13. Niech żyje bal!

Klasyczne „This is Halloween” słyszała nawet na drugim końcu korytarza. Na hali przyozdobionej mnóstwem papierowych nietoperzy zwisających z sufitu i podejrzanie realistycznymi pajęczynami było zdecydowanie za głośno. Pewnie dlatego, że była relatywnie mała. Rachel dowiedziała się o jej istnieniu dosłownie chwilę przed balem. Jak Jinx sama przyznała, większość wychowanków nabywała wiedzę o starym, zaniedbanym budynku właśnie z okazji Halloween i wyglądało na to, że zarządcy ośrodka również wtedy sobie o nim przypominali.

Rachel miętosiła w dłoni aksamitny materiał peleryny. Zachodziła w głowę, w jakim sklepie sezonowym sprzedawali tak dobrze wykonane stroje. Musiała przyznać, że nawet suknia, od których zwykle stroniła, przypadła jej do gustu. Głęboka czerń, lekko rozkloszowany dół i koronkowa góra z długimi rękawami. W połączeniu z obszernym kapturem peleryny, ten mroczny wizerunek napawał ją dziwną siłą. Czuła, jakby mogła więcej i gdyby ktoś spróbował z nią zadrzeć, wreszcie to nie ona byłaby ofiarą.

– Przypominam ci, że to przebranie wiedźmy, a nie myśliciela. – Jinx pojawiła się nagle przed schodami. – No, chyba że rozważasz moją wcześniejszą propozycję, to pozwalam. – Usiadła obok Rachel na schodku i odwinęła papilotkę z babeczki ozdobionej lukrową pajęczyną. – Chcesz gryza? – Podsunęła wypiek.

– Nie, dzięki. – Pokręciła głową. – A co do twojej propozycji… Z jednej strony chcę, a z drugiej mam takie poczucie beznadziei, że to wszystko bez sensu – wyznała zrezygnowanym tonem.

– Znam to. Z drugiej strony, skoro nie masz nic do stracenia, to co ci szkodzi spróbować? – odparła i wgryzła się w babeczkę. – Ręczę za tego człowieka, gdyby nie on, to pewnie teraz nikt by ci nie truł dupy – oznajmiła, przełknąwszy. – A przynajmniej nie byłabym to ja – dodała już z kolejnym gryzem w ustach.

Rachel westchnęła ciężko. Jeden głos w jej głowie był przeciwny, drugi podszeptywał zachęty. Argumentów za i przeciw było tyle samo, i nic nie przeważało szali.

– Weź też pod uwagę, że dzisiaj będzie szczególnie łatwo się stąd wyrwać. Wszyscy kiszą się na hali, no i nikt nie zwróci uwagi na dwie przebrane wariatki szwendające się po ulicach – stwierdziła z przekonaniem Jinx.

– Jesteś pewna? – spytała niepewnie Rachel. – Nie chcę nam narobić kłopotów – przyznała zawstydzona, naciągając głębiej obszerny kaptur.

– A bo to raz się wymykałam? Nie martw się, wszyscy tylko straszą, że będą za to konsekwencje, a kończy się na wyzywaniu Agnes. – Wzruszyła ramionami. – Na pewno nie chcesz? Mogę ci przynieść, serio dobre. – Ponownie zaproponowała, unosząc ostatni kawałek babeczki.

Rachel pokręciła głową. Nagle muzyka stała się głośniejsza. Skrzywiła się. Ktoś otworzył drzwi prowadzące na halę i przemknął korytarzem w stronę wyjścia. Siedziała zbyt daleko, by móc rozpoznać uciekiniera.

– No widzisz, jedna osoba już poszła po rozum do głowy – stwierdziła Jinx. Otrzepała sukienkę z okruszków i energicznie wstała. – To co, idziemy? – ni to stwierdziła, ni zapytała, wyciągając rękę w stronę koleżanki.

Rachel popatrzyła na nią z niezdecydowaną miną. Błądziła chwilę wzrokiem, bijąc się z myślami. Wreszcie sapnęła i chwyciła dłoń.

– Idziemy – oznajmiła w nagłym przypływie stanowczości.


***


– Dobra, plan jest taki. – Jinx schowała komórkę do kieszeni sukienki. – Trzymasz się mnie, jesteś cicho i biegniesz, kiedy ci każę. – Poinstruowała śmiertelnie poważnym tonem, skanując otoczenie.

Rachel uniosła brew. Spojrzała na twarz koleżanki, oświetlaną raz po raz kolorową poświatą sączącą się przez mleczne szyby hali. Jej źrenice rozszerzyły się maksymalnie. Wyglądała jak polujący kot.

– Postaram się – odparła cicho.

– Chodź. – Jinx machnęła ręką. W drugiej trzymała spiczasty kapelusz.

Poszły wzdłuż ściany, gdzie nie sięgało migoczące światło. Oddalały się od głównego wyjścia, które na pewno było monitorowane. Myślała, że to jedyna droga ucieczki. Próbowała zgadnąć, którędy więc zaprzyjaźniona wiedźma chciała je wyprowadzić.

O mało nie wpadła na plecy Jinx, kiedy ta zatrzymała się na rogu.

– Główne wyjście to głupie wyjście – stwierdziła dziewczyna. – Podziękujmy za to geniuszowi, który zakładał monitoring, bo nie ma ani jednej kamery na żywopłot – ciągnęła złośliwym tonem. Wyjrzała zza rogu. – Za garażami mur jest uszkodzony

– To jaki jest plan?

– Najtrudniej jest się przecisnąć za ścianę i nie narobić hałasu, reszta to pikuś. – Wskazała na dobrze oświetlony budynek z kilkoma bramami. – Naszym największym problemem będzie uniknięcie liżących się par.

Rachel powiodła wzrokiem po oświetlonej szeregiem lamp drodze dojazdowej. Okrążała ona główną bryłę ośrodka i znikała za nim.

Dziewczyna popatrzyła na pojedyncze oświetlone okna. Kiedy personel się zorientuje, że zniknęły? I jakie będą tego konsekwencje?

Poczuła szarpnięcie. Jinx złapała ją za nadgarstek i pociągnęła w stronę żywopłotu. Długa suknia plątała się między nogami, utrudniając dotrzymanie kroku.

– Zwolnij trochę – syknęła. – Ten strój nie nadaje się do ucieczki.

Jinx nawet nie obróciła się przez ramię, ale zmniejszyła tempo. Rozglądając się nerwowo, przecięły plac w poprzek i dotarły do zaniedbanego żywopłotu.

– Za to idealnie się maskuje. – Jinx wystawiła język.

Rachel przewróciła oczami, ale się nie odezwała. Ciemne kolory sukni pozwalały dziewczynie obserwować otoczenie, będąc jednocześnie niewidoczną w mroku październikowego wieczoru. Za to oświetlona droga zapewniała dostatecznie dużo światła, by dostrzec poruszające się między drzewami sylwetki.

– Nie wiem, czy oni są tak naiwni, by sądzić, że nikt nie będzie chciał się stąd urwać, czy nie mają kasy na sprzęt – rzuciła w eter Jinx. – Test na spostrzegawczość, ilu ochroniarzy widzisz? – Spojrzała przez ramię na koleżankę.

Rachel zmrużyła oczy. Trzech kręciło się przy garażach, jeden szedł w stronę ośrodka. Musiała nieco zwolnić, by dokładniej ocenić pozostałą część placu. Chyba widziała jednego mężczyznę stojącego pod drzewem.

– Pięciu? – powiedziała bez przekonania.

– Blisko – zachichotała Jinx. – Czterech i pół bym powiedziała.

– Pół?

– Pół za tego, który oblewa właśnie drzewo – stwierdziła z niesmakiem. – Faceci są paskudni.

Rachel skrzywiła się i ruszyła za koleżanką. Były w połowie placu. Wystarczyło tylko podejść wzdłuż żywopłotu, przemknąć się przy garażach i przeskoczyć mur. Wydawało się to wręcz podejrzanie proste.

Potknęła się o suknię. Wyrzuciła ręce przed siebie, ratując się przed upadkiem. Bezskutecznie. Poleciała do przodu, zwalając towarzyszkę z nóg. Ledwie powstrzymała krzyk.

– Kurwa – syknęła Jinx.

Wylądowały na ziemi. Rachel przygniotła swoim ciężarem drobne ciało dziewczyny. Kaptur spadł jej na oczy. Na oślep szukała gruntu, by się podeprzeć.

Współlokatorka, dysząc, próbowała wyplątać się spod peleryny.

– Nie mamy teraz czasu na takie zabawy – stęknęła.

– Hej!

Przez plac potoczył się męski okrzyk.

Rachel próbowała się poderwać. Zamiast tego przygniotła materiał sukienki i przetoczyła się na bok. Kątem oka dostrzegła różowy błysk. Poczuła ciężar na biodrach. Serce nieomal wyskoczyło jej z piersi.

Jinx siadła na niej i gwałtownie się pochyliła. Kocie oczy znalazły się parę centymetrów od jej twarzy.

Światło latarki padło na dziewczyny. Jedna na drugiej, w jednoznacznej pozycji.

– Macie być na sali, a nie się obściskiwać po krzakach – rzucił zniesmaczony ochroniarz.

Odwrócił się na pięcie i odszedł, mamrocząc pod nosem coś o dzisiejszej młodzieży.

– Żeby tylko obściskiwać – odparła z przekąsem Jinx.

Rachel zastygła na bezdechu. Miała wrażenie, że walenie jej serca niosło się echem po całej okolicy. Uporczywie unikała wzroku koleżanki.

– Już, oddychaj, bo nieprzytomnej cię stąd nie wytacham. – Jinx wstała z gracją.

Zmieszanie i palący wstyd dziewczyny wyraźnie ją bawiły.

Rachel niemrawo podniosła się na nogi. Otrzepała się wręcz nader starannie, chcąc jak najdłużej nie unosić wzroku.

– Dobra, księżniczko, upieprzysz się jeszcze, przechodząc przez mur, także sobie daruj.

Podążając za dziewczyną, czuła pulsujące ciepło na policzkach. Październikowy chłód przestał być mocno odczuwalny.

Ochroniarz, który je przyłapał, dotarł już do kolegów. Wszyscy zebrali się w kółku wzajemnej adoracji na drodze. Nikt nie pilnował garaży. Idealnie.

Bez przeszkód dotarły do zakończenia żywopłotu. Faktycznie, dalej ciągnął się goły mur. Rachel oceniła, czy zmieści się między nim a ścianą w swoim stroju.

– Pomogę ci, grunt, żebyś się tutaj nie zabiła. – Jinx wskazała kupkę gruzu, przykrytą pociętą blachą i udekorowaną taczką bez koła.

– Nic nie obiecuję.

– Poczekaj, wejdę pierwsza. – Upewniwszy się, że ochroniarze wciąż zajęci byli plotkowaniem, zwinnie pokonała przeszkodę. – Dajesz, tylko ostrożnie. – Wyciągnęła rękę do towarzyszki.

Rachel zebrała materiał kostiumu i przytrzymała go jak najwyżej. Powoli postawiła pierwszy krok na nierównym bloku. Gruba podeszwa glanów nie ułatwiała sprawy. Zdmuchnęła kosmyk włosów wpadający jej do oczu. Skanując teren, znajdowała kolejne miejsca, które wydawały się najbardziej stabilne. Wreszcie chwyciła dłoń Jinx i szybko zrobiła ostatni krok. Stopa zsunęła się do przodu. Dziewczyna odchyliła się do tyłu iyrżnęłaby plecami o kawał blachy, gdyby Jinx nie pociągnęła jej do siebie.

– Coś dzisiaj często na mnie lecisz – skomentowała kpiąco.

– A może to ty się celowo podstawiasz? – Rachel odgryzła się, choć na wspomnienie bliskiego kontaktu z dziewczyną czuła, jak na nowo zalewał ją rumieniec.

– Dobra, w takim razie ty skaczesz teraz pierwsza. – Kiwnęła głową w stronę sporej wyrwy w murze.

