detektyw podążył za nią. 

W miejscu, w którym znaleźli zwłoki mężczyzny, kucała kobieta. Czarne, długie włosy zasłaniały jej twarz. Szeptała coś, co dla Dicka brzmiało jak zaklęcia. Przesuwała przy tym palcem po kartach leżącej przed nią księgi. Drugą dłonią kreśliła w powietrzu dziwne znaki. 

– Zee? Jak idzie? – zagadnęła uprzejmie Kory.

Odpowiedziało jej mruknięcie, które mogło równie dobrze oznaczać „całkiem nieźle”, jak i „spadaj na drzewo”. Kapitanka tylko kiwnęła głową. 

– Lepiej jej nie przeszkadzać – wyjaśniła. Wycofała się na korytarz i ruszyła w stronę salonu. Dick sunął za nią jak cień.

W pomieszczeniu znajdowały się dwie kolejne kobiety. Jedna z nich skanowała półkę z książkami takim samym urządzeniem, którego używała Kory. Dick nie mógł dostrzec jej twarzy przez maskę i zarzucony na głowę kaptur. Druga klęczała przy stoliku do kawy, pochylona nad stosem książek. 

Tą z kolei znał aż za dobrze.

– Donna!

Kobieta poderwała głowę znad ksiąg. Przez krótką chwilę przyglądała się detektywowi z bezgranicznym zdumieniem wymalowanym na twarzy. 

– Dick! Kopę lat! – Wyszczerzyła się od ucha do ucha.

– Rozumiem, że się już znacie? – Kory była chyba równie zaskoczona, co jej podwładna.

– I to od dzieciństwa. – Donna wstała, otrzepała kolana i podeszła do Dicka. W ramach przywitania walnęła go między łopatki. – Co tu robisz, stary byku?

Nie zmieniła się aż tak bardzo. Brązowe oczy wciąż z taką samą radością i zaciekawieniem obserwowały otoczenie, jak wtedy, gdy pierwszy raz się spotkali. Kiedyś długie, kasztanowe włosy ścięła do ramion. Choć nosiła buty na obcasie, wciąż była od niego o prawie pół głowy niższa. 

– Długa historia – wydusił. Z całych sił próbował nie dać po sobie poznać, że powitanie kumpeli pozbawiło go oddechu. Podszedł do jedynej zamaskowanej osoby w pomieszczeniu. – Detektyw Richard Grayson.

– Lilith Clay. Wolę jednak Omen – odparła tylko, nie przerywając pracy. 

Jako jedyna odziana była w coś, co przypominało superbohaterski strój – nosiła czarne szaty w zielone pasy, miała nawet pelerynę. Spod szerokiego kaptura wylewały się rude włosy.

– Przyrzekam, jak następnym razem Constantine nie ruszy dupy, to go sama za uszy przytargam do roboty. – W drzwiach stanęła kobieta, którą Kory nazwała wcześniej Zee. Pod pachą trzymała opasły tom. Na skórzanej okładce błysnął wygrawerowany złotem tytuł „Demonografia”. – Och, a to kto?

Dick przedstawił się po raz kolejny.

– Zatanna Zatara. Miło poznać.

Dick kojarzył to nazwisko z plików, które jeszcze jako Robin czasem wykradał Batmanowi. Jako córka starego magika Zatary, Zatanna często pojawiała się na radarze Ligii. Jeśli dobrze pamiętał, to właśnie z polecenia ojca trafiła do Oddziału. Graysonowi wydało się trochę dziwne, że staruszek miał tak duży wpływ na życie dorosłej córki. 

– To co tam masz? – Kory wyciągnęła dłoń w stronę Zatanny. Ta wręczyła jej swój okrągły gadżecik.

– Nikt w tym domu nie korzystał z żadnych portali. Nie było też składania ofiar. Magiczny ślad jest co najmniej… interesujący, że tak to ujmę. Znalazłam kilka demonów, które pasują do profilu, ale to już domena Donny. – Zee podała księgę Donnie, po czym zajęła miejsce na kanapie. – Zebrałam już chyba wszystko, co się tylko dało. Możemy wpuszczać Omen. 

Na dźwięk swojego aliasu kobieta zatrzymała się wpół ruchu. Odwróciła się w stronę kanapy. Sprzęt do badania miejsca zbrodni schowała do kieszeni. 

– Mogę zaczynać? – Mówiła cicho, z lekką chrypką. 

– Kuchnia jest twoja. – Kory zajęła miejsce obok Zatanny, nie odrywając wzroku od wyników badań.

