7. Wzór do naśladowania

Prowadząca ogłosiła koniec zajęć nieco zachrypniętym już głosem. Odsunięte w jednym momencie krzesła zapiszczały o stare panele, wywołując kłujący ból w skroniach Rachel.

Skrzywiła się i wstała powoli. Poczekała na uboczu, aż ludzie wylali się na korytarz. Czuła przy tym zaciekawione spojrzenie młodej nauczycielki, która z anielską cierpliwością odpowiadała na wszelkie, zarówno te dociekliwe, jak i te zwyczajnie głupie pytania na temat wojny secesyjnej.

Rachel była żywo zainteresowana historią, jednak grupa kilku chłopaków, na oko blisko osiemnastki, skutecznie uniemożliwiała pani Brown prowadzenie zajęć. Przywoływało to niemiłe wspomnienia ze szkoły, dotyczące klasowego kółka wzajemnej adoracji złożonego z popularnych dzieciaków. Zadufanych i znęcających się nad innymi, próbując podbudować własne ego.

Dlaczego łudziła się, że tutaj takich nie spotka? Jinx ostrzegała ją zwłaszcza przed jednym z przedstawicieli tego gatunku – Danielem Wilsonem. Podobno nawet pracownicy uginali się, byleby nie wejść mu w drogę. Oficjalnie nie zrobił nic, by trafić do więzienia, jednak krążyło o nim mnóstwo historii.

Rachel skończyła ostatnie zajęcia w bloku popołudniowym. Umówiła się z Jinx na spotkanie, by razem zwiedzić budynek. Musiała tylko przemknąć korytarzem do schodów, a stamtąd na czwarte piętro. Najlepiej tak, by przy okazji nikomu nie wejść w drogę.

Zauważyła, że na klatce schodowej w każdym oknie wstawione były solidne kraty. Dlaczego tylko tu, a w pokojach nie? Jeśli chcieli tym ocieplić wizerunek ośrodka, to kiepsko im szło.

Rachel z ulgą stwierdziła, że ostatnie piętro było zdecydowanie najcichsze ze wszystkich. Może dlatego, że osoby z obniżonym sprawowaniem nie miały tu wstępu?

Przystanęła, próbując sobie przypomnieć, o którym pomieszczeniu mówiła Jinx. Na lewo, czy na prawo? Przeklęła swoją słabą pamięć do takich informacji i pchnęła najbliższe drzwi. Głównie dlatego, że widniała na nich tabliczka z napisem „biblioteka”.

Nie spodziewała się czegoś spektakularnego, ale kilka lichych regałów, dwa stoliki na środku pomieszczenia i parę wygniecionych puf pod ścianą, gdzie światło ledwo sięgało, wykrzywiło twarz Rachel w rozczarowaniu. Zdziwiło ją, że ośrodek, który miał resocjalizować i edukować wychowanków, nie inwestował w literaturę.

Podeszła nieco zniechęcona do jednego z regałów. Przekrzywiła głowę, czytając tytuły. Niektóre grzbiety wyglądały, jakby książki dotarły tu w ramach darowizny, inne zaś, jakby ani razu nikt ich nie tknął. Kilka sztampowych powieści dla młodzieży, nudne podróże, biografie nieznanych osób, poradniki jak żyć i parę pozycji historycznych. Nic ciekawego.

Westchnęła. Spojrzała przelotnie na przeciwległą półkę, ale nie miała zapału do poszukiwań.

– Tu się księżniczka zgubiła.

Rachel podskoczyła.

Jinx stała między regałami z rękami zaplecionymi na klatce piersiowej.

– Wyraźnie podkreślałam, drzwi na prawo. Na prawo. – Uniosła ręce, jakby wołając o pomstę do nieba i westchnęła teatralnie. – Dobrze, że chociaż jesteś przewidywalna i od razu cię znalazłam. Jakbym miała latać za tobą po całym budynku, to zostawiłabym cię na pożarcie sprzątaczkom, zapamiętaj to sobie. – Wycelowała w Rachel palec.

– No dobrze, dobrze. – Pokazała dziewczynie język. Zmrużyła przy tym oczy, przedrzeźniając ją.

– Osz ty, zobaczysz, sama na ciebie naślę sprzątaczkę, i to tę grasującą w piwnicy. – Pogroziła palcem.

– Musisz wymyślić coś straszniejszego. – Rachel przeszła obok Jinx, trącając ją zaczepnie łokciem w bok.

Różowowłosa zgięła się przesadnie i stęknęła.

– Jeszcze się zemszczę – wyszeptała złowrogo.

Rachel zaśmiała się pod nosem. Uświadomiła sobie z zaskoczeniem, że nie pamiętała, kiedy ostatni raz się śmiała. Niechcący poruszyła tym strunę powiązaną ze wspomnieniami z domu. Zacisnęła usta, walcząc z napływającym smutkiem. Przywdziała obojętną, wyćwiczoną latami maskę, jednak dostrzegła podejrzliwość w zawsze czujnym spojrzeniu Jinx.

– To jak, idziemy zwiedzać? – odezwała się szybko Rachel.

– Z przyjemnością – odparła Jinx po chwili uważnego lustrowania współlokatorki.

Wyszły na korytarz.

– O tu. – Jinx wskazała na drzwi z tabliczką „sala ćwiczeń”. – Tu miałaś wejść. – Tym razem to ona wystawiła język.