Choć Rachel nie widziała jej twarzy ukrytej w cieniu, mogła dać sobie rękę uciąć, że widniał na niej szelmowski uśmiech. Sapnęła i przecisnęła się bokiem bliżej uszkodzenia.

– Oczekuj moich zwłok po drugiej stronie – rzuciła do Jinx, łapiąc za krawędź muru. – Żegnaj – dodała teatralnie.

Wybiła się mocno i przewiesiła w pół przez ogrodzenie. Próbowała niezdarnie się obrócić, by przerzucić nogę na drugą stronę.

– No weź, jeszcze trochę, żadnych przerw na odpoczynek. – Koleżanka chaotycznie zbierała spiętrzony materiał stroju, by nie podarł się na ostrych krawędziach.

Rachel stęknęła, z całych sił unosząc się na rękach. Zgięła kolano i przełożyła nogę ponad murem.

– Zajebiście, teraz druga i ląduj tam z telemarkiem – ponagliła Jinx.

– Nie za dużo wymagasz? – odparła, nabierając głęboko powietrza. Usiadła na murze tyłem do placu, oceniła odległość i zeskoczyła na ziemię. – Żyję – oznajmiła przytłumionym głosem.

– Brawo – Jinx błyskawicznie znalazła się na murze. – W tej kiecce to prawdziwy wyczyn – przyznała i zsunęła się z ogrodzenia. – Szlag by to… – syknęła przez zaciśnięte zęby.

– Co jest? – Rachel przykucnęła obok koleżanki.

– Moje przekleństwo. – Trzymała się za łydkę. Ciemna smuga krwi poplamiła rozdartą skarpetę. – Spoko, do pogrzebu się zagoi. – Machnęła ręką, widząc zmartwienie na twarzy dziewczyny istała.

– Jak daleko jest ten twój znajomy? – spytała Rae, słysząc stęknięcie bólu.

– Kawałek, podjedziemy autobusem.

„Kawałek” zajął dobre pół godziny jazdy. Nie rozmawiały za dużo. Koleżanka przez większość trasy wgapiała się w ekran telefonu, ewidentnie z kimś esemesując. Rachel tymczasem skupiła się na widokach za oknem.

Oparła głowę na ręce i wbiła spojrzenie w przystrojone kościotrupami i nietoperzami ulice miasta. Gdyby ktoś powiedział jej kiedyś, że w taki sposób spędzi siedemnaste urodziny, to stuknęłaby go w czoło. Oddałaby wszystko, by móc przeżyć ten dzień z mamą w ich ciasnym salonie, z kupnym tortem czekoladowym, miską popcornu i kiepskim horrorem klasy b. Tymczasem siedziała w rozklekotanym autobusie i mknęła w nieznane, goniąc mglistą obietnicę zdobycia informacji o kimś, kto równie dobrze mógł nie istnieć.

Zacisnęła dłoń w pięść. Tęsknota wciąż nie malała. Tliła się stałym płomieniem, tylko czekając, by przerodzić się w prawdziwy pożar. Może poznanie ojca choć na chwilę wypełniłoby tę okropną pustkę, którą zostawiło po sobie nagłe odejście mamy.

Zmarszczyła brwi i poprawiła się na siedzeniu. Głowa pękała jej od domysłów. Jeśli ojciec rzeczywiście istniał i naprawdę szukał Rachel, dlaczego do tej pory się z nią nie skontaktował? A może to jej własny umysł z nią igrał? Wykreował wizję, by dać złudną nadzieję, że jednak nie została kompletnie sama. Czy ten tajemniczy ktoś, do kogo wiozła ją Jinx, naprawdę mógł odpowiedzieć chociaż na kilka z mnożących się pytań?

Zacisnęła powieki. Snucie teorii przyprawiało ją tylko o ból głowy. Jedyne, co mogła zrobić, to uzbroić się w cierpliwość. Odwróciła się w stronę Jinx i stuknęła ją w ramię.

– Hm? – Od razu zablokowała ekran telefonu i zerknęła na Rachel.

– Możesz mi powiedzieć coś więcej o tym gościu, do którego jedziemy? Skąd go znasz? – poprosiła.

– Nie ma tu co za wiele opowiadać. – Jinx wzruszyła ramionami i rozsiadła się wygodniej. – Kiedyś mi się wpadło w duże tarapaty. Blood wyciągnął mnie z nich za uszy, a potem metaforycznie otrzepał z kurzu i powiedział, że pomoże mi wyjść na prostą, jeśli obiecam, że będę grzeczna.

– I co?

– I zamiast koczować gdzieś pod mostem i kraść, by przeżyć, mam dach nad głową, czyste ubrania i ciepły posiłek przynajmniej raz dziennie. – Uśmiechnęła się w nieodgadniony sposób. – Naprawdę, nie musisz się go obawiać. Brat Blood jest bardzo przyjaznym stworzeniem i pomógł już masie osób. Ma też takie kontakty, jakich nie ma nikt inny w tym mieście. Jeśli ktoś ci może pomóc, to tylko on.

– Brat? – Rachel zmarszczyła brwi. – Nie wiedziałam, że masz rodzeństwo.

Jinx parsknęła pod nosem.

– Brat zakonny, głuptasie. Blood jest częścią Kościoła, który założył któryś tam jego przodek. Jedziemy do ich siedziby. – Uśmiech z rozbawionego przeistoczył się w złośliwy. – Na bank pewnie poznasz też jego zrzędliwą prawą rękę, Josephine Bennett. Straszna sucz. Spróbuj nazwać Blooda bratem Sebkiem w jej obecności, krew ją od tego zalewa. – Puściła oko.

Rachel uśmiechnęła się niepewnie. Już otworzyła usta, by zadać kolejne pytanie, ale koleżanka przerwała jej ruchem dłoni.

– Dzisiejsze Q&A skończone, szykuj dupsko, bo za chwilę wysiadamy.

Obie dziewczyny wyjrzały przez okno. Po plecach Rachel przeszedł nieprzyjemny dreszcz.

– Czy to jest zakon?

– Dość klimatyczna miejscówka jak na dzisiejszą noc, prawda? – Jinx wyszczerzyła się.


***


Gdy tylko przekroczyły próg, Rachel poczuła się przytłoczona. Pusty, długi hol niósł echem każdy ich krok, obwieszczając przybycie. Wykonane z brązu statuy, słabo oświetlone, wyglądały nieprzyjemnie, jakby gotowe były w każdej chwili ożyć i rzucić się na dziewczyny.

Dziewczyna bezwiednie chwyciła dłoń Jinx i przyspieszyła kroku. Nie podobało jej się tu. Może postąpiła zbyt pochopnie? Poczuła mocny, uspokajający uścisk. Koleżanka zerknęła na nią, bezgłośnie zapewniając, że jest bezpieczna. Mimo to uwadze Rachel nie umknęły pogardliwe spojrzenia, którymi obrzucała wymalowane w biblijne sceny ściany.

Na końcu korytarza, w zaokrąglonej recepcji stała dwójka ludzi. Na widok dziewcząt wyższy mężczyzna odprawił rozmówcę ruchem dłoni i zwrócił się w stronę przybyłych.

– Rachel. – Rozłożył ręce w geście powitania. – Jinx tyle mi o tobie opowiadała. Nazywam się Sebastian Blood Dziesiąty. Możesz mi mówić bracie Sebastianie.

Był postawny, rudy i ubrany w szaty liturgiczne. Jego głos był jednocześnie kojący i głęboki, wręcz idealny dla kapłana przemawiającego do zagubionych ludzi. Nie spuszczał intensywnego spojrzenia z Rachel, wręcz przewiercał ją wzrokiem na wylot.

Dziewczyna zerknęła niepewnie na Jinx. Ta kiwnęła głową na powitanie, po czym zwróciła się do koleżanki.

– Nie masz się czego bać, on nie gryzie. – Pewnym krokiem podeszła do mężczyzny, ciągnąc za sobą skołowaną Rachel. – Rozumiem, że mam was zostawić samych?

– Jeśli taka jest wola twojej znajomej. – Uśmiechnął się serdecznie, przenosząc wzrok na Jinx. – Możesz zaczekać w moim biurze. Raczej nie zajmie nam to długo. Siostra Bennett pewnie również chętnie się z tobą zobaczy.

Na te słowa uśmiech Jinx skwaśniał.

– No tak, na Halloween wszystkie potwory wychodzą z szafy. – Najwyraźniej wyłapała zaniepokojone spojrzenie Rachel, bo odchrząknęła. – Słuchaj, jeśli wolisz, mogę z wami zostać. Ale uwierz mi, jesteś w dobrych rękach, przy tym gościu włos ci z głowy nie spadnie. – Na potwierdzenie swoich słów poczęstowała mężczyznę kuksańcem w bok.

Ten tylko roześmiał się i pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Wracając do tematu – podjął, splatając palce dłoni. – Tak jak powiedziała Jinx, decyzja należy do ciebie.

Przez chwilę wodziła wzrokiem pomiędzy jednym a drugim. Z jednej strony zdrowy rozsądek podpowiadał, by trzymać Jinx przy sobie, zaś z drugiej o swoim ojcu dowiedziała się od demona, który podobno miał być łącznikiem między nimi. Kto wie, co na ten temat wie Blood? Jeśli powiedziałby coś, co mogłoby wpłynąć na ich przyjaźń, ostatnią rzecz, która jej tak naprawdę została…

Zacisnęła pięści.

– Dobrze, pójdę sama.

Blood kiwnął głową, wyraźnie zadowolony. Jinx poklepała Rachel po plecach i obiecała, że cały czas będzie w pobliżu, gdyby ta jej potrzebowała. Po chwili cicho trzasnęły za nią ogromne dębowe drzwi.

Rachel przełknęła ślinę. Dopiero teraz, w tej ciszy i pustym pomieszczeniu zdała sobie sprawę, że nie popisała się rozumem. Została sam na sam z zupełnie obcym facetem.

– Zacznijmy zatem. Pozwoli pani? – Łagodny uśmiech nie schodził z jego twarzy, choć błękitne oczy czujnie śledziły każdy jej ruch. Wyciągnął dłoń z obszernego, krwistoczerwonego rękawa i wskazał jedne z trzech par dwuskrzydłowych drzwi. Delikatnie objął ją ramieniem i razem ruszyli w wybranym przez niego kierunku.

– Znałem Angelę. Była wspaniałą, żywiołową kobietą. Po dziś dzień nie mogę odżałować straty, jaką było jej odejście z tego świata. – Blood położył dłoń na ciemnym drewnie.

Rachel zamurowało.

– Znałeś… m-moją biologiczną matkę? – wydusiła z trudem. Obiecano jej, że Blood co najwyżej da jej namiar na kogoś, kto może wiedzieć coś o ojcu, a tymczasem facet znikąd wyskoczył, że znał Angelę?

– Tak, przez wiele lat. Patrzyłem, jak rozkwita i rozwija się duchowo. – Zmarszczył czoło. – A także jak wpada w złe towarzystwo i kroczy ku potępieniu.

Drzwi otworzyły się z cichym skrzypieniem. Rachel uderzyło w twarz chłodne, nocne październikowe powietrze. Zadrżała.

– Była zdolna do wielkich czynów. Zawsze chciała pomagać każdej napotkanej duszy – kontynuował Blood, powoli drepcząc żwirową krętą ścieżką. – Całe dnie i noce spędzała z nosem w świętych księgach, by pojąć tajemnicę zbawienia. A kiedy trafiła na wzmiankę o pradawnym rytuale… Według tekstów istniała możliwość, by za pomocą zstąpienia duszy w chętnego pomocnika połączyć się w jedno z wszechmogącym Skatem, by przynieść światu wybawienie. – Wsunął dłonie w szerokie rękawy szaty.

Rachel chłonęła każde jego słowo, krocząc tuż przy nim. Oczami wyobraźni widziała Angelę wśród ksiąg, jej radość i ekscytację, gdy odkryła przepis na zbawienie.