Omen niespiesznie opuściła pomieszczenie. Sunęła po podłodze, jakby unosiła się kilka centymetrów nad jej powierzchnią. 

– A czy ja mogę? – spytał Dick. Korciło go jak cholera, by zobaczyć dzisiaj coś prawdziwie magicznego.

– Jeśli nie będzie pan za bardzo przeszkadzał. – Kory posłała mu pobłażliwy uśmiech. 

W odpowiedzi Dick skłonił się lekko i pomknął za Omen. Dla bezpieczeństwa zatrzymał się jednak w progu kuchni. W końcu miał nie przeszkadzać. 

Lilith stanęła na środku pomieszczenia i rozejrzała się. Utkwiła wzrok w miejscu, w którym znaleziono ciało matki Rachel. Jej oczy rozbłysły na zielono. Ostrożnie przykucnęła i dotknęła płytek kuchennych.

– Tyle cierpienia… tyle miłości… – mamrotała do siebie niczym w transie. Niespodziewanie cofnęła się. Wbiła wzrok w ścianę, pod którą kilka dni wcześniej leżały zwłoki mężczyzny. – Strach… był przerażony… – Przeniosła spojrzenie na wejście do kuchni. – Och… przecież to jeszcze dziecko… ale ta energia…

Wyciągnęła dłoń w stronę Dicka, jakby chciała go objąć. Nim ten jednak zdążył zareagować, cofnęła się i ruszyła w stronę spiżarni. 

– Wyszli stąd. Trzymał ją za gardło. Oboje byli przerażeni. – Wyrzucała z siebie potok słów niczym karabin.

Sięgnął do kieszeni spodni po notes. 

– Dziewczyna w progu. Szukali jej. Kazał się odwrócić, krzyczał. I wtedy… – Kobieta wzdrygnęła się, objęła ramionami i zamarła. Wbiła wzrok w puste miejsce pomiędzy nią a Dickiem. – Ja… ja nie wiem, co to jest. Ale ta energia, ta moc… 

Oczy Lilith błysnęły jeszcze raz i zgasły. Ona jednak wciąż wpatrywała się w to samo miejsce. 

– To była bardzo mroczna magia. Bardzo zimna i zła. Dlatego był przerażony. – Już całkiem przytomna, zrzuciła kaptur z głowy. – Potężna i mściwa, tak mogłabym to określić. 

– Czy jesteś w stanie powiedzieć mi coś więcej?

– Atak nastąpił błyskawicznie, nie miałam za bardzo czasu się przyjrzeć. Była czarna, to na pewno. Wyrwała się z piersi tej dziewczyny. – Zsunęła maskę, pokazując światu twarz szczupłą, wręcz wychudłą, upstrzoną piegami.

– Czyli to Rachel zabiła tego mężczyznę, tak?

– Nie chcę, żeby pan mnie źle zrozumiał, nie oskarżam tej dziewczynki, Rachel, tak? Nie oskarżam jej o zamordowanie nikogo. Nazwałabym to raczej reakcją obronną. Trzymał jej matkę na muszce. Chyba nie była nawet do końca świadoma, co robi… 

Odkładając maskę na stół, musnęła palcami szklany blat. Zamarła. Jej oczy znów rozbłysły. 

– Lilith? – Dick nie był do końca pewien, co się właśnie działo, i czy powinien reagować. 

– Ta dziewczyna… Ona widziała… To nie były wizje, ale nie były też halucynacje… 

– Co takiego? – Ścisnął mocniej długopis. Może w końcu się dowie, co tu się wydarzyło.

– Dwie pary czerwonych oczu. Bez źrenic, białek, tęczówek… Nie są ludzkie. To jej odbicie. Ale to nie wizja. Emanacja? Tylko czego? – Zacisnęła dłonie na krawędziach stołu. – Coś w niej siedzi. Ma własny rozum, dyskutuje z nią… ostrzega. 

Oczy kobiety zgasły. Stała jeszcze przez dłuższą chwilę w ciszy, intensywnie nad czymś rozmyślając. 

– Co to znaczy, że „coś w niej siedzi”? – zapytał w końcu Dick, podchodząc trochę bliżej. 

– Dokładnie to, co powiedziałam. – Lilith przesunęła palcem po przybrudzonym blacie. – Nie jestem w stanie na ten moment doprecyzować. Może ktoś ją poświęcił dziwnym bóstwom przy narodzinach, albo chciał złożyć ją w ofierze, albo sama podpisała kiedyś cyrograf, nie zdając sobie z tego do końca sprawy. – Objęła się rękoma. Ani razu nie spojrzała w stronę detektywa. 