– Trenowałaś coś? – odparła niewzruszona Rachel.

– Poza sztuką kradzieży i grania ludziom na nerwach? – rzuciła z przekąsem. – Akrobatykę. A ty?

– Poza sztuką kamuflażu i omijania ludzi z daleka? – odgryzła się. – Nie, wolę siedzieć w książkach.

– W sztuce omijania ludzi nieco sportu mogłoby się przydać. – Jinx oddała kuksańca w bok. – Na przykład przy przesiadywaniu na dachu, gwarantuję ci, że tam nie znajdziesz ludzi.

– Rozważę ten pomysł – zaśmiała się krótko.

Zeszły piętro niżej. Minęły w ciszy kilka sal, w których odbyły się dzisiejsze zajęcia. Na końcu korytarza Jinx otwarła drzwi do świetlicy i teatralnym gestem zaprosiła Rachel do środka. Ta dygnęła jak księżniczka, na co obie zaśmiały się równocześnie.

– Jeśli szukasz we mnie rycerza na białym koniu, to muszę cię rozczarować, bardziej nadaję się na wiedźmę. – Jinx puściła oko, uśmiechając się szelmowsko.

– To zupełnie tak, jak ja.

„Chociaż wydaje mi się, że to, co we mnie siedzi, zdecydowanie wykracza poza bycie wiedźmą” dodała z rozżaleniem w myślach.

Nie chciała krakać, ale na razie wyglądało na to, że stwór dał jej spokój. Może miało tak być już na stałe? Może przeżyła na tyle dużo, że zła passa wreszcie się skończyła?

Miała ochotę parsknąć na tę myśl. Co za głupota i naiwność. Świat tak nie działał. Nie było limitu cierpienia, zdążyła się o tym przekonać. Oszukiwanie się mogło prowadzić do utraty czujności.

Spojrzała na wyłączony ekran telewizora zawieszonego pod sufitem.

Ociekający kpiną uśmiech. Pałające czerwienią i szyderstwem oczy.

Rachel gwałtownie się cofnęła. Świat zawirował. Potknęła się i poleciała do tyłu.

– Co ty…? – Jinx błyskawicznie złapała dziewczynę. – Ej, nie umieraj mi tu.

Obraz przed oczami rozmył się. Utonął w ciemności. W uszach rozbijał się tylko jednostajny szum.

Rachel poczuła, jakby unosiła się w wodzie. Nie miała gruntu pod nogami, a powietrze wydawało się gęste i lodowate. Odniosła wrażenie, że znajdowała się w innym wymiarze, zaś realny świat został gdzieś za zasłoną mroku.

Nie czuła jednak strachu. Panujący chłód zdawał się obejmować umysł, blokując wszelkie uczucia. Poza jednym, nieznanym i dziwnym, które napierało na nią z każdej strony.

– Czyż nie jest tu przyjemnie? – rozległo się zewsząd.

Rachel chciała się rozejrzeć, jednak nie mogła wykonać żadnego ruchu.

Z otchłani wyłoniła się para rubinowych oczu.

– Bez strachu, bez słabości, tylko czysta potęga.

Przed Rachel ukazała się… ona sama. Z poszarzałą skórą i krwistymi, demonicznymi oczami.

Chciała krzyczeć. Szarpać się. Uwolnić się z tego koszmaru, bo to musiał być kolejny koszmar.

– To ja mam tu władzę – odezwał się kpiąco demon. – Na razie to tylko część naszego umysłu, ale to kwestia czasu, aż oddasz mi całkowitą kontrolę. W końcu uwolnię…

Nagle rozbłysło światło. Rachel wzięła spazmatyczny wdech, jakby wyłaniała się spod wody. Szarpnęła całym ciałem, próbując rozpaczliwie wyrwać się dręczącym ją omamom.

– Rachel, stójże!

Przestraszony głos Jinx sprowadził ją na ziemię. Obraz wyostrzył się.

Była w świetlicy. Czuła palące spojrzenia ludzi. Ich poruszone szepty brzmiały jak krzyki. Wszystko wydawało się wyraźne i głośne. Ktoś uśmiechnął się szyderczo. Jak błyskawica uderzył ją obraz imaginacji, w głowie usłyszała odbijający się echem szorstki śmiech.

Wyswobodziła się z uścisku. Zerwała się i na oślep szarpnęła za klamkę. W amoku wypadła na korytarz.

Krew dudniła jej w uszach. Czuła uderzenia gorąca rozlewające się po jej twarzy. Przez całe ciało przeszły dreszcze. Widziała zarys drżących dłoni.

– Matko… kobieto, spójrz na mnie!

Jinx chwyciła twarz Rachel, która chociaż półprzytomna, czuła jak chłodne dłonie dziewczyny koją jej roztrzęsione zmysły.

– Oddychaj – wydusiła z siebie Jinx.

Rachel utkwiła rozbiegany wzrok w rozszerzonych ze strachu oczach koleżanki. Spróbowała skupić się na intensywnych tęczówkach i uspokoić oddech. Wciąż czuła na skórze dojmujący chłód.

– Chodźmy do pokoju – zaoferowała Jinx nieco rozhisteryzowanym głosem.

Rachel tylko kiwnęła głową. Dźwięki były nieco przytłumione, a obraz lekko zamazany, jakby wciąż nie powróciła całkowicie do realnego świata. Pozwoliła się prowadzić. Zupełnie jak marionetka. Ta myśl, pomiędzy gonitwą innych, ukazała jej się jasno i wyraźnie. Zrozumiała, co czuła, gdy stała oko w oko z demonem.