– Niestety, kiedy tylko okazało się, że Angela jest w stanie błogosławionym, złe moce dały o sobie znać. Próbowałem się nią opiekować, ale paranoja z każdym dniem coraz mocniej pochłaniała jej umysł. W końcu uciekła. Próbując schronić się przed demonami, zaszyła się w zakonie. – Zatrzymali się przed rzeźbą zrozpaczonej Matki Boskiej, która opłakiwała bezwładne ciało syna. – I to właśnie w tym zakonie zrodziła się jej jedyna córka. – Uśmiechnął się do niej ciepło.

Przez chwilę trwali w milczeniu. Blood z nieodgadnionym wyrazem twarzy wpatrywał się w kamienną twarz rzeźby, wykrzywioną w niewysłowionym cierpieniu. Rachel w tym czasie powoli trawiła usłyszane informacje. Mary niewiele mówiła jej o Angeli. Według jej słów, biologiczna matka przybyła do zakonu w złym stanie, a dwa tygodnie po porodzie zniknęła bez słowa. Nikt nie wiedział, kim była, ani dokąd się udała.

W końcu zmarszczyła brwi.

– Jestem jej jedyną córką… czy to znaczy, że Angela miała inne dzieci? Czy mam może przyrodnich braci? Mówiłeś też o połączeniu ze Skatem, prawda? – Spojrzała na rozmówcę wyczekująco. – Kim on jest? Czy on…

– Spokojnie, po kolei, moja droga. – Blood uciszył jej rozpędzony potok pytań ruchem dłoni. – Z tego, co mi wiadomo, jesteś jej jedynym dzieckiem. Co nie znaczy, że twój ojciec w tym temacie próżnował.

Rachel z wrażenia otworzyła usta. Nie przeszło jej to przez myśl.

– Mam rodzeństwo? Ale… skąd ty to wiesz?

– Powiedzmy, że przyglądamy się twojemu ojcu od dłuższego czasu. – Blood odchrząknął. – Wracając do twojego poprzedniego pytania, Skat to najwyższa siła, której w potędze jest w stanie dorównać tylko potomek, zrodzony z jego krwi, jego klejnot w koronie. „Krew z krwi i ciało z ciała, potęga dziedzica równa ojcu”. Święte teksty opisują go jako wszechmogącego, który zstąpi pewnego dnia na Ziemię, by skąpać ją w oczyszczającym ogniu. Jego wierni wyznawcy przeżyją Dzień Sądu, a na zgliszczach starego świata zbudują nową, doskonałą cywilizację. – Odetchnął głęboko.

Ruszyli dalej.

W nikłym świetle ogrodowych lamp dostrzegła, że nos rozmówcy robił się czerwony od zimna. Ona również zdążyła przemarznąć w cienkiej sukience. Peleryna, choć długa i dość ciepła, nie radziła sobie z październikowym chłodem. Na szczęście zbliżali się do drzwi drugiego budynku.

– To… bardzo ładnie – zaczęła niepewnie. Mięła w dłoniach materiał sukni. – Nie rozumiem tylko, jak to się ma do mojego ojca? Jinx powiedziała…

– Cierpliwości, drogie dziecko. – Uśmiechnął się pobłażliwie. – Cierpliwość to cnota ludzi mądrych.

Przekroczyli drzwi wejściowe. Rachel z ulgą przywitała ciepły podmuch powietrza i rozmasowała zmarznięte dłonie.

– Wracając do tematu – podjął znów, prowadząc ją długim korytarzem. – Angela schroniła się w zakonie, w którym się narodziłaś. Może myślała, że jeśli się rozstaniecie, konsekwencje jej czynów cię nie dosięgną.

Tak jak przez całą rozmowę Rachel nie dostrzegła ani jednej żywej duszy, tak z każdym kolejnym krokiem mijało ich coraz więcej ludzi. Ubrani w identyczne habity, ukrywali twarze w cieniu kapturów. Każdy z nich przystawał i kłaniał się głęboko, gdy mijała ich wraz z bratem Bloodem. Ten bezwiednie unosił co chwilę dłoń w geście błogosławieństwa.

– Co takiego zrobiła moja matka? – spytała. – Mówi pan, że zwątpiła, i że uciekła, bo się czegoś bała. Co ją aż tak przeraziło?

– Niestety, jedyne, czego jestem w stu procentach pewien, to to, że spóźniłem się, czego żałuję po dziś dzień. – Blood pokręcił głową. – Jeśli tylko zauważyłbym coś wcześniej, może mógłbym jej jakoś pomóc. Może uniknęlibyśmy tych wszystkich tragedii. Być może spędzałabyś ten dzień, szczęśliwa u jej boku. – Westchnął ciężko. Przystanął przed prostymi, drewnianymi drzwiami. Położył dłoń na klamce. – A jedyne, co jestem w stanie zrobić, to pokazać ci miejsce, w którym przyszłaś na świat.

Drzwi ustąpiły i oczom Rachel ukazało się niewielkie pomieszczenie. W środku znalazło się miejsce tylko na niewielki stolik, wąskie łóżko, rozklekotaną szafę i święty obrazek. Ciasnotę potęgowała obecność kilku osób, które stały na baczność niczym podczas musztry. Na widok przybyłych ukłonili się głęboko. Jeden z zebranych trzymał tlące się kadzidło o słodkim, duszącym zapachu.

Dziewczyna już miała przekroczyć drzwi celi, ale zatrzymała się wpół kroku. Co to wszystko miało w ogóle znaczyć? Miała jeszcze większy mętlik w głowie, niż przed przybyciem do zakonu. Po plecach przeszedł dreszcz.

– Chwileczkę – zaczęła. Poczuła przypływ niepokoju. Rozejrzała się dookoła, ale nigdzie nie zauważyła czerwonych oczu, demon również milczał. – Tu się urodziłam? Chce pan powiedzieć, że ten zakon to miejsce, w którym posługę pełniła moja matka?

– Owszem. Gdy tylko się o tym dowiedziałem, złożyłem zakonnicom propozycję wykupu. Chciałem osobiście zaopiekować się tym miejscem, z szacunku do twojej biologicznej matki. – Blood skinął ręką. Zebrani rozstąpili się, ukazując wąskie schody, prowadzące pod ziemię. – Czas nagli. Mam nadzieję, że będziesz zadowolona ze spotkania z ojcem.

Rachel poczuła, jak traci czucie w ciele. Chwyciła się drzwi, by nie upaść. Spotkania? Jakiego spotkania? Przecież mieli tylko porozmawiać!

– Chodź ze mną. – Złapał ją pod rękę i pewnie poprowadził w stronę schodów. – Wiem, że to nagłe, ale musimy porozmawiać o twoim ojcu. Widzisz, Angela dostąpiła zaszczytu dzielenia łoża ze Skatem Wszechmogącym. Owocem tego związku jesteś ty, moje drogie dziecko. Jesteś córką najpotężniejszej istoty we Wszechświecie.

Rachel chciała się wyrwać. Serce zaczęło dudnić w piersi. Na zmianę przeszywało ją lodowaty strach i gorący wyrzut adrenaliny. Całe ciało krzyczało „uciekaj!”. Od nadmiaru rewelacji i słodkiego zapachu kadzidła kręciło jej się w głowie. Chciała pognać na górę, ale bała się, że jeśli puści ramię rozmówcy, nie utrzyma równowagi.

– Przez wieki Kościół Krwi uważał, że Skat jest naszym zbawieniem, że razem stworzymy nowy wspaniały świat. Oszukał nas. Nie jest wszechmogącym bogiem, który pragnie nam pomóc, tylko żądnym krwi demonem, który chce zniszczyć życie na Ziemi.

Głos Blooda odbijał się echem w jej głowie niczym uderzenia dzwonu. Krew szumiała w uszach. Rachel całą sobą czuła, że wchodzi w paszczę lwa. Ten facet był szalony. Jaki bóg, jaki demon? O czym on bredził? Próbowała się szarpnąć, ale kończyny nie chciały jej słuchać.

Na moment panika ustąpiła uldze, kiedy postawiła stopy na podłodze, a świat przestał wirować. Znalazła się w pomieszczeniu, które wyglądem przypominało kaplicę. Wzdłuż kamiennych ław stali ludzie. Każdy, co do jednego, pokłonił się nisko na jej widok. Zapach kadzideł znów uderzył w nozdrza. Świat wokół niej zaczął znikać w ciemności.

Jak przez mgłę usłyszała ostatnie słowa Blooda:

– Śpij spokojnie, Raven.


***


Spodziewała się, że Klejnot będzie bardziej… dojrzały? Elegancki? Zamiast wysokiej młodej kobiety o tajemniczym spojrzeniu, którą sobie tak często wyobrażała, Blood przyprowadził ledwo stojącą o własnych siłach nastolatkę. W ceremonialnych szatach wyglądała bardziej jak zagubiony szczeniak, niż jak potomkini najpotężniejszego demona we Wszechświecie.

Bennett uważnie przyglądała się temu chodzącemu nieszczęściu zza ołtarza, z twarzą bezpiecznie skrytą w cieniu kaptura. Dziewczyna była chuderlawa, z podkrążonymi oczami, chwiejąca się pod wpływem wdychanych narkotyków. Nie mogła mieć więcej, jak szesnaście lat.

Kobieta zmarszczyła brwi. Chyba przesadziła z dawką kadzidła. Z drugiej strony nie obiecywała Skatowi, że otrzyma córkę żywą. Śmierć z przedawkowania brzmiała jak lepszy koniec niż to, co mogło czekać dziewczynę po spotkaniu z ojcem.

Kruki, które wraz z kadzidłem przywitały Klejnot, zdążyły zająć swoje miejsca. Każdy siedział pochylony, z kapturem głęboko naciągniętym na głowę, pogrążony w modlitwie. Nikt nie śmiał nawet spojrzeć na córkę Skata.

Blood kroczył niewzruszony. Najwyraźniej na niego nie działała żadna dawka mieszanki, której słodki dym wypełniał pomieszczenie. Tłumaczył Klejnotowi, dlaczego tylko z jej pomocą mogą pokonać zło. Nazywał Skata demonem, złem wcielonym, który zwiódł swoich wiernych.

Bennett wsunęła rękę pod ceremonialną szatę. W kieszeni spokojnie spoczywała zawinięta w szmatkę strzykawka. Dawka narkotyku mogłaby powalić konia, ale zaprawionego kapłana powinna zneutralizować na wystarczająco długo, by resztę rytuału mogła przeprowadzić sama.

Zerknęła na Kruki. Ich niespokojne ruchy i pomruki przyprawiały ją o ból żołądka. Modliła się w myślach, żeby Sebastian choć na chwilę przestał mówić. W przeciwnym wypadku nawet przyprowadzenie Klejnotu mogło go nie uratować przed gniewem wyznawców.

Dziewczyna potknęła się i poleciała do przodu. Kilka osób poderwało się. Na całe szczęście przytomny Sebastian złapał ją w ostatniej chwili. Wziął Klejnot na ręce i poniósł do ołtarza. Złożył ją z największą ostrożnością na kamiennym stole.

– Śpij spokojnie, Raven – mruknął. W końcu podniósł wzrok na Bennett.

Uśmiechnęła się do niego łagodnie, a on odwzajemnił gest. Przez chwilę patrzyła z czułością prosto w jego oczy. Byli już tak blisko celu. Jeszcze nie było za późno. Jeszcze mogła przemówić mu do rozumu. Mógł się wycofać.

A wtedy odwrócił się do zebranych i przemówił głębokim, gardłowym głosem:

– Drogie Kruki, tak jak obiecałem, przyprowadziłem Klejnot, córkę Skata. Zanim jednak zaczniemy, muszę wam coś wyznać.

Poruszenie. Po sali potoczył się nerwowy szept. Bennett zacisnęła wargi. Błagała go w myślach, by tylko nie wyjawiał prawdy. Jedno złe słowo i Kruki rzucą się na niego niczym wygłodniałe wilki. Zapanuje chaos. Lata planowania pójdą w piach.

– Wiem, że możecie poczuć się oszukani. – Rozłożył ręce i wskazał na nieprzytomną dziewczynę. – Ale cokolwiek się stanie, nie możemy oddać jej w ręce Skata. Nie jest on tym, za kogo się podaje.

Szepty zmieniły się w zaniepokojone rozmowy i pełne obaw spojrzenia.