– Z tego, co wiem, Rachel od dzieciństwa przejawiała… magiczne zachowania. – Nie był do końca pewny, czy to, co mówi, ma sens. 

Na szczęście Omen kiwnęła głową. 

Stali tak jeszcze przez chwilę w ciszy. W końcu kobieta chwyciła maskę, założyła ją, narzuciła kaptur i bez słowa wyszła z kuchni. Chyba zapomniała o detektywie. 

Podszedł do stołu. Przesunął ręką po miejscu, w którym Lilith zobaczyła czerwone oczy. Na całe szczęście wezwanie Oddziału nie było kompletną stratą czasu, którą potem musiałby jakoś wyjaśnić przed przełożonymi. Potwierdziły się przypuszczenia, że młoda miała w sobie coś magicznego i, według słów Omen, spowodowała implodowanie napastnika. To o wiele więcej, niż wiedział wczoraj.

Dick potarł z zamyśleniem podbródek. Coś ciągle nie dawało mu spokoju. Jeśli Rachel sama nie wiedziała, że jest magiczna, skąd wiedział o tym napastnik? Czy chcieli ją porwać, by wykorzystać do swoich celów, czy sprzątnąć, bo stanowiła zagrożenie? A może chodziło o coś zupełnie innego?

Zastukał palcami o blat. Dwie pary oczu, bez źrenic, białek, tęczówek… Brzmiało jak obrazek z horroru. Zwłaszcza, jeśli sprawa miała coś wspólnego z demonami, jak zasugerowała wcześniej Zatanna.

Zacisnął pięści, gdy do głowy wpadła mu pewna myśl. Słowa Omen były mało konkretne, ale gdyby udało mu się doprowadzić do jej spotkania z Rachel… Czy byłaby w stanie powiedzieć mu coś więcej, wyczuć, co siedziało w młodej? Będzie musiał zapytać Kory o zgodę. I pewnie komisarza. I na pewno jeszcze tej lekarki, która zajęła się dziewczyną. 

Odepchnął się od mebla, rozejrzał jeszcze raz po pomieszczeniu i przeszedł na korytarz. Zegar na ścianie wskazywał kilka minut po dziesiątej. Jeśli chciał zdążyć na spotkanie z zakonnicą, musiał się pospieszyć. 

Zajrzał jeszcze do salonu, by się pożegnać. Donna pozwoliła mu wyjść dopiero po wymianie numerów i wymuszeniu obietnicy, że zadzwoni. Reszta zespołu nawet nie zwróciła na niego uwagi. 

Kółko palaczy najwyraźniej zakończyło zebranie, bo przed domem nikogo nie spotkał. W zamyśleniu wsiadł do samochodu i odpalił silnik. 

Czekał go pracowity dzień.

***


Rachel chwyciła dłoń, którą zaoferował pracownik i wygramoliła się z samochodu. Założyła niemal pusty plecak. Nie mogła wrócić do domu po swoje rzeczy, ponieważ nadal było to miejsce… Nie chciała nawet o tym myśleć. 

Może to i lepiej, że nie pozwolili jej tam pojechać. Nie mogła być do końca pewna swojej reakcji. Ani tym bardziej reakcji potwora, który w niej siedział.

Pracownicy zakładu zapewnili, że ośrodek zagwarantuje wszystko, co potrzebne do codziennego funkcjonowania. Ani trochę jej to nie pocieszyło. Miała zamieszkać w zupełnie nowym miejscu, pośród obcych ludzi, pewnie do czasu osiągnięcia dojrzałości. Żołądek ściskał się na samą myśl. 

Obejrzała się przez ramię w stronę bramy wjazdowej. Była daleko, a dwóch pracowników wyglądało na naprawdę sprawnych. Nie miała szans uciec. Zresztą, dokąd?

Mężczyzna położył dłoń na jej plecach. Pchnął Rachel delikatnie w stronę wejścia do potężnego, wysokiego budynku. Wyglądał na stary, lecz zadbany. Zbudowany z czerwonej cegły przypominał nieco szkołę, jednak rzędy identycznych, wąskich okien na każdym z czterech pięter przywoływały inne skojarzenie. Zielony teren dookoła wzmacniał wrażenie ośrodka dla osób psychicznie chorych, brakowało tylko krat. Nie było szans, by poczuła się tu równie bezpiecznie, jak we własnym pokoju. 

W objęciach mamy…

Zacisnęła usta i potrząsnęła głową. Ruszyła w stronę drzwi ze wzrokiem wbitym w wysypaną kamieniami ścieżkę.