Była marionetką.


***


Poczuł się przytłoczony, gdy tylko przekroczył próg zakonu. Hol prowadzący do recepcji był długi, wysoki i słabo oświetlony. Wzdłuż wymalowanych w biblijne sceny ścian stały brzydkie statuy, wykonane z brązu. Dickowi wydawało się, że wodziły za nim wzrokiem, kiedy je mijał. Sam rozmiar pomieszczenia budził niemiłe odczucia. Jakby architekt specjalnie chciał swoim dziełem powiedzieć: „patrz, jaki jesteś malutki w obliczu Boga”. A już na pewno nie chciał ułatwić pracy temu biednemu człowiekowi, który pod strzelistymi stropami zamontował monitoring.

Miriam z kolei sprawiała wrażenie wniebowziętej. Dreptała wolno od rzeźby do rzeźby, wzdychając z zachwytem. Widział nostalgię wymalowaną na jej twarzy, kiedy palcami muskała malowidła na ścianach.

Miał ochotę wziąć ją pod pachę i zanieść na koniec tego świętego korytarza, skąd zza lady przyglądała im się recepcjonistka. Na szczęście jedno ponaglające chrząknięcie wystarczyło, by wyrwać zakonnicę z transu.

– Pan wybaczy, ale sam pan rozumie, tyle wspomnień… – zaczęła się tłumaczyć.

Odpowiedział tylko uprzejmym uśmiechem. Resztę drogi przebyli w miarę przyzwoitym tempie.

– Niech Skat was błogosławi. Msza rozpocznie się za pół godziny w kaplicy. – Gdy tylko dotarli do lady, recepcjonistka z wystudiowanym uśmiechem wręczyła im ulotki i książeczki modlitewne. – To tamte drzwi. – Wskazała na masywne, dębowe skrzydła po swojej prawej stronie, w których ktoś wyrzeźbił scenę chrztu jakiegoś gościa w rzece. Dick nie znał się za bardzo na postaciach biblijnych.

– My w innej sprawie. Widzi pani, nazywam się Miriam Blake, i byłam tutaj zakonnicą przez wiele, wiele lat. Byliśmy dzisiaj umówieni na prywatne zwiedzanie… – Zakonnica odłożyła bibeloty na blat i uśmiechnęła się nieśmiało.

– Och, pani Blake? – Zadbane, długie paznokcie szybko wystukały coś na klawiaturze komputera. – Zgadza się. Ale była pani umówiona na dziesiątą trzydzieści, a mamy już prawie jedenastą. Brat, który miał państwa oprowadzać, jest teraz zajęty przygotowywaniem nabożeństwa. Niestety nie ma na ten moment nikogo, kto mógłby się państwem zająć.

Drzwi za jej plecami uchyliły się lekko.

– Pani wybaczy – wciął się Grayson i uśmiechnął się najbardziej czarująco, jak tylko potrafił. Zazwyczaj działało. – Spóźnienie jest tylko i wyłącznie moją winą. Poza tym pani Blake przez wiele lat pracowała w tym budynku i zna go jak własną kieszeń. Wystarczy nam ile, dwadzieścia? – Mężczyzna zerknął w stronę Miriam. Ta kiwnęła głową. – Minut i już więcej nas pani nie zobaczy.

– Rozumiem pana, panie…?

– Grayson.

– Rozumiem, panie Grayson, jednak nie mogę państwu pozwolić na samodzielne zwiedzanie budynku zakonu. To złamanie regulaminu – odparła nieugięta. – Jedyne, co mogę zrobić, to umówić państwa na inny termin.

Drzwi za plecami recepcjonistki otworzyły się na roścież. Stanął w nich postawny mężczyzna o ostrych rysach twarzy i elektryzującym uśmiechu. W rudych włosach czaiły się pierwsze siwe kosmyki.

Dick poczuł się tak, jakby uderzył w niego piorun. Sebastian Blood. Głowa Kościoła Krwi. Ten dziwny koleś od gadki o podatkach z balu charytatywnego sprzed roku.

– Siostro Abigail – Donośny głos poniósł się po holu niczym grzmot. Aż włosy jeżyły się na karku. – Nie godzi się tak traktować gości!

– B-brat B… – wyszeptała ni to w przerażeniu, ni w zachwycie. Upadła na kolana w poddańskim pokłonie. – Przepraszam, nie wiedziałam, że brat bierze udział w dzisiejszym nabożeństwie…

– Bądź proszę na przyszłość bardziej delikatna. – Blood uśmiechnął się ciepło i wyciągnął dłonie w stronę kobiety. Ta zadrżała, kiedy dotknął jej pleców. – A teraz wstań, dziecko, i zamknij wrota kościoła. Sam oprowadzę naszych gości.

– T-tak jest! –– wydusiła. Wstała chwiejnie z pomocą mężczyzny, po czym podreptała w stronę głównych drzwi. Na jej twarzy gościł szeroki uśmiech.

Dick przypomniał sobie ofiary gazu rozweselającego Jokera. Potrząsnął głową.

– Najmocniej państwa przepraszam za to zamieszanie. – Kapłan podszedł do Miriam i przyjął wyciągniętą dłoń. – Nazywam się Sebastian Blood Dziesiąty i osobiście państwa oprowadzę. Proszę się do mnie zwracać per bracie.