Bennett przymknęła oczy. Wzięła głęboki wdech. A więc wybrał.

Podeszła do niego. Czuła się jak wyrwana z własnego ciała, gdy wyciągała schowaną strzykawkę i wbija igłę w szyję opowiadającego z przejęciem Sebastiana. Poczuła wzbierające łzy, gdy spojrzała w jego zaskoczoną twarz. Widziała, jak szok zmienia się w przerażenie, a potem wściekłość.

– Wybacz mi, mój drogi – wymamrotała cicho. Asekurowała go, gdy omdlewał. Kiedy złożyła jego nieprzytomne ciało na zimnej posadce, łzy pociekły po jej policzkach.

– Powinniśmy się go pozbyć, Matko – odezwał się ktoś z tłumu. – Brat Blood zwątpił. Należy z nim postąpić tak, jak z resztą niedowiarków.

Rozległy się aprobujące pomruki.

– Przynieście sznur. – Głos miała wyjątkowo spokojny jak na falę emocji, która przetaczała się przez jej głowę i serce. – Wyniesiemy go do biura. Stamtąd nie ucieknie. Potrzebuję sześciu najsilniejszych. Reszta ma zostać na miejscu i przygotować się do rytuału. Rozpoczniemy, gdy tylko wrócę. – Rozkazy płynęły z jej ust niczym rzeka. Podniosła się z klęczek, ukradkiem ocierając łzy. Kruki w tym czasie posłusznie wykonywały polecenia. Najsilniejsi z wtajemniczonych związali ręce i nogi Blooda, a później dla pewności obwiązali sznurem jego tors. Reszta zebranych wygasiła kadzidła, zdjęła chusty, którymi zakrywali nosy oraz usta, i zajęła się rozstawianiem świec.

Bennett znów odetchnęła głęboko i zrzuciła kaptur. Przesunęła dłonią po świeżo ogolonej skórze głowy, na której widniał tatuaż kruka. Skarciła się w myślach. Potrzebowali jej skupionej i pewnej. Nie mogła tracić czasu na rozczulanie się nad Sebastianem. Sam dokonał błędnego wyboru. Jedyne, co mogła dla niego zrobić, to obronić go przed gniewem Kruków.

Dla pewności przed opuszczeniem kaplicy sięgnęła po ceremonialne ostrze. Tak na wszelki wypadek, gdyby Sebastian jednak stawiał opór. On lub któryś z Kruków.

Poprowadziła pomocników wąskimi korytarzami budynku mieszkalnego do ogrodu, a stamtąd do wnętrza zakonu. Minęli salę muzealną, przecięli kaplicę modlitewną i dotarli do niewielkiego biura, które jednocześnie służyło za zakrystię. Jako jedyne pomieszczenie w zakonie było jednocześnie pozbawione okien, zamontowano w nim monitoring, a klucze Blood nosił zawsze przy sobie. Znalazła je zresztą w kieszeni jego spodni.

Weszła jako pierwsza do środka i zamarła.

Za biurkiem, z nogami wywalonymi na blat siedziała Jinx, leniwie paląc papierosa. Na widok Bennett uśmiechnęła się kpiąco. Mina jej zrzedła, dopiero gdy zobaczyła pozostałych.

– Co wy do cholery wyprawiacie? – zagrzmiała, zrywając się na równe nogi. – Co mu zrobiliście? I gdzie jest Rachel? Przysięgam, jeśli tylko spadł jej włos z głowy…

Bennett zacisnęła wargi. Przeklęta smarkula! Naprawdę nie potrafiła zrozumieć, po co Blood w ogóle korzystał z jej usług. „Agentka do zadań specjalnych”, psia jego mać. Jego naiwne dobre serce mogło ich teraz kosztować lata pracy. Tylko Sebastian wiedział, ile sekretów Kościoła znała Jinx. Jeśli ta dziewucha komukolwiek piśnie choćby słowo…

Chwyciła mocniej rękojeść sztyletu. Już wcześniej odbierała życie. Potrafiła zacierać za sobą ślady. Jedna dusza więcej nikomu już nie zrobi różnicy.

– Wrzućcie go do szafy. – Słowa ledwo przechodziły jej przez zaschnięte gardło. Wycelowała sztylet w Jinx. – Posłuchaj mnie uważnie, smarkulo.

– Hej, hola! – W pierwszym odruchu dziewczyna podniosła ręce w obronnym geście. Przerażone spojrzenie kocich oczu wędrowało od błyszczącego ostrza do twarzy Bennett i z powrotem. – Nie musimy posuwać się do tak drastycznych środków.

Kobieta postąpiła do przodu dwa kroki. Stała teraz naprzeciwko biurka. Gdyby się postarała, mogłaby jednym sprawnym machnięciem poderżnąć młodej gardło.

Chciała już wykonać zamach, ale do głowy przyszła jej pewna myśl.

– Jakie są twoje rozkazy? Co Blood kazał ci zrobić?

– Kazał mi poczekać w biurze na swój powrót. – Wzrok dziewczyny powędrował w bok.

Bennett również zerknęła. Kruki ułożyły nieprzytomnego Sebastiana w ciasnej szafie. Choć chcieli jeszcze kilka minut temu wieszać go za zdradę, przygotowali mu miękkie posłanie z szat ceremonialnych. Najwyraźniej jakaś krzta szacunku do głowy Kościoła wciąż była obecna wśród wiernych.

Zwróciła się w stronę Jinx.

Oczy dziewczyny zajaśniały różowym blaskiem. Trwało to dosłownie ułamek sekundy. W tej samej chwili Bennett poczuła nieprzyjemny prąd, przebiegający od łokcia po czubki palców. Upuściła sztylet. Krzyknęła, bardziej z zaskoczenia, niż z bólu.

Jinx pojawiła się obok niej. Pchnęła Bennett na równie zdezorientowane Kruki. Jeden z nich próbował chwycić smarkulę za włosy, ale wyślizgnęła się mu niczym wąż. Wybiegła z pokoju.

– Do jasnej cholery! – warknęła Bennett, podtrzymywana przed upadkiem przez dwóch mężczyzn.

– Czy mamy ją gonić? – zapytał jeden z Kruków.

Zerknęła na zegarek. Od północy dzieliło ich niecałe dwadzieścia minut. Jeśli chcieli zdążyć przed końcem urodzin Rachel, musieli się pospieszyć. Kruki wciąż były przekonane, że tylko aktywna obecność w rytuale zapewni zbawienie. Gdyby kazała im zaryzykować spóźnienie, mogliby potraktować ją tak jak Sebastiana.

Zmięła w ustach przekleństwo.

– Zostawcie ją – wydusiła w końcu. – Niech Skat ją osądzi.


***


Miał ochotę ryknąć na automatyczną bramę, by otwierała się szybciej. Wcześniej już opieprzył Quinzel, do której dodzwonił się na jakieś pięć minut przed przybyciem na miejsce. Nieodbieranie telefonu tłumaczyła jakimś tam balem, ale szczerze miał to w dupie. Liczyło się, tylko by dotrzeć do Rachel, zanim zrobi to Kościół Krwi.

Wdepnął gaz. Wjechał na podjazd zdecydowanie za szybko. Kilka cali mniej i straciłby lusterko na bramie wjazdowej. Nawet nie gasił samochodu, tylko wyskoczył z niego jak oparzony. Błysnął odznaką dwóm ochroniarzom, którzy już zmierzali z pretensjami w jego kierunku i pomknął po schodach do budynku. W drzwiach zderzył się ze zdyszaną doktorką.

– Gdzie Rachel? Muszę ją stąd natychmiast zabrać. – Przepchnął się do środka.

– Panie Grayson, co się dzieje?

Spokojny ton kobiety działał mu na nerwy.

– Rachel jest w ogromnym niebezpieczeństwie. A ja nie mam czasu do stracenia. – Rzucił jej poirytowane spojrzenie. – Niech mnie pani do niej zaprowadzi.

Już otwierała usta, ale jego mrożące krew w żyłach spojrzenie natychmiast je zamknęło. Zamiast tego kiwnęła głową i ruszyła w głąb holu.

– Rachel powinna być u siebie. Nie chciała brać udziału w imprezie. – Poprowadziła go schodami na piętro. – Ze względu na bal halloweenowy budynek pozostaje dziś wyjątkowo otwarty. Rozumiem pańskie zaniepokojenie, mimo to zapewniam pana, że teren ośrodka jest stale monitorowany i dobrze strzeżony. Nikt i nic jej tutaj nie zagraża.

Dick wypalał spojrzeniem dziurę w plecach blondynki. Miał ochotę wziąć ją pod pachę, byleby tylko w końcu ruszyła dupę. Nic go nie obchodził jakiś tam bal ani ochrona ośrodka. Sam z doświadczenia wiedział, że nawet najdokładniejsze zabezpieczenia można obejść z wystarczająco dużą dawką determinacji i pomyślunku. Słyszał szum krwi w uszach. Czy to właśnie ludzie mieli na myśli, kiedy mówili, że krew ich zalewa?

Psycholożka w końcu zatrzymała się pod drzwiami z numerem trzynaście.

– Rachel, tutaj doktor Quinzel. Jest ze mną detektyw Grayson. Możemy wejść? – Zastukała delikatnie w drzwi.

Grayson przetarł twarz dłonią i sam zapukał. Po karcącej minie doktorki wnioskował, że zrobił to zbyt nachalnie. Cóż, uporczywe stukanie było chyba jednak lepszą opcją, niż porwanie przez bandę obłąkanych kultystów.

– Rachel? Tu Richard Grayson. Musimy porozmawiać.

Zero odzewu.

Detektyw wymienił z doktorką zaniepokojone spojrzenia.

– Wchodzimy – zadecydował i nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły z cichym skrzypieniem.

Grayson nerwowo wymacał włącznik na ścianie. Ostre światło zalało pokój. Wszedł do środka i uważnie zlustrował otoczenie. Łóżko piętrowe, proste biurko, szafa na ubrania, ledwo wyczuwalna woń dymu papierosowego i mgiełki. Zero śladów włamania czy walki. I zero Rachel w zasięgu wzroku.

Dla pewności zajrzał pod łóżko i do szafy, o mało nie wyrywając przy tym drzwi z zawiasów. Zaklął pod nosem. Jego wzrok padł na poduszkę. Spod starej poszewki wystawał kawałek papieru. Niewiele myśląc, detektyw chwycił go. Czuł, jak serce zabiło mu mocniej w piersi na widok lekko wymiętego listu od Angeli. Przeleciał wzrokiem po tekście.

– Cholera jasna. – Odłożył kartkę na biurko i spojrzał na lekarkę.

– Może jednak zdecydowała się pójść na bal? – podsunęła Quinzel. Przez cały czas stała w progu, jakby bała się wejść do środka.

– Oby była na tym zasranym balu, bo jeśli nie, to łby wam wszystkim pourywam – warknął. – Prowadź.

Popędził za stukotem obcasów na parter. Wypadli razem na dziedziniec. Dick przemknął niczym błyskawica przez plac, prowadzony dudnieniem muzyki i kolorowymi światłami. Zostawił Quinzel daleko w tyle. Z rozpędu wpadł na metalowe skrzydła drzwi i pchnął je z całej siły.

Tabliczka „ciągnąć”.

Zaśmiał się nerwowo i wparował do środka. Ozdobiony plastikowymi kościotrupami korytarz rozświetlały migające światła, wpadające przez otwarte szklane drzwi. Dick pobiegł, wyciągając odznakę. Już po chwili dostał się na halę.

Bas dudnił mu w głowie. Budynek był wypełniony po brzegi. Wśród tłumu świętujących dzieciaków snuła się sztuczna mgła. Przeklął pod nosem, widząc morze kostiumów i masek, które skrywały twarze. Jak niby miał odnaleźć Rachel?

– A ty to kto? – usłyszał za plecami.

Obrócił się. Wysoki, dobrze zbudowany nastolatek w stroju kościotrupa nonszalancko podpierał ścianę. Cukrowa laska w kształcie kości miała mu chyba rekompensować brak papierosa, bo ssał ją z uporem godnym maniaka.