Mężczyzna wbił szybko kod na wyświetlaczu obok drzwi, rozległo się metaliczne brzęczenie. Pociągnął za klamkę i zaprosił Rachel ruchem dłoni.

Przestąpiła próg z ociąganiem. Po prawej dostrzegła przez szybę łysego mężczyznę. Posłał jej ze swojej dyżurki podejrzliwe spojrzenie, które przyprawiło ją o dreszcze. Długie świetlówki w rozległym holu przywołały wspomnienie szpitala. Zrobiło jej się zimno. 

– Witaj, Rachel. – Z pokoju wciśniętego w kąt wyłoniła się przysadzista kobieta. – Mam nadzieję, że podróż minęła ci spokojnie. – Dziękuję wam, panowie, możecie złożyć podpisy w dyżurce – zwróciła się do mężczyzn. – Zaprowadzę cię do twojego pokoju. – Rozciągnęła wargi w uprzejmym uśmiechu. Na krzywo przypiętej do jej piersi plakietce wydrukowano dużymi literami imię „Agnes”. 

Rachel wydukała coś nieskładnie i oplotła się rękami. Z zawahaniem ruszyła za kobietą. 

– Wszystkie pokoje znajdują się na pierwszym i drugim piętrze. Trzecie i czwarte to różne sale, w których odbywają się zajęcia. Jest tam też biblioteka i świetlica, gdzie możesz spędzać czas wolny. No i jeszcze jadalnia, jest na parterze. Posiłki wydajemy o ósmej, trzynastej i dziewiętnastej – tłumaczyła, idąc dość szybkim krokiem jak na swoją aparycję. – Nie będę omawiać każdego punktu regulaminu po kolei, w pokoju znajdziesz dokładną rozpiskę, z którą musisz się zapoznać. Na pewno twoja współlokatorka pomoże ci w zaaklimatyzowaniu się do… – ciągnęła dalej, nie zważając nawet, czy nowa podopieczna szła za nią.

Myśli Rachel zatrzymały się przy słowie „współlokatorka”. Nigdy nie dzieliła z kimś pokoju. Mieszkanie z drugą osobą nie było dobrym pomysłem. Na pewno dziewczyna będzie nieprzychylna dla Rachel, jak każdy rówieśnik, którego spotkała. Poza tym, było to niebezpieczne. Mary zamykała córkę każdej nocy. Co mogło się stać, gdyby jakaś osoba spała w tym samym pokoju?

– Tutaj są wspólne łazienki, są cztery na każdym piętrze, więc na spokojnie każdy powinien zdążyć przed ciszą nocną, która trwa od dwudziestej drugiej do szóstej. – Agnes przystanęła na moment. – W razie jakichkolwiek pytań lub problemów, zgłaszaj się do mnie.

Rachel zatrzymała się instynktownie, by na nią nie wpaść. Nawet nie zauważyła, kiedy znalazły się na wyższym piętrze.

– Gdybyś się zgubiła, to na ścianach są opisane strzałki. – Opiekunka wskazała na zielono-białą plakietkę. – A tu jest twój pokój. – Kiwnęła głową na drzwi z numerem trzynaście.

Rachel przełknęła z trudem ślinę. 

– Śmiało, czuj się jak u siebie. – Kobieta krótko zapukała i od razu nacisnęła klamkę. 

Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Na korytarz wylało się fioletowe światło z lampki nocnej i dziwny, słodki zapach.

Rachel zemdliło. Zamarła, zapominając przy tym, jak oddychać.

– Eeee… Hej? – Z górnej części piętrowego łóżka wychyliła się dziewczyna. Sądząc po wyglądzie, była w wieku Rachel. – Rozumiem, że to tak z zachwytu? – Zeskoczyła z gracją na podłogę. – Jinx jestem. – Wyciągnęła rękę z łobuzerskim uśmiechem.

Rachel nadal przetwarzała sytuację. Myśli przesuwały się ociężale i wszystko docierało do niej jakby z opóźnieniem. Odruchowo uścisnęła dłoń współlokatorki, nie patrząc jej w twarz.

– Naćpali cię czymś w tym szpitalu? – Zrobiła krok do tyłu, położyła pięści na biodrach i zlustrowała uważnie.

– Jinx. – Kobieta odezwała się karcącym głosem.

– Jasne, jasne, będę miła, Agnes – odparła nastolatka, przewracając przy tym oczami. – Zobaczysz, że szybko się zakolegujemy – zwróciła się do Rachel i złapała ją za nadgarstek. – Gwarantuję ci, że nie będziesz żałować, że masz mnie za współlokatorkę. – Pociągnęła dziewczynę za rękę i kopnięciem zamknęła drzwi. – To jak masz na imię?