– Ależ nic się nie stało. To nasza wina, że się spóźniliśmy. – Miriam uśmiechnęła się, gdy Blood złożył dżentelmeński pocałunek na jej dłoni. – Jestem…

– Miriam Blake. – Uprzejmy uśmiech nie schodził z jego ust. – Doskonale panią pamiętam jeszcze z czasów transakcji. Ale pana, panie Grayson – przeniósł spojrzenie na Dicka – to, szczerze przyznam, nie spodziewałem się tutaj spotkać. Cóż pan robi w Detroit?

– Wypełniam obowiązki służbowe.

Blood nawet uścisk dłoni miał wystudiowany. Sądząc po czerwonej szacie, przypominającej ornat, pełnił funkcję kapłana.

– Rozumiem. – Zerknął na noszony na ręce drogi zegarek. – Powinniśmy ruszać, za pół godziny muszę stawić się na nabożeństwie.

Dick z niemałą ulgą oddał obowiązek ciągnięcia rozmowy Miriam. Sam w tym czasie uważnie studiował każdy mijany zakamarek. Starał się przy tym sprawiać wrażenie zaciekawionego turysty niż detektywa przy pracy. Blood wydawał się być nieszkodliwym człowiekiem, ale zawsze mogły to być tylko pozory. A może to pielęgnowana latami paranoja nie pozwoliła Dickowi wierzyć w uprzejme uśmiechy i przyjazne słowa.

Jak wyjaśniła mu wcześniej Miriam, na terenie zakonu znajdowały się dwa budynki: część modlitewno-gościnna, w której mieściły się kaplica, audytorium, recepcja i muzeum poświęcone historii budynku, oraz część mieszkalna, do której dostać się można było tylko przez ogród. Kiedyś służył on zakonnicom za warzywnik, a teraz, po przejęciu przez Kościół Krwi, pełnił głównie funkcję reprezentacyjną.

Do niskiego, dwupiętrowego budynku mieszkalnego prowadziła wyłożona szarą kostką ścieżka. Wiła się ona wśród rozłożystych, ozdobnych drzew i dziwnych figur, których znaczenia Dick nawet nie próbował rozwikłać. Jego uwagę przykuły natomiast kamery, rozmieszczone w prawie każdym możliwym kącie ogrodu. Miał wrażenie, że im bardziej zbliżali się do części mieszkalnej, tym kamer było więcej. Czy te śmieszne statuy były tyle warte, by aż tak zabezpieczać się przed potencjalną kradzieżą?

Zbudowany z czerwonej cegły i kamienia budynek był mniej imponujący niż sam zakon. Skrywał się przed oczami zwiedzających w cieniu smukłych sosen. Tuż za nim stał wysoki płot, zza którego dobiegał gwar ulicy. Dick w swoim życiu widział baseny większe od tej dziupli. Trochę nie chciało mu się wierzyć, że – według Miriam – w trakcie najlepszych lat instytucji w tej klitce zmieściło się prawie pięćdziesiąt zakonnic i dwadzieścioro dzieci.

Weszli do środka. Z długiego, wąskiego korytarza pary kolejnych drzwi prowadziły do sypialni zakonnic. Pokój Angeli znajdował się na samym końcu. Był na tyle mały, że Blood musiał zostać na korytarzu, by dwójka zwiedzających mogła się rozejrzeć.

Dickowi pomieszczenie skojarzyło się bardziej z utrzymanym w dobrym stanie składzikiem na miotły niż sypialnią. W środku znalazło się miejsce tylko na proste łóżko, nad którym powieszono obrazek jakiejś świętej, wąską szafę i malutkie biurko, które wciśnięto pod okno. Za jedyne ozdoby można było uznać krzyż powieszony nad drzwiami i stos książek upchnięty obok łóżka. Drewniana podłoga okrutnie skrzypiała, nawet pomimo dywanu. W kącie pod sufitem migało czujne oko kamery.

Detektyw zmarszczył brwi. Po cholerę ktoś miałby się włamywać do takiej klatki na szczury? Czy może Blood miał fioła na punkcie kontrolowania każdej minuty życia swoich podwładnych?

– Och, pamiętam! Dałam jej ją, gdy tylko do nas przyszła… – Miriam z rozrzewnieniem utkwiła wzrok w wyblakłej ikonie.

– Czy ktoś tutaj mieszka teraz na stałe? – Dick zwrócił się w stronę Blooda.

– Nie, od czasu kupna zakonu to pomieszczenie stoi nieużywane. Nasze drogie siostry sprzątają tu raz w tygodniu. – Sebastian oparł się o framugę drzwi. – Na ten moment na stałe mieszka z nami dwadzieścia osób, które pełnią posługę w Kościele. Wolne pokoje najczęściej służą za schronienie dla osób w potrzebie. Jeśli mogę zapytać, dlaczego interesuje państwa właśnie to pomieszczenie?

Dick już otwierał usta, ale Miriam była szybsza.

– Niedawno zmarła jedna z moich bliskich koleżanek, która wraz ze mną pełniła posługę. Chciałam jeszcze raz odwiedzić miejsce, w którym razem spędziłyśmy tyle czasu… – westchnęła.

– Rozumiem. – Ciężko było określić, czy Blood kupił to wytłumaczenie. – W takim razie damy pani chwilę sam na sam, dobrze? – Uśmiechnął się w stronę Dicka.