– Richard Grayson, detektyw. – Mignął młodemu odznaką przed oczami, tak na wszelki wypadek. – Szukam kogoś.

– Detektyw? – Chłopak próbował ukryć zaskoczenie zawadiackim uśmiechem. – To pewnie panu chodzi o tę nawiedzoną laskę, co? Wszyscy mówią, że zabiła kogoś samym spojrzeniem.

Grayson zmarszczył brwi. To brzmiało jak Rachel.

– O kim mówisz?

– Nie tak szybko. Muszę najpierw wiedzieć, co będę z tego miał.

Szeroki, nieszczery uśmiech nastolatka skojarzył się Dickowi z Jokerem. Aż przeszły go ciarki po plecach.

– Na dobry początek nie zarobisz w zęby, pasuje? – Grayson postąpił kilka kroków do przodu. Górował nad chłopaczkiem o ponad głowę. – Albo nie dostaniesz zarzutów za utrudnianie śledztwa i zatajanie informacji. Same plusy.

– No nie wiem, nie wiem…

– Możemy dorzucić próbę napaści na funkcjonariusza. – Dick strzelił kostkami. Gdyby nie to, że się mu spieszyło, chętnie nauczyłby tego podlotka dobrych manier.

– Nie brzmi mi pan na legitnego detektywa. – Zmierzył Graysona wzrokiem, ale pod wpływem lodowatego spojrzenia skapitulował. – Niech już stracę. Widziałem, jak taka jedna wariatka Jinx wymknęła się z kimś poza teren. Pewnie poszły składać dzieci w ofierze na cmentarzu, czy co tam szajbuski lubią robić. Niech pan szuka takiej tyczki w kiczowatym stroju wiedźmy, będzie ciężko ją przegapić. – Jad spływał z ust chłopaka z każdym wypowiedzianym słowem. Ciekawe, czym ta cała Jinx mu podpadła.

– Z kim wyszła? – spytał ponaglająco.

– A bo ja wiem? – Wzruszył ramionami. – Cała na czarno była, w kapturze. Pewnie to była ta cała Rachel, odkąd pojawiła się w ośrodku, wszędzie razem łażą. Jedna świruska znalazła sobie drugą. Papużki nierozłączki.

– A wiesz chociaż, dokąd poszły? – Dick czuł, jak krew się w nim gotuje.

– Siedziały na schodkach, o tam. – Wskazał kciukiem za siebie. – A ja sobie wyszedłem zaczerpnąć świeżego powietrza. No i w jednej chwili na tych schodkach są, a w drugiej widziałem, jak znikają w krzakach pod ogrodzeniem. – Złośliwy uśmiech wykwitł na ustach chłopaka. – A jeśli nie poszły się przelizać, to na bank zwiały. Kto wie, co takim odmieńcom chodzi po głowach?

Dick warknął pod nosem podziękowania i wyminął nastolatka. Choć młody był irytujący jak cholera, sprzedał mu cenną informację. Jeśli to rzeczywiście była Rachel, opuściła teren ośrodka dobrowolnie. Pytanie tylko, w jakim kierunku się udała.

Wybiegł na zimne październikowe powietrze. Dla pewności zlustrował jeszcze miejsce, o którym mówił chłopak, ale jedyne co osiągnął to przestraszenie kilku zaskoczonych par. Znalazł dziurę w murze, przez którą każdy średnio wysportowany nastolatek byłby w stanie przemknąć na wolność.

Grayson zacisnął wargi. Kurwa. Jeśli Kościół nie porwał Rachel, to gdzie miał jej szukać?

Pędzący natłok myśli przerwał dopiero dźwięk telefonu. Dick zerknął na wyświetlacz. Nieznany numer. Odebrał.

– Halo?

– Pan Grayson? – wydyszał głos w słuchawce. Zdecydowanie należał do młodej dziewczyny. – Potrzebuję pańskiej pomocy. Rachel jest w niebezpieczeństwie.

12. Diabeł tkwi w szczegółach

Rachel zerwała się z łóżka. Zaryła głową w stelaż, aż obraz pociemniał jej przed oczami. Stęknęła. Poczuła ból w całym ciele, które było niemiłosiernie ciężkie. Opadła bezwładnie na pościel.

Próbowała przypomnieć sobie, gdzie była i jaki był dzień. Jak przez mgłę widziała wychodzącą z pokoju Jinx. Potem chciała wypróbować zaproponowaną przez panią Quinzel medytację. Co było dalej…?

– Boże, kobieto, co ty się tak z samego rana rozbijasz? – Jinx wychyliła się z łóżka i kontynuowała, przewieszona głową do dołu: – Widziałam, w jakiej połamanej pozie spałaś, nie musisz sobie dokładać bólu.

Rachel mruknęła coś nieskładnie. W istocie, ćmiło ją w skroniach, a całe ciało krzyczało, jakby zostało rozjechane walcem. Kilkukrotnie. Usilnie jednak próbowała wypełnić lukę w pamięci. Zmarszczyła brwi.
Zaczęła medytować… Najpierw się rozpraszała, ale potem się udało… Było tak błogo i lekko… Wykrzywiła twarz w grymasie bólu. Dopadło ją wspomnienie strachu. Spotkanie z imaginacją. Sam na sam. Zupełnie bezbronna wobec bestii. A jednak… Powoli przypominała sobie jej słowa.
 
Ojciec? Raven? Coś o spotkaniu?

Nie wiedziała, czy miało to jakikolwiek sens. Co, jeśli to były halucynacje? Nie znała przecież swojego ojca. Mama nigdy o nim nie mówiła. Zresztą, co mogłaby jej powiedzieć? Znała tylko Angele.

– Szuka mnie…? – wyszeptała drżącym głosem.

– Hm? – mruknęła Jinx.

Rachel zignorowała koleżankę. Próbowała uchwycić ociężale płynące myśli.

– Dlaczego teraz? We śnie? – mruczała dalej. – Czemu w taki sposób?

– Rachel? – Jinx zwinnie zeskoczyła z łóżka. – Halo, ziemia do Rachel. – Pomachała dłonią przed jej twarzą. – Ej, kontaktuj, bo zaraz wezwę egzorcystę.


Rachel powoli uniosła wzrok. Uświadomiła sobie, że kołysała się w przód i w tył.

– Naćpali cię czymś? Nie było mnie wczoraj ledwie parę godzin. – W głosie Jinx było coraz więcej niepokoju.

– List – szepnęła Rachel.

– Co?

– List – powtórzyła głośniej. – Muszę go przeczytać.

Zerwała się, nieomal taranując dziewczynę.

– Do reszty cię opętało?! – krzyknęła Jinx, ratując się przed upadkiem.

Rachel dopadła do biurka. Pospiesznie wysunęła szufladę i wyrzuciła wszystko ze środka. Kilka kartek i wizytówka od detektywa poleciały na podłogę. Włożyła rękę na sam koniec. Pusto. Obróciła się, w panice skanując otoczenie. Gdzie go zostawiła?

– Powiesz mi, co się dzieje? – Jinx stanęła przed koleżanką, zagradzając jej drogę.

– Przepuść mnie.

– Popatrz na mnie.

– Daj mi przejść – wydusiła błagalnym tonem.

– Rachel.

Stanowczy głos Jinx rozbudził ją jak siarczysty policzek. Oprzytomniała. Popatrzyła na współlokatorkę.

– Ja… – Spuściła wzrok.

– Hej, spokojnie. – Położyła ręce na ramionach koleżanki. – Usiądź i powiedz mi, kto cię szuka i czy chodzi o ten list, który leży na łóżku? – Wskazała kartkę zlewającą się z białą pościelą.

Rachel opadła ciężko na rozkopaną kołdrę i chwyciła zgubę. Wlepiła wzrok w pismo matki. Próbowała rozsupłać splątane w chaosie myśli.

– Nie wiem… – sapnęła zrezygnowana. – Wczoraj jak wyszłaś, to próbowałam medytacji… Coś poszło nie tak… – Zacisnęła dłonie na liście, lekko go gniotąc. – Nie wiem, co to było, ale… Widziałam siebie… Tak jakby siebie, ale złą… Nie, to nie ma sensu. – Pokręciła głową, kuląc się.

– Ciężko mnie przestraszyć. Mów, o co chodzi – zapewniła łagodnie Jinx, siadając obok.

– Coś… Coś we mnie siedzi… I mówi – wydukała speszona.

– Co ci wczoraj powiedziało? – podchwyciła.

– Że… Że mój ojciec mnie szuka.

Zamilkła. Czuła tę gęstą, niezręczną atmosferę. Właśnie wyznała, że ma omamy. Jakiej reakcji się spodziewała?

– A co z listem? – spytała Jinx tym samym tonem, jakby słuchanie o głosach w głowie było dla niej chlebem powszednim.

– Napisała go moja biologiczna mama.

Przejechała opuszkiem po szorstkim papierze. Chłonęła jedyną pamiątkę po rodzicielce każdym zmysłem, jakby chciała poczuć jej namiastkę. Przesunęła wzrokiem po doskonale znanym tekście.

Prośba do zakonnic, przeprosiny dla niej.

Czego szukała? Czegoś o ojcu? Dlaczego miała cokolwiek o nim znaleźć? Przecież znała treść listu na pamięć. Nikt nigdy o nim nawet słowem nie wspomniał.

– A co z ojcem? – spytała Jinx, wyrywając ją z zamyślenia.

– Nie znam go – odparła martwym głosem. – W ogóle nie rozumiem, dlaczego te omamy go dotyczyły i dlaczego coś mi się ubzdurało, że mnie szuka – wypaliła gorzko.

– A jeśli to nie są omamy? Co jeśli to wiadomość od niego?

Rachel popatrzyła sceptycznie na koleżankę.

– Wiem, że takie rzeczy wydają się niedorzeczne, ale sama wiesz i widziałaś, że „zjawiska paranormalne” – zrobiła cudzysłów w powietrzu – są jak najbardziej prawdziwe. Jesteśmy chodzącymi przykładami, dlatego myślę, że powinnaś wziąć pod uwagę paranormalne wytłumaczenie.

– Nawet nie wiem, co miałabym zrobić – odparła zrezygnowana. – Jedyne co o nim wiem, to że siłą rzeczy musiał istnieć.

Jinx mruknęła coś pod nosem.

– Nie znam nikogo, kto specjalizuje się w znajdowaniu ojców poprzez telepatyczną wiadomość – stwierdziła z namysłem. – Ale znam pewną osobę, która ma od groma wiedzy i jeszcze więcej kontaktów z przeróżnymi ludźmi. Może on miałby jakiś pomysł, co zrobić z tym pierdolnikiem? Sama wiele mu zawdzięczam. Swego czasu wyciągnął mnie z bardzo głębokiej dupy – urwała, uważnie przyglądając się dziewczynie. – Nie wiem, jak ci pomóc, ale on na pewno znajdzie jakiś sposób – ciągnęła, gdy nie doczekała się reakcji. – Mogę cię do niego zabrać, jeśli chcesz.

Rachel skubała skórę przy paznokciach, rozważając propozycję. Jinx była z nią do tej pory szczera i sprawiała wrażenie, jakby naprawdę chciała pomóc. Ale kim była ta osoba, o której mówiła? I co takiego niby mogła dla niej zrobić? Nawet Omen z nadludzkimi umiejętnościami nie dała rady. Jeśli był zwykłym człowiekiem, jak miałby pomóc w znalezieniu ojca, który przemawiał do niej w omamach? Miała wrażenie, że wszelkie istniejące środki pomocy zostały w jej przypadku wyczerpane. Ale jeśli wykorzystała już wszystkie dostępne sposoby, to co miała do stracenia? W najgorszym przypadku po prostu nic się nie zmieni.

– Ale jak miałybyśmy wyjść z ośrodka? – spytała sceptycznie.

Jinx potarła podbródek i mruknęła w zamyśleniu.

– Jakby skołować ci trefną przepustkę…? Kurde, niee, w ogóle główne do dupy – mamrotała pod nosem. – Chociaż… Będzie bal… No… Będą mieli w nas wyjebane, więc nie powinno być problemu, żeby wymknąć się tyłem… Genialne! – oświadczyła z tryumfem.