Rachel ocknęła się. Wyrwała się z uścisku i cofnęła. Pokój nie był zbyt duży, krok wystarczył, by wpadła plecami na ramę łóżka. Skrzywiła się.

– Spokojnie, nie gryzę – rzuciła Jinx z rozbawieniem. – Tylko przynoszę pecha – dodała i uśmiechnęła się szerzej. – Sorry, że tak się narzuciłam, pewnie już masz mnie dość, ale chciałam jak najszybciej cię zabrać od Agnes, kobieta tylko wygląda na…

Rachel uniosła dłoń. 

– Mam się przymknąć, rozumiem. – Udała, że zasuwa usta na zamek.

– Dzięki – mruknęła słabo Rachel. – Za dużo na raz. – Opadła na goły materac. 

– Nie dziwię się, ale zobaczysz, oswoisz się ze wszystkim, zanim się obejrzysz – zapewniła Jinx spokojniejszym głosem. – Pokażę ci co i jak.

Rachel wbiła wzrok w swoje zniszczone buty. Kątem oka zauważyła, że Jinx miała podobne glany, wciśnięte pod łóżko. Uniosła nieco spojrzenie, by przyjrzeć się lokatorce. 

Dziewczyna była drobna, a jej szczupłość podkreślały obcisłe, potargane jeansy i zawiązany top. Kreśliła długimi, wściekle różowymi paznokciami kształty na biurku, które znajdowało się pod oknem.

– To może zaczniemy od początku, co? – Wyciągnęła opaloną dłoń. 

Rachel wstała i uścisnęła rękę. Spojrzała przelotnie w oczy Jinx. Były… różowe? Kocie?

– Jinx.

– Rachel – odparła, nie wiedząc, gdzie patrzeć. Przeskakiwała wzrokiem od związanych w niechlujny kucyk różowych włosów, przez usta, na których czaił się cień uśmiechu, aż do oczu. Hipnotyzowały. Były niesamowicie intensywne, a od wąskiej, pionowej źrenicy ciężko było oderwać wzrok. Nigdy nie widziała takich soczewek. 

– No dobra, to punkt pierwszy odhaczony. – Jinx przeciągnęła spojrzenie i uśmiechnęła się pod nosem.

Rachel speszyła się. Usiadła z powrotem na łóżku.

– Tu masz nasz zacny regulamin, o którym raszpla na pewno ci wspominała. – Współlokatorka podała wymięte, pożółkłe kartki. – Generalnie sprowadza się to do tego, że za dużo nam nie wolno, mamy być posłuszni personelowi i tworzyć jedną, wielką, szczęśliwą rodzinę – wyrzuciła z prędkością karabinu maszynowego. 

– Co? Wolniej, nic nie zrozumiałam. 

Jinx parsknęła. 

– Sorry, czasami nawijam z prędkością Flasha. 

Powtórzyła, tym razem wolniej. 

Rachel kiwnęła głową i spojrzała na drobny druk. Zmarszczyła brwi, wczytując się w losowy punkt, mówiący o bezwzględnym zakazie posiadania papierosów i alkoholu. Nabrała głębszy wdech. Słodki zapach skojarzył jej się z mdlącymi mgiełkami, które dziewczyny namiętnie rozpylały w szatniach, by nauczyciele nie wyczuli zapachu tytoniu. Ta dziwna nuta, która wisiała w powietrzu, pewnie podchodziła z tego samego źródła. 

– Nic mądrego tam nie znajdziesz, ważniejsze, żebyś przyswoiła zasady, które naprawdę tu panują – stwierdziła Jinx z kpiną w głosie. – Zwłaszcza pomiędzy mieszkańcami.

Rachel kiwnęła głową i oderwała wzrok od tekstu. Była tu obca. Musiała radzić sobie sama. 

Pomimo aury chaosu, jaką Jinx roztaczała wokół siebie, wydawała się inteligentna i rozgarnięta. Rachel zaś chciała wykorzystać szansę, którą stwarzało jej nowe środowisko.

Tu mogła zacząć od zera. Mogła uniknąć roli ofiary.

– To jakie są te zasady?

 

***


Witamy serdecznie w nowym roku :). Życzymy wam przede wszystkim spokoju, zdrowia, a dla piszących dużo weny i./lub dużo frajdy z czytania naszych wypocin. Do następnego rozdziału!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^