Ten tylko kiwnął głową i ruszył w stronę korytarza. Czekając, aż Sebastian zrobi mu miejsce, by mógł przejść, stanął przed samymi drzwiami.

Deski podłogowe w tym miejscu nie zaskrzypiały. Wydały za to dziwny, bardziej metaliczny dźwięk.

Dick nie był do końca pewny, czy się nie przesłyszał. Próbował lekko tupnąć nogą, ale do jego uszu nie dobiegł żaden dźwięk. Stepowanie w jednym miejscu mogło przyciągnąć niechciane pytania, dlatego jak gdyby nigdy nic wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi.

– Zabrzmi to pewnie ignorancko… – zaczął, opierając się o ścianę. Słońce wpadające przez duże okna przyjemnie grzało. – Ale kiedy czytałem artykuły o pańskim Kościele, jedyne, co mogłem znaleźć, to informacje o waszych akcjach dobroczynnych. Ciężko natomiast dokopać się do jakichś przykazań czy ksiąg, które mówią coś więcej o waszej wierze.

Blood roześmiał się nosowo.

– Cóż, to zapewne dlatego, że oficjalnie jeszcze nie jesteśmy zarejestrowani jako związek wyznaniowy, ale jako fundacja właśnie. Brakuje nam jeszcze członków, byśmy spełniali prawne wymogi. – Wskazał na symbol na swojej piersi. Haftowana złotą nicią, bogato zdobiona litera S umieszczona w płomieniu przykuwała uwagę. – W dużym uproszczeniu wierzymy w to, że pewnego dnia Skat oczyści w świętym ogniu wszelkie plugastwo toczące ziemię, a ze zgliszczy starego świata wyłoni się nowy, w którym lud wybrany będzie po wieki żył w szczęściu i dostatku wraz ze swoim zbawcą. Do tego czasu mamy nieść pomoc poszkodowanym przez zło i występek.

Dick powstrzymał się od prychnięcia. Kolejna papka o wiecznym szczęściu dla mas. I to z obietnicą apokalipsy w pakiecie.

– Rozumiem, że nie jest pan wierzący? – Blood splótł ręce na piersi i zacisnął zęby.

– Moi rodzice byli ewangelikami, ale nie jakoś przesadnie praktykującymi. Woleli, bym sam wybrał swoją duchową ścieżkę. – Dick wzruszył ramionami. – A Bruce to Bruce. Żeby znalazł czas na religię, musielibyśmy wszyscy wydłużyć dobę o kolejne dwadzieścia cztery godziny.

Sebastian pozwolił sobie na lekko kpiący uśmiech.

– Mógłbym teraz zacząć przekonywać pana, że dobra doczesne nie będą nic znaczyły po dniu sądu, ale wątpię, by to pana przekonało. – Posłał mu zaczepne spojrzenie. – Jedyne, co mogę powiedzieć, to że mam nadzieję, że pańska głowa pozostanie otwarta na nowe przeżycia, i że pewnego dnia znajdzie pan to, czego szuka.

Dickowi cisnęło się na usta, że bardzo chętnie odnajdzie tego, kto stoi za tą bandą wytatuowanych w kruki wariatów oraz napadem na Rachel. Zamiast tego uprzejmie skinął głową.

– A co w takim razie przekonało pana? Rozumiem, że Kościół został założony przez pańskiego przodka, ale chyba jednak trzeba wierzyć w to, co się samemu głosi.

Sebastian wyglądał mu na narcyza. Powinien w takim razie chętnie poodpowiadać mu na kilka pytań o sobie samym.

– Pewnie nie uwierzy mi pan, kiedy powiem, że doświadczyłem boskiej mocy na własnej skórze. – Kpiący uśmiech na jego ustach złagodniał. – Od małego pomagałem ojcu w przygotowaniu do mszy, służyłem także przy ołtarzu, studiowałem księgi. W przeciwieństwie do innych religii nasz Zbawca nie obiecuje nam mglistego wiecznego szczęścia w zamian za przestrzeganie absurdalnych zasad. Doskonale wiemy, że całe nasze życie to przygotowanie na dzień sądu. Jeśli wykażemy się lojalnością, przetrwamy i przyniesiemy zbawienie światu. – Głęboki głos Blooda był słodki niczym miód. Nic dziwnego, że coraz więcej ludzi interesowało się Kościołem. Facet miał w sobie coś, co sprawiało, że chciało się go słuchać. – Do tego czasu mamy opiekować się tymi, którym w życiu się nie poszczęściło. Wyciągać dłoń do tych, do których nikt inny nie wyciąga dłoni. W pewien sposób można nas określić mianem bohaterów. Z tą różnicą, że tam, gdzie Batman walczy za pomocą pięści, my walczymy dobrym czynem.

Dick zamrugał, przypatrując się rozmówcy z lekkim zaskoczeniem. Porównania do Batmana się nie spodziewał.

– Batman nie walczy z przestępcami, by zbawić świat – zauważył.