Rachel uniosła brwi w konsternacji.

Koleżanka spojrzała na nią i uśmiechnęła się przebiegle.

– Nie słuchaj, tak sobie pierniczę do siebie. – Machnęła ręką. – Zastanów się na spokojnie i daj mi znać, gdy zdecydujesz. – Na korytarzu rozległy się głosy nastolatków zmierzających na śniadanie. – Resztę zostaw mnie.

***

– To jak, gotowa na idiotyczny bal? – rzuciła Jinx z głupim uśmiechem.

Rachel skrzywiła się. Choć jej grobowy nastrój idealnie pasował do okazji, przebieranie się w tandetne halloweenowe stroje było ostatnim, na co miała ochotę. W ogóle nie lubiła tego święta. Dzień robienia się na wiedźmy, potwory i demony. Ona miała swojego, wcale nie z własnej woli. W zupełności wystarczył jego widok w odbiciu. Jednak zawsze w Halloween szczególnie dawał o sobie znać. Rok w rok. Nie wierzyła w bujdy o granicy między światami i tym, że akurat tego dnia była ona cieńsza, ale i tak było to lepsze niż myśl, że nadaktywność zwidów miała cokolwiek wspólnego z jej urodzinami. A co jeśli… Co jeśli wiadomość miała związek z Halloween?

– Nawet upolowałam nam adekwatnie idiotyczne stroje. – Jinx sięgnęła do wypchanego plecaka i wyjęła dwa foliowe worki. – Łap. – Rzuciła jeden ku Rachel.

Wyrwana z zamyślenia, ledwo złapała śmiercionośny pocisk. Posłała koleżance mordercze spojrzenie.

– No otwieraj – usłyszała w odpowiedzi.

Rachel popatrzyła sceptycznie na czarny, złożony w kostkę materiał.

– Skąd je wzięłaś? – spytała, rozrywając ostrożnie folię.

– Ukradłam. – Twarz Jinx zastygła w absolutnej powadze.

Rachel zatkało. Zmarszczyła brwi, kalkulując, czy koleżanka żartowała, czy mówiła na serio.

– Nie no, jaja sobie robię, kupiłam. Wiesz, ile w przeciągu ostatniego miesiąca pojawiło się w okolicy sklepów z tym tandetnym szmelcem? – zlitowała się, widząc dezorientację na twarzy współlokatorki.

Rachel parsknęła. Sama nie wiedziała, czy z własnej naiwności, czy z postrzelonego poczucia humoru dziewczyny. Pokręciła głową z niedowierzaniem i bez słowa wyciągnęła strój. Wstała, by zobaczyć go w całej okazałości.

Czarna, niezwykle przyjemna w dotyku peleryna opadała aż do podłogi.

– E… No… Wygląda spoko – wydukała z uniesioną brwią.

– Wiedziałam, że się posikasz z zachwytu i nawet nie chcę wiedzieć, jak zareagujesz na drugą część kostiumu – odparła Jinx, zdejmując bluzkę.

Rachel gwałtownie się obróciła, dodatkowo zamykając oczy.

– Błagam, Rae Rae, nie robię ci tu striptizu, możesz się patrzeć. – Koleżanka roześmiała się.

Rachel nieśmiało się odwróciła. Czuła, jak paliły ją policzki. Do tego stopnia skupiła się na omijaniu wzrokiem przebierającej się koleżanki, że nawet zignorowała użyte przez nią zdrobnienie. Jednak co chwilę łapała się na wgapianiu w ciało dziewczyny. Blada skóra opinająca wystające żebra nosiła ślady starszych i nowszych ran.

Jinx uśmiechnęła się zadziornie. Ich spojrzenia spotkały się na moment. Rachel opuściła głowę i pospiesznie sięgnęła do worka. Koleżanka zachichotała złośliwie.

– Chyba upadłaś na głowę – wydusiła, patrząc na długą, czarną suknię.

– Teraz się zorientowałaś? – odparła. – Ty masz przynajmniej coś poważnego, ciesz się, że nie wzięłam ci stroju wróżki.

– Wtedy nic nie powstrzymałoby mnie przed zabi…

Rachel urwała, spojrzawszy na dziewczynę. Nie zdołała powstrzymać parsknięcia na widok jej przebrania.

– Albo czarownicy – dodała Jinx, naciągając szpiczasty kapelusz. – Ani słowa – pogroziła palcem.

Wyglądała komicznie w czarno-fioletowej sukience z falbankami.

– Nie no, skarpetki masz pierwsza klasa – pochwaliła Rachel, powstrzymując śmiech.

Wcale nie skłamała. Podkolanówki w czarno-fioletowe paski wraz z niskimi martensami dopełniały obrazu wyrwanej z krainy absurdu czarownicy.

– Ty się tak nie mądrz, tylko wskakuj w swoją kieckę. – Jinx wystawiła język.

– Nawet nie powiedziałam, że zgadzam się iść. – Mimo protestu rozsunęła zamek błyskawiczny sukienki.

– Bo doskonale wiesz, że nie masz wyboru. – Wzruszyła ramionami. – Mam wyjść? – Teatralnie zasłoniła oczy dłońmi, zostawiając szparę między palcami.

Tym razem to Rachel pokazała język koleżance.

– Najlepiej oknem – odparła zgryźliwie.

– To daj mi moment, skoczę tylko po miotłę.

– Zgarnij też jakiegoś czarnego kota po drodze.

Obie wybuchły śmiechem. Rachel aż musiała otrzeć napływające łzy, próbując się nie udusić.

***

Obudziło go stuknięcie w czoło. Przez chwilę leżał bez ruchu, zastanawiając się, gdzie jest i dlaczego boli go całe ciało. Dopiero po chwili dotarło do niego, że musiał zasnąć na kanapie. Leniwie otworzył oczy. Wzdrygnął się.

– No dzień dobry, śpiąca królewno. – Donna podniosła się z klęczek. – To ja nawet oka nie zmrużyłam, żeby ci jak najszybciej zrobić tłumaczenie, a ty śpisz? Już chyba z dziesięć razy do ciebie dzwoniłam. Zaczynałam się bać, że cię porwali. – W trakcie wywodu kobieta przeszła do aneksu kuchennego i przyniosła dwa parujące kubki. Jeden z nich podała Dickowi. – Wstawaj, mamy bardzo dużo rzeczy do omówienia.

– Dzięki – mruknął niewyraźnie, chwytając podaną kawę. – Jak właściwie tutaj wlazłaś?

– Dałeś mi klucze, nie pamiętasz?

– Nie. – Pociągnął łyk kawy. Dobra, mocna, nie przypominała w smaku tej, którą zazwyczaj pijał. Może Donna przywiozła ze sobą jakąś magiczną odmianę prosto z wyspy Amazonek? – Pamiętam za to, jak sprawnie idzie ci posługiwanie się wytrychami.

– Jak zwał tak zwał. – Wzruszyła ramionami i usiadła na drugim końcu kanapy. – A teraz bierzmy się do roboty. Sytuacja jest poważna.

Dick podniósł się do pozycji siedzącej. Coś strzeliło mu w plecach. Przeczesał palcami rozczochrane włosy, dokończył wielkimi haustami kawę i w końcu spojrzał na przyjaciółkę.

– Wal.

Zauważył, że pod jego nieobecność trochę ogarnęła otoczenie. Dotychczas zawalony zdjęciami stolik zajmowały przeróżne księgi, zwoje i notesy. Donna najwyraźniej przyniosła ze sobą nawet karteczki samoprzylepne.

– Masz wydrukowane odbitki tej księgi z zakonu? – spytała, sięgając po pękający w szwach zeszyt.

Dick tylko skinął głową i rozejrzał się dookoła. Po dłuższej chwili poszukiwań wyciągnął odpowiednie zdjęcia spod stolika do kawy.

– Mogę? – Wskazała palcem na tablicę korkową, która dumnie zajmowała niegdysiejsze miejsce, zepsutego już, telewizora.

– Częstuj się.

– Zacznijmy od podstaw. – Wstała i przypięła zdjęcia w odpowiedniej kolejności. – Księga to ogółem jedna wielka przepowiednia, która została napisana w bardzo mało znanym narzeczu sumeryjskim. Jestem ciekawa, skąd oni ją w ogóle wytrzasnęli. Pytanie, kto im to tłumaczył i jak bardzo spartolił robotę, bo pomyłki przy takich regionalnych naleciałościach są nieuniknione. Podejrzewam, że nasz kochany Kościół może sam nie do końca wiedzieć, w co tak naprawdę wierzy.

– Z tego co rozmawiałem z Bloodem – wciął się Dick, ziewając. – To oni wierzą, że przyjdzie Skat, utopi wszystko w ogniu, a po tym pożarze jego wierni słudzy wybudują nowy wspaniały świat. – Zerknął na dno pustego kubka. – Dobre to, masz więcej?

– Weź sobie moją. – Donna wpatrywała się w tablicę ze zmarszczonymi brwiami. – Słudzy, powiadasz… – mruknęła w przestrzeń. W końcu stuknęła palcem w odbitkę numer trzy. – Dobra, to już chyba rozumiem. Widzisz to słówko?

Kiwnął głową i poczęstował się nienapoczętą kawą przyjaciółki. Brzuch mu pewnie potem podziękuje za picie smoły na pusty żołądek.

– W dosłownym tłumaczeniu oznacza ono „osobę wykonującą polecenie lub rozkaz”. W takim najbardziej ustandaryzowanym sumeryjskim, który się zachował do naszych czasów i jaki pewnie znają w Kościele, można to jak najbardziej przetłumaczyć na sługę lub najemnika, ale… – Odwróciła się w stronę Dicka – w tym konkretnym narzeczu było ono używane do określenia niewolnika.

Zmarszczył brwi. Czuł, jak podwójna dawka kofeiny pobudza jego mózg do działania.

– To nie słudzy będą budować nowy świat, tylko niewolnicy. – Podrapał się po jednodniowym zaroście. – A masz tam coś o krukach, albo tatuażach?

– O krukach jest tyle, że są posłańcami. I to bardziej w znaczeniu „idźcie i ostrzeżcie wszystkich przed zbliżającym się niebezpieczeństwem” niż „nieście wesołą nowinę w świat”. – Palec wycelował w kartkę numer dwa. – Nic więcej ci nie mogę powiedzieć na ten moment, bo tu się fragment urywa. Może gdybym miała dostęp do całej księgi…

– Niestety musimy działać na tym, co mamy. – Oparł łokcie na kolanach. – Powiedz mi, proszę, że wiemy chociaż, dlaczego tym ludziom tak bardzo zależy na Rachel.

– Wiedzieć nie wiemy, ale mamy na tyle materiału, żeby się domyślić. – Rozsunęła książki leżące na stoliku i wyciągnęła spomiędzy sterty kartek Demonografię. – Chodzi o Skata. Według tego tekstu, który mamy, zsyła on w wybrane miejsca Klejnoty, dzięki którym może pokonać barierę między wymiarami i zrobić apokalipsę. – Stanęła znów przy tablicy i przesunęła palcem po ogromnej ozdobnej literze S, widocznej na jednej z odbitek. – Bardzo długo nie mogłam o nim znaleźć żadnej informacji, ale te teksty o paleniu wszystkiego żywcem, wiecznej ciemności i tak dalej kazały mi sądzić, że możemy mieć do czynienia z demonem. Demonografia nic o żadnym Skacie nie wiedziała, ale za to znalazłam jeden jedyny wpis, który pokrywa się z podróżującym między wymiarami uberdemonem, którego celem jest niszczenie wszystkiego, co zastanie na swej drodze. – Przekartkowała księgę. W końcu znalazła interesującą ją stronę. Podała otwartą książkę detektywowi. – Jeśli moje podejrzenia są słuszne, to mamy koncertowo przesrane.

Dick spojrzał na podany mu tekst. Na górze strony widniał duży napis, wyliczający wszystkie znane przydomki demona, a pod spodem umieszczono krótką informację. Przeleciał wzrokiem po tekście. O demonie wiadomo było niewiele ze względu na fakt, że spotkania z nim nie przeżył jeszcze nikt. Demon karmił się energią istot żywych, ich cierpieniem i strachem. Niepowstrzymana siła, która mogła pochłaniać całe wszechświaty i wymiary. W rubryce zatytułowanej „słabe punkty” widniały tylko trzy pytajniki.

Dick spojrzał jeszcze raz na ozdobne litery na górze strony.

Trygon Bezlitosny, Pożeracz Światów.

– Podsumujmy. – Odłożył otwartą księgę na stół. – Ziemi zagraża straszliwy demon, który jak tylko dostanie Klejnot, to nadejdzie apokalipsa.

Donna kiwnęła głową.

– A Kościół prawdopodobnie posiada złe tłumaczenie własnego świętego tekstu i zamiast ostrzegać przed przybyciem zła wcielonego, aktywnie dąży do sprowadzenia go na Ziemię?

Znów kiwnęła głową.

– A gdzie w tym wszystkim jest Rachel?

– Podejrzewam, że Kościół uważa ją za Klejnot. – Przesunęła palcem po zdaniu widocznym na odbitce. – „Klejnot ze Skata i tubylczej dziewicy zostanie zrodzony i w ofierze Panu złożony, by u jego boku panować i zło czynić niezmierne. Krew z krwi i ciało z ciała, potęga dziedzica równa ojcu, a i zamiary równie nikczemne” – przeczytała powoli. – Mówiłeś, że nie znamy ojca Rachel.

– A jej biologiczna matka była przez kogoś ścigana i została zakatowana. – Zmarszczył brwi. Podszedł do tablicy i wbił wzrok w odbitki. – Demoniczne pochodzenie tłumaczyłoby to, co stało się z Omen, i z facetem, który zabił Mary.

Donna wskazała mu kolejne zdjęcie.

– Tutaj masz kawałek opisu tego, jak będzie wyglądało przyzywanie Trygona. Z Klejnotu zostanie upuszczona krew wśród rytualnych inkantacji, a sam Klejnot przemieni się w portal, przez który Trygon przyjdzie na Ziemię. Najważniejsze, by rytuał przeprowadzić w dniu urodzin, kiedy więź między potomkiem a rodzicem jest najsilniejsza.

Dick opadł na kanapę. Przed oczami stanął mu obraz złotej misy i rytualnego sztyletu, ciężkie haki zawieszone pod sufitem kaplicy. Wodził wzrokiem od tablicy do zaniepokojonej Donny i z powrotem, próbując przetrawić zgromadzone informacje. Z natłoku myśli jedna wybijała się uparcie na pierwszy plan.

– Dzisiaj Halloween. Urodziny Rachel. Jeśli rzeczywiście jest Klejnotem, to znaczy, że jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie – wymamrotał. Zerwał się na równe nogi. – Muszę do niej jechać.

– I co zamierzasz zrobić? – Donna chwyciła go za nadgarstek, gdy sięgał po kurtkę. – Chcę pomóc.

Spojrzał jej prosto w oczy, zastanawiając się przez chwilę. W końcu kiwnął głową.

– Sprowadzę ją tutaj – obwieścił z mocą. Zarzucił kurtkę na ramiona i sięgnął po klucze od służbowego samochodu. – Zadzwonię do Quinzel, żeby do czasu mojego przybycia pilnowała młodej. Ty bądź pod telefonem. Jeśli jakimś cudem Kościół dotrze do niej pierwszy, dam ci znać. Klucze do porsche leżą w kuchni w misce, stroje od ciebie są w walizce na tylnym siedzeniu. Spotkamy się pod zakonem i złożymy im taką wizytę, że popamiętają nas do końca świata.

– Zgoda. Dick? – rzuciła jeszcze, gdy miał już nacisnąć klamkę drzwi wejściowych.

Odwrócił się w jej stronę.

– Uważaj na siebie. I powodzenia.

Kiwnął głową i zatrzasnął za sobą drzwi.

11. Wiadomość

Od wczoraj odtwarzała jak zacięta płyta rozmowę z panią Quinzel. Na raz uderzała ją to gorąca fala wstydu, to zaś ciepłe objęcia ulgi po wyrzuceniu wszystkiego… prawie wszystkiego z siebie. W głowie zrodziła się nieśmiała myśl, że może był to jej początek powrotu do zdrowia. Iskierka nadziei, że zła passa się wreszcie skończyła. Nie chciała jednak jej rozdmuchiwać. Nauczyła się, że brak oczekiwań to brak rozczarowań.

– Język ci wczoraj ucięli?

Rachel uniosła wzrok na stojącą przed nią Jinx. Zbierała myśli, by cokolwiek odpowiedzieć, jednak została uprzedzona.

– Masz na mnie focha? Zrobiłam coś nie tak? Weź cokolwiek odpowiedz, bo coraz bardziej się martwię – wyrzuciła załamanym tonem.

– Nie – wydusiła Rachel.

Jinx zamarła w połowie gestykulacji.

– Co nie?

– Nie mam focha – odparła słabo.

– To o co chodzi? Widzę, że coś jest mocno nie tak, ale zupełnie się nie odzywasz i mnie omijasz, przez co nie wiem, czy mam próbować do ciebie dotrzeć, czy spadać na drzewo – wyznała Jinx.

– Po prostu nie mam ochoty na żadne interakcje społeczne – odparła Rachel, wzruszając rękami.

– Kumam, chociaż przyznam, że miałam w planach cię spytać, czy wybierasz się na bal halloweenowy, ale raczej mogę się domyślić odpowiedzi – stwierdziła dziewczyna z nutą zawodu w głosie.

– Bal? – Rachel uniosła brew.

– No bal z okazji halloween, jutro wieczorem. Co roku taki organizują, nie widziałaś tych wszystkich plakatów? – Zdziwiła się Jinx. – Serio jesteś ostatnio mocno odklejona – stwierdziła, widząc kompletny brak zrozumienia na twarzy koleżanki. – Dobra, nieważne, idę upolować cokolwiek sensownego z tej okazji, także będziesz miała spokój do wieczora.

Rachel kiwnęła tylko głową. Błagała w myślach, by dziewczyna już poszła. Nie miała siły na rozmowy.

Jinx chwyciła plecak i złapała za klamkę, jednak jej nie nacisnęła. Obróciła się przez ramię.

– Ale wiesz, że jakby co, to możesz do mnie walić śmiało ze wszystkim? – spytała z cieniem smutku w głosie.

– Wiem i naprawdę dziękuję, po prostu potrzebuję czasu dla siebie – odparła z wysiłkiem.

Jinx kiwnęła nieznacznie głową i wyszła bez oglądania się.

Rachel westchnęła głośno. Chciała się odizolować, by nie krzywdzić innych, tymczasem wyglądało na to, że osiągnęła przeciwny efekt. Dopiero gdy zobaczyła, że Jinx zrobiło się przykro, dotarło do niej, że koleżanka mogła faktycznie się przejmować. Milczenie oznaczało odrzucenie. Co więc miała ze sobą zrobić? Zarówno bycie pośród ludzi jak i chęć izolacji kończyły się identycznie.

Złapała się za głowę i pokręciła nią. Za dużo myśli, za dużo problemów, a zero rozwiązań.

Zerknęła na wystający spod poduszki list. Sama nie wiedziała, ile razy już go czytała. Ledwie kilka linijek tekstu, który znała już na pamięć, a jednak za każdym razem wywoływał równie silne emocje, jak za pierwszym razem.

Sięgnęła po złożoną kartkę i nim w ogóle ją otwarła, poczuła dreszcz biegnący po plecach. Do tej pory nie mogła zrozumieć, skąd brał się strach i ten przemożny smutek po stracie kogoś, kogo nigdy nie znała.

Przesunęła wzrokiem po prostym, niechlujnym piśmie. Odczytywała list w myślach, lecz nie mogła oprzeć się wrażeniu, że słowa szeptane były wprost do jej ucha.

Za każdym razem próbowała wyobrazić sobie matkę pochyloną nad kartką. Umysł uporczywie przedstawiał jej zamglony obraz z perspektywy osoby piszącej list. Rozedrgane dłonie kreślące litery w pośpiechu.

Znowu odpłynęła. Od zawsze tak miała, jednak ostatnio uczucie oderwania od rzeczywistości pojawiało się coraz częściej. Może Jinx miała rację z tym odklejeniem?

Sapnęła ze zmęczeniem. Od rana zbierała się, by spróbować medytacji. Chyba nie było lepszego momentu.

Zebrała włosy do tyłu, podwinęła rękawy rozciągniętej bluzy i poprawiła przekręcone skarpetki. Usiadła wygodniej. Spróbowała przyjąć pozycję kwiatu lotosu, jednak z jękiem musiała przyznać, że mogła bardziej przykładać się do rozciągania na lekcjach WF-u. Pozostała więc przy luźno skrzyżowanych nogach i wyprostowała plecy. Usłyszała ciche chrupnięcie, gdy nabrała bardzo głęboki wdech.

– Mentalnie dziecko, fizycznie spróchniała baba. – Pokręciła głową z politowaniem. – Weź się skup.

Zamknęła oczy i położyła dłonie na udach. Wzięła powolny wdech. Próbowała skoncentrować się na uczuciu przepływającego powietrza. Klatka piersiowa rozszerzała się… Kosmyk włosów opadł jej na policzek.

Zacisnęła zęby. Odrzuciła intruza do tyłu i powróciła do pilnowania oddechu.

Jeden…

Drugi…

Trzeci…

Ktoś trzasnął drzwiami na korytarzu. Wzdrygnęła się. Popatrzyła morderczym wzrokiem w kierunku dźwięku. Sapnęła z irytacją.

– W takich warunkach nie da się medytować.

Ponownie zamknęła oczy.

Wdech. Pauza. Wydech. Ciepłe i nieco suche powietrze przepływało przez ciało, które stało się lekkie. Nie czuła ułożenia rąk ani nóg. Podążała tylko za falującym brzuchem i pracującymi żebrami.

Pomyślała o rozpraszających bodźcach. Zmarszczyła brwi. Nie chciała wychodzić z tego stanu. Było jej wręcz błogo. Wyobraziła sobie wdychane przez nią powietrze. Myśl jeszcze chwilę znajdowała się w zasięgu świadomości, aż ostatecznie rozpłynęła się w ciemności.

– Przyjemnie, nieprawdaż?

Wzięła gwałtowny wdech. Rozwarła oczy w przerażeniu. Zobaczyła swoją demoniczną wersję pośród mroku. Zniknął pokój. Zniknęło ciepłe powietrze i lekkość. Objął ją dojmujący chłód. Nie mogła oderwać wzroku od rubinowych oczu.

– Czego się tak boisz, dziecko? – Podszyty kpiną szept rozległ się tuż przy jej uchu.

Cofnęła się. Potknęła się i poleciała do tyłu bez krzyku. Próbowała odepchnąć się z dala od imaginacji. Uderzyła plecami w niewidzialną ścianę. Mięśnie spięły się boleśnie. Spazmatycznie nabierała powietrza. Panika miażdżyła jej klatkę piersiową. Rubinowa poświata rozmyła się w łzach, które napłynęły do oczu.

– Nie skrzywdzę cię, nie taka jest wola twojego ojca. – Stwór podszedł o krok bliżej.

Nie zrozumiała sensu wypowiedzianych słów. Walczyła o oddech. Mignęły jej obrazy duszącej się Omen.

Światło gasnące w jej oczach.

– Broniłam cię przed nią – oznajmiła, jakby siedziała jej w głowie. – Broniłam cię przed każdym zagrożeniem, choć miałam ograniczone możliwości. Tak samo, jak ograniczone możliwości kontaktu ma twój ojciec. Jestem łącznikiem między nim a tobą, wspólną cząstką was obojga. Dzisiaj przyszłam przekazać ci, że już niedługo twoje życie się zmieni. – Podeszła bliżej.

Rachel wtuliła się w kąt. Nie chciała patrzeć na zjawę. Nie była prawdziwa. Nie mogła być. To wszystko halucynacje szalonego umysłu. Tak, to na pewno to.