– Walczy po to, by uczynić go lepszym – przyznał Sebastian. – Ja natomiast wierzę w metodę małych kroków. Może nasze wolontariaty w jadłodajniach nie są tak spektakularne, ale są długofalowe. Udało nam się od stycznia znaleźć pracę pięćdziesięciu bezdomnym osobom. Wykarmiliśmy ponad pięćset niedożywionych dzieci w samym tylko Detroit. Nasi wierni robią wszystko, co mogą, by poprawić warunki dla chociaż jednej dotkniętej nieszczęściem osoby. – Jego wargi rozciągnęły się w pełnym dumy uśmiechu. – A na koniec dnia większe znaczenie ma to, ile zrobiliśmy, niż to, w kogo wierzymy.

Dick już otwierał usta, by coś odpowiedzieć. Zamiast jego warg otworzyły się natomiast drzwi do pokoju Angeli. Miriam stanęła w progu, wycierając chusteczką zaczerwienione oczy.

– Mam nadzieję, że ta wizyta przyniosła pani choć trochę ulgi w cierpieniu. – Blood natychmiast wszedł w rolę troskliwego kapłana. Dyskretnie zerknął na zegarek. – Przepraszam najmocniej, ale obowiązki wzywają. Odprowadzę państwa do wyjścia.

Dick o wiele chętniej zostałby jeszcze na kilka chwil, chociażby tylko po to, by dokładniej zbadać podłogę w pokoju. Zapłakana Miriam i pospieszające spojrzenie Blooda jednak szybko pokrzyżowały jego plany. Wbił ręce w kieszenie spodni i posłusznie ruszył w stronę wyjścia, nad którym wisiała kolejna kamera.

Sebastian Blood Dziesiąty właśnie trafił na listę osób podejrzanych.


***


Ciepło bijące od świec ogrzewało kaplicę. Zapach topionego pszczelego wosku mieszał się z duszącym, słodkim kadzidłem. Morze pochylonych w modlitwie głów uważnie spijało każde słowo z jego ust. Głęboki głos toczył się niczym grom po zatłoczonym kościele. Opowiadał o życiu i śmierci, pokusach, udrękach i dniu sądu. Dniu, który już niedługo miał w końcu nadejść.

Sebastian Blood Dziesiąty z ołtarza schodził spocony, ale zadowolony. Takie chwile przypominały mu, dlaczego stanął na czele Kościoła. Nieczęsto miał okazję prowadzić nabożeństwo ze względu na nawał obowiązków. Kiedy jednak znajdował wolną godzinę, świątynię zawsze wypełniały tłumy. Odkąd prasa mianowała go „współczesnym świętym”, do Kościoła przybywało coraz więcej nowych wiernych. To oznaczało coraz więcej dusz, które dostąpią zbawienia.

Wszedł do małego pomieszczenia, które jednocześnie służyło za zakrystię i biuro. Odwiesił ornat do szafy i opadł na szeroki fotel, stojący w kącie pokoju. Dopiero wtedy wziął głęboki wdech. Pozwolił sobie nawet na rozpięcie guzika przy koszuli.

Zza drzwi wciąż dolatywał rumor wiernych, którzy opuszczali świątynię. Sebastian uśmiechnął się do siebie i przymknął oczy. Obserwowanie wszystkich zapatrzonych w niego ludzi rozgrzewało duszę. Płomienne przemowy bywały jednak męczące w wygłaszaniu.

Rozległo się pukanie.

– Proszę! – mruknął niechętnie i podniósł się z siedziska.

– Wybacz, że przeszkadzam. – Do pokoju weszła siostra Bennett. Trzymała w rękach pokaźny stos dokumentów. – Dzisiejsze kazanie było wspaniałe, wszyscy słuchali jak zahipnotyzowani. Siostra Abigail ma teraz pełne ręce roboty, tyle ludzi chce do nas dołączyć. Powinniśmy pomyśleć nad wprowadzeniem kamer na mszę. Mój bratanek Olgierd mówił mi, że teraz można pokazywać światu w czasie rzeczywistym wszystko, co się tylko zapragnie, i jakoś tak śmiesznie to nazwał… strumieniowanie?

Blood uniósł dłoń i potok słów w końcu ucichł.

– Masz do mnie jakąś sprawę?

– A, tak. Dzwonili z lotniska, odrzutowiec do Nowego Jorku będzie gotowy za półtorej godziny. Limuzyna przyjedzie za jakieś czterdzieści minut. – Bennett odłożyła papiery na biurko. Poprawiła okulary i odetchnęła głęboko, po czym uśmiechnęła się.

– Dziękuję. – Skinął głową. – A czy masz może to, o co cię prosiłem przed mszą?

– Oczywiście. – Wyciągnęła ze sterty spięty plik kartek. – Grayson przeniósł się do Detroit niewiele ponad rok temu. Wcześniej miał na koncie tylko ukończenie studiów i staż w policji w Gotham. Aż dziwne, że od razu wzięli go tutaj na detektywa.

– Jego ojciec jest jednym z najbogatszych ludzi w Stanach. Raczej nie było mu trudno pociągnąć za kilka sznurków, aby ustawić syna. – Pochylił się nad dokumentami. – To nie wyjaśnia, co robił w naszym zakonie. I to w dodatku z kimś, kto był świadkiem.

– Nie podoba mi się to. – Objęła się ramionami. – Myślisz, że wie o Krysztale?

– Niczego nie można na ten moment wykluczyć. Ale to by tłumaczyło, dlaczego interesował ich ten konkretny pokój.