– To wszystko jest prawdziwe, Raven – odparła na jej myśli. – Niedługo się o tym przekonasz. Po tylu latach poszukiwań wreszcie poznasz swojego ojca.

Nie rozumiała. Chciała zapytać. Krzyknąć, by jej wytłumaczyła, co to wszystko miało znaczyć. Ciało odmawiało jednak posłuszeństwa. Słowa odbijały się echem w jej głowie, ale nie umiała pojąć ich znaczenia.

– Wkrótce zrozumiesz, nie martw się. – Stwór uśmiechnął się pobłażliwie. – Ojciec nie może się doczekać, by cię w końcu poznać.

***


Zacinający deszcz uderzał w brudną szybę, kiedy Dick usiadł na kanapie z plikiem wywołanych zdjęć. Zrzucił stos pierdół ze stolika do kawy, a na ich miejscu rozłożył powiększone odbitki fotografii, które Donna wykonała w zakonie. Ułożył je równo, usiadł po turecku i sięgnął po przygotowaną wcześniej kawę. W końcu czekało go sporo pracy.

Oboje zdecydowali, że najlepszym rozwiązaniem jest podział obowiązków. Donna zaszyła się z kilkoma bardzo cennymi książkami pożyczonymi od Zatanny w swoim pokoju hotelowym, gdzie miała zająć się tłumaczeniem fragmentów księgi. Grayson w tym czasie zabunkrował się w mieszkaniu. Chciał przejrzeć zebrane zdjęcia i ustalić, co do diabła wyprawiało się pod deskami zakonnej celi.

Pochylił się nad trzema pierwszymi fotografiami, przedstawiającymi wejście do ukrytego pomieszczenia, wnętrze kaplicy oraz zamek otwierający właz. Nie miał wątpliwości, że tajemniczy pokój służył do religijnych obrzędów – wystarczającym dowodem była księga zawierająca ten sam symbol, który Blood nosił na swoich obrzędowych szatach. Bardziej zastanawiał go fakt, że jako kodu użyto daty urodzenia Rachel. Jeśli cała ta sprawa miała podłoże wyznaniowe, klucz do zrozumienia motywów mordercy Mary leżał w księdze. Bez tłumaczenia Dick nie był w stanie w pełni pojąć, po co wytatuowanym ludziom potrzebna była dziewczyna.

Przeniósł wzrok na zdjęcie jednego z gobelinów. Dwa kruki wyłaniające się z płomieni można było interpretować na różne sposoby. Blood wspomniał podczas ich krótkiej rozmowy, że święty ogień oczyści ziemię z plugastwa. Czy w takim razie naznaczeni tatuażami mieli być tymi, którzy przeżyją dzień sądu, czy raczej tymi, którzy jako pierwsi spłoną? Blood mówił też coś o wyłanianiu się nowego świata ze zgliszczy starego. W takim wypadku gobelin mógł przedstawiać odrodzenie.

Pociągnął łyk kawy i skrzywił się, kiedy okazała się zimniejsza, niż zakładał. Sięgnął po zdjęcie relikwiarza. Jego centrum stanowił rubin wielkości piłki tenisowej. Stojące wokół świece sprawiały, że kamień rzucał na ściany czerwony poblask, do złudzenia przypominający ogień. Ważniejsze od klejnotu były walczące o niego kruki – dowód na powiązanie wytatuowanych z Kościołem Krwi. Szanse na to, że ten sam wzór pojawił się w dwóch zupełnie różnych miejscach przez przypadek, były znikome.

Dick z zamyśleniem potarł podbródek i porównał zdjęcie relikwiarza z gobelinami. Najwyraźniej w Kościele czarne ptaki stanowiły bardzo ważny element wyznania. Skoro wytatuowani powiązani byli z Bloodem, należało zakładać, że działali według jego rozkazów. A to by oznaczało, że Blood wydał polecenie napadu na Mary i Rachel. Tylko co chcieli osiągnąć? Gdyby chodziło o sam mord, próba zabójstwa powtórzyłaby się. Tymczasem od chwili, gdy przegonił podejrzanego prawnika i tę babkę ze szpitala, próby dostania się do Rachel ustały. Czy w takim wypadku mogło chodzić o porwanie? Czy może z jakiegoś powodu próbowali je zastraszyć, i sprawa wymknęła się spod kontroli? Z dowodów, które zebrał, nie wynikało, by Mary i jej córka posiadały jakiekolwiek powiązania z samym Kościołem, dlatego szantaż czy straszenie nie wydawały się przez to prawdopodobne. No tylko po co tym pomyleńcom Rachel?

Westchnął, przeciągnął się i wstał. Zrobił dwie rundki wokół kanapy dla rozprostowania pleców. W końcu sięgnął po kubek, wylał wystygłą kawę do zlewu i nastawił nową. Czekając, aż ekspres zapewni mu świeżą dostawę kofeiny, sięgnął po kolejne zdjęcie.

Misternie zdobiona złota misa. Była na tyle masywna, że jeden człowiek nie byłby w stanie jej przesunąć. Dick skrzywił się. Że też do cholery nie pomyślał o tym, by na włamanie zabrać ze sobą luminol. Tak to przynajmniej wiedziałby, czy plamka krwi, którą znalazł, była jedyną w pomieszczeniu. Chociaż z drugiej strony, im mniej zostawili śladów po swojej nocnej wizycie, tym lepiej.

Detektyw nalał sobie kawy i usiadł po turecku na kanapie. Przysunął bliżej zdjęcie sztyletu. Wypolerowane proste ostrze błyszczało w świetle świec. Wykonany z kości słoniowej jelec owinięto rzemieniem, na który nawleczone zostały kamienie szlachetne. Czy mógł być wykorzystywany do rytualnego upuszczania krwi, czy może ktoś zaciął się nim przez przypadek? Raczej nikt nie używał tego ostrza do otwierania listów. W połączeniu z resztą rytualnych bibelotów sztylet malował w głowie Dicka dość nieprzyjemny obraz. Jeśli jeszcze dodać do tego wiszące pod sufitem haki, które spokojnie wytrzymałyby ciężar grubych łańcuchów, a może i całego ciała…

Dick wzdrygnął się i odłożył odbitkę na bok. Musiał kierować się faktami. Na domysły pozwoli sobie, kiedy Donna dostarczy mu więcej informacji. Podskórnie czuł, że obite w ciemną skórę dzieło skrywało odpowiedzi na wiele pytań.

***


Bennett do biura szła jak na skazanie. Przygotowania do Dnia Sądu pochłaniały całą uwagę i denerwowało ją, gdy ktoś zaprzątał jej głowę głupotami. Niestety, telefon od brata Sebastiana brzmiał na tyle poważnie, że nie mogła odmówić.

– Wzywałeś? – Wsunęła głowę do pokoju.

Blood był sam. Siedział za biurkiem w tym samym miejscu, które kilka godzin wcześniej zajmowała Jinx. Wgapiony w ekran komputera, machnął na nią ręką.

Weszła do środka.

– O której odprawiałaś wczoraj mszę? – zapytał bez ogródek, gdy tylko zamknęły się za nią drzwi.

– Jeśli pamięć mnie nie myli, zaczęliśmy na kilka minut przed pierwszą. – Starała się zachować pokerową twarz, choć w środku była kompletnie skołowana. Dlaczego nagle pytał ją o mszę? Przecież dostała od niego wyraźne pozwolenie. – Dlaczego pytasz?

Utkwił w niej spojrzenie nieprzeniknionych oczu. Czuła, jakby wypalał w niej dziurę. Mimowolnie zacisnęła pięści. O co mu chodziło.

– Chodź tutaj i patrz – rzucił w końcu i odsunął się od komputera. Był zły. Wyczuwała to na odległość.

Niepewnie podeszła do biurka i stanęła obok oparcia fotela. Na ekranie wyświetlał się zapis kamer z poprzedniej nocy, a konkretnie trasę prowadzącą z kościoła do budynku mieszkalnego. Zegar wskazywał kwadrans przed pierwszą.

Wskazał palcem kamerę numer osiem, która zarejestrowała grupę Kruków, stłoczoną pod drewnianymi drzwiami kaplicy.

– Obserwuj uważnie. – Wcisnął spację. Nagranie ruszyło.

Do zebranych dołączyła kolejna postać. Przez krótką chwilę rozmawiała ze zgromadzonymi, po czym razem zniknęli z pola widzenia. Blood przesunął palec na kolejny obraz – kamera obserwowała korytarz prowadzący z kaplicy do drzwi wychodzących na ogród. Zakapturzone postaci opuściły budynek.

Blood śledził palcem ten wesoły pochód Kruków. Bennett tymczasem coraz bardziej marszczyła brwi. Po co pokazywał jej coś, w czym brała udział? W pewnym momencie zamarła. Czyżby się domyślił, po co tak naprawdę zwołała zebranie? Czyżby wiedział, że msza była tylko przykrywką?

Wzięła głęboki oddech. Nie, to niemożliwe. Nie mógł wiedzieć. Nie miał możliwości podejrzeć, co działo się w krypcie. A Kruki, które straciły w niego wiarę, na pewno jej nie zdradziły. Nie było takiej opcji.

– Skup się – mruknął gardłowo.

Oderwana od panicznych rozmyślań Bennett spojrzała we wskazane jej miejsce. Zapis pokazywał, jak grupka przemierzyła gęsiego żwirową ścieżkę, prowadzącą do budynku mieszkalnego.

Sebastian przesunął palec na kamerę, która nagrywała drzwi wejściowe.

Na obrazie nic się nie zmieniło. Nocny ogród był pusty.

– Wiesz coś o tym? – zapytał chłodno Blood. – Bo o ile nie nauczyliście się nagle wszyscy teleportować, to jedyną logiczną konkluzją jest to, że ktoś zapętlił nagranie.

– J-jak? – wydukała zdziwiona, wręcz wsadzając nos w ekran. Przecież całą grupą weszli do środka, do celi, a potem do kaplicy. – Jak to możliwe?

– Liczyłem, że ty mi to wyjaśnisz. – Zabrał palec i splótł ręce na piersi. – Każda kolejna kamera, włącznie z tą w celi was nie zarejestrowała. Masz na to jakieś dobre wytłumaczenie?

Bennett odsunęła się od wyświetlacza. Otworzyła usta, ale po chwili je zamknęła. Przecież to nie miało najmniejszego sensu. Nie zleciła nikomu zepsucia nagrań, sama też nie potrafiłaby tego zrobić. Zresztą, wtedy nie dzwoniłaby prosić o pozwolenie na mszę, i zniszczyłaby cały monitoring, tak żeby Blood nie miał pojęcia o nocnej wycieczce do kaplicy. Jedyne, na czym jej wtedy zależało, to by dostać się do jedynego miejsca w zakonie, w którym oprócz światła nie zamontowano żadnej elektroniki.

– Ja… nie mam pojęcia, jak to się stało. – Zmarszczyła brwi. – A czy na kamerach widać, jak wychodzimy po mszy?

– Sprawdźmy. – Kilka kliknięć później nagranie ukazało grupę osób opuszczających celę Angeli o godzinie drugiej w nocy.

Bennett bezrozumnie przyglądała się poruszającym się na ekranie postaciom. Co tu się wydarzyło? Nagle poczuła nieprzyjemny dreszcz na plecach.

– Pokaż mi ten moment, jak idziemy do celi – poprosiła cicho.

Blood przewinął nagranie.

– Zatrzymaj. O tutaj. – Wskazała palcem obraz. Kruki zatrzymały się w środku pochodu. Prowadząca grupę widocznie wpatrywała się w coś poza polem widzenia sprzętu. – Wydawało mi się wtedy, że coś widziałam, jakiś ruch w sosnach przy budynku. Myślałam, że mi się tylko przywidziało, albo że to jakiś ptak.

Blood zmarszczył brwi.

Spojrzała mu prosto w oczy. Nie ukrywała rosnącej paniki.

– Ktoś celowo zapętlił nagranie z kilku bardzo konkretnych kamer. – Przełknęła głośno ślinę. Jej głos się załamał. – Ktoś wie o krypcie. I chyba postanowił ją zwiedzić.

^