Według zapisków, które pozostawiły po sobie zakonnice, od czasu przybycia Kryształu cela Angeli stała pusta. Po wykupieniu posiadłości Blood osobiście zadbał o to, by żadna nieupoważniona osoba nie miała wstępu do pomieszczenia. Opowieść o koleżance, która służyła razem z Miriam, była tylko bajką. Tyle dobrze, że udało mu się wyciągnąć stamtąd wścibskiego Graysona.

Jego wzrok zatrzymał się na dłużej na rubryce opisanej jako „prowadzone śledztwa”.

– To Grayson zajmuje się sprawą Rachel? – Zacisnął zęby.

Bennett tylko skinęła głową.

No to wszystko jasne.

– Dziękuję, przejrzę resztę później. – Odłożył kartki na stos. – Coś jeszcze? – Uniósł brew, kiedy siostra nie ruszyła się nawet o milimetr.

– Właściwie to… tak. – Bawiła się palcami. Wzrok wbiła w blat biurka. – Dzień sądu jest już tak blisko… czy dalej jesteś przekonany, że to słuszna droga? Księgi mówią jasno, że jeśli zwrócimy Kryształ…

Przerwał tę błazenadę ruchem dłoni. Musiał się pilnować, żeby nie okazać zniecierpliwienia. Już tyle razy odbyli tę samą rozmowę, a ta ciągle upierała się przy swoim.

– Jestem pewien – westchnął, widząc niepewną minę Bennett. – Posłuchaj mnie, proszę. Widziałem Skata na własne oczy. Nie mamy pewności, że wywiąże się ze swojej części umowy. Co w wypadku, gdy zwróci się przeciwko nam? Nikt go nie powstrzyma. – Splótł razem palce. – Kryształ jest naszą jedyną szansą.

– Czy zrobisz z nim to samo, co z resztą? – Zmarszczyła brwi.

– To jedyny sposób. – Podszedł do niej i chwycił za dłonie. – Jedno istnienie w zamian za osiem miliardów żyć. To proste równanie. – Zmusił ją, by uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Lustrował uważnie jej twarz. Bennett zawsze była dla niego niczym otwarta księga. W rozbieganym wzroku widział strach, w zmarszczonych brwiach niepewność, a w zaciśniętych ustach sprzeciw. Drżała pod wpływem jego ciepłego oddechu.

– Czy dalej mamy kontakt z ostatnim Odłamkiem?

– T-tak myślę. – Uniosła brwi. – Ale po co nam on teraz? Przecież Klejnot…

– Chciałbym odprawić jeszcze jeden rytuał wejrzenia, zanim zajmiemy się Kryształem. I chciałbym, żebyś tym razem uczestniczyła w nim razem ze mną. – Uśmiechnął się zachęcająco i odgarnął kosmyk włosów z twarzy kobiety. Czuł, jak jej ciało napięło się pod wpływem dotyku.

– Ja? W rytuale wejrzenia? – Ze zdziwienia aż otworzyła usta. Musiała zadzierać głowę, by móc spojrzeć mu w oczy. – Jesteś pewien? Do tej pory nie dopuszczałeś do niego nikogo…

– I dopiero teraz widzę, jaki popełniłem błąd. – Stał tak blisko, że mógł policzyć piegi na jej twarzy. – Zbliża się dzień sądu. Będę potrzebował twojej pomocy, i przede wszystkim twojej niezachwianej wiary we mnie. Musisz zrozumieć, dlaczego nie chcę oddawać Klejnotu w niepowołane ręce.

Zapadła cisza. Widział, jak w jej oczach zapłonęły ogniki ciekawości.

– Postaram się dotrzeć do ostatniego Odłamka – powiedziała w końcu powoli. – Oczywiście bez świadków. Mam tylko nadzieję, że wiesz, co robisz.

Uśmiechnął się na te słowa i złożył pocałunek na jej czole.

– Więcej wiary, droga siostro. Tylko wiara nas ocali. 
 
***

Miało być pod koniec lutego, a jest przed Wielkanocą, bo najpierw rozchorowała się For, a zaraz potem nasz korektor, o i tak to zleciało. Mamy nadzieję, że warto było czekać :).

6. Siły specjalne

Tak jak cały październik minął pod znakiem nieustającej słoty i przenikającego do szpiku kości zimnego wiatru, tak ostatni tydzień miesiąca zaskoczył wszystkich wręcz letnimi temperaturami i krystalicznie czystym niebem. Dick na kilka dni musiał zrezygnować ze skórzanej kurtki, w której się gotował. Na wszelki wypadek woził ją na siedzeniu pasażera. 

Zaparkował służbowe audi na chodniku, tuż za ogromnym, czarnym vanem. Sądząc po naklejkach na drzwiach, samochód należał do Oddziału Specjalnego. Detektyw zerknął w lusterko i przetarł podkrążone oczy. Zaspał, bo pół nocy poświęcił na uzupełnianie wiedzy na temat grupy specjalistów, z którą przyszło mu pracować. 

Według dostępnych informacji, w skład Oddziału wchodziło siedem osób, z których każda specjalizowała się w przeróżnych dziedzinach – od zaklęć i czarnej magii, po opętania i demoniczne pakty. Z zaskoczeniem odkrył na liście zatrudnionych znajome nazwisko przy pozycji „tłumacz języków wymarłych”.

Donna Troy. 

Ostatnim razem, kiedy się widzieli, obiecywała, że już nigdy nie opuści Themiscyry. Ciekawe, co skłoniło ją do zmiany zdania. 

Grayson otrząsnął się z zamyślenia. Już i tak był spóźniony. Wyskoczył z samochodu, poprawił mankiety koszuli i truchtem ruszył w stronę domu Rachel.

Budynek, który przez ostatnie kilka dni stał cichy i opuszczony, od rana pękał w szwach. Oprócz magicznej ekipy komisarz zwołał na miejsce prokuratora i kilku szeregowych policjantów, by służyli pomocną ręką. Sądząc po kółeczku palaczy, które urządzili sobie na trawniku, pomoc nie była potrzebna. 

W drodze do domu kiwnął głową na powitanie Perezowi. Trochę kusiło go, by przystanąć i posłuchać pierwszych wrażeń kolegów na temat tego dziwnego tworu do badania magicznych przestępstw; z drugiej wolał jednak wyrobić sobie zdanie sam.

Już od progu przywitał go harmider. Z kuchni dolatywały odgłosy rzucanych inkantacji, a w salonie ktoś przesuwał meble. Na schodach prowadzących na pierwsze piętro odziana w czarny uniform kobieta uważnie przesuwała okrągłym urządzeniem nad ramkami ze zdjęciami. W powietrzu unosił się dziwny zapach. Dickowi skojarzył się z tym jednym razem, kiedy Alfred otworzył przy nim najstarszą księgę, jaką Wayne’owie mieli w swoich zbiorach. Pachniała kurzem i starymi ludźmi. 

– Dzień dobry! – zaczął uprzejmie, podchodząc do schodów. Pracująca kobieta odwróciła się w jego stronę, odrobinę zaskoczona.

– Dzień dobry – odparła, lustrując go od góry do dołu. Jej tęczówki, źrenice, a nawet białka oczu były zielone. – Już tłumaczyłam panu Perezowi, że nie potrzebujemy pomocy…

– Och, przyszedłem raczej przeszkadzać niż pomagać. – Dick uśmiechnął się i wyciągnął rękę w jej stronę. – Detektyw Richard Grayson. Miło poznać.

– Kory Anders, kapitan pierwszego Oddziału Specjalnego. – Zeszła na parter i zamknęła jego dłoń w mocnym, pewnym uścisku. Pewnie mogłaby bez trudu połamać kości. 

Ciężko było o niej znaleźć jakiekolwiek informacje. Dickowi udało się jedynie ustalić, że kosmitka pochodziła z planety Tamaran, zatrudniła się w nowojorskiej policji, a mianowanie jej na kapitankę rok temu wywołało spore poruszenie w mediach. 

– To pan wnioskował o naszą interwencję – zagadnęła. 

– Zgadza się. – Głupio mu było się w nią wgapiać, ale nie mógł oderwać wzorku. 

Anders przewyższała go o co najmniej głowę. Skóra w odcieniu świeżej pomarańczy błyszczała, jakby w żyłach kobiety zamiast krwi płynęły promienie słońca. Długie, grube i rude, wręcz czerwone włosy związała w ciasny warkocz, który opadał na plecy. 

– Może zainteresuje pana w takim razie, co już udało nam się ustalić? – Ciężko było stwierdzić, czy uśmiech Kory był bardziej pobłażliwy, czy kpiący.

– Tak, oczywiście. – Dick w końcu odwrócił wzrok. 

– Po wstępnych badaniach z całą pewnością możemy wykluczyć użycie pozaziemskiej technologii. – Podsunęła mu urządzenie, którym wcześniej skanowała ścianę. Okrągły gadżet mieścił się w dłoni i otwierał się niczym telefon na klapkę. Obie połówki zajmowały dotykowe ekrany. Dziwne wykresy i słowa w obcym języku były dla detektywa nie do rozczytania. – Odczyty są jak najbardziej prawidłowe. Musimy poczekać na zakończenie badań przez nasze ekspertki od magii. 

– A długo to zajmie? – Zerknął na zegar, powieszony obok wejścia do kuchni. Miał niecałe półtorej godziny, żeby zdążyć zgarnąć Miriam przed umówionym spotkaniem z przewodnikiem w zakonie. – Nie ukrywam, że się spieszę. 

– To zależy głównie od tego, co znajdziemy. – Kory wyminęła go i zajrzała do kuchni. Chcąc nie chcąc, detektyw podążył za nią. 

W miejscu, w którym znaleźli zwłoki mężczyzny, kucała kobieta. Czarne, długie włosy zasłaniały jej twarz. Szeptała coś, co dla Dicka brzmiało jak zaklęcia. Przesuwała przy tym palcem po kartach leżącej przed nią księgi. Drugą dłonią kreśliła w powietrzu dziwne znaki. 

– Zee? Jak idzie? – zagadnęła uprzejmie Kory.

Odpowiedziało jej mruknięcie, które mogło równie dobrze oznaczać „całkiem nieźle”, jak i „spadaj na drzewo”. Kapitanka tylko kiwnęła głową. 

– Lepiej jej nie przeszkadzać – wyjaśniła. Wycofała się na korytarz i ruszyła w stronę salonu. Dick sunął za nią jak cień.

W pomieszczeniu znajdowały się dwie kolejne kobiety. Jedna z nich skanowała półkę z książkami takim samym urządzeniem, którego używała Kory. Dick nie mógł dostrzec jej twarzy przez maskę i zarzucony na głowę kaptur. Druga klęczała przy stoliku do kawy, pochylona nad stosem książek. 

Tą z kolei znał aż za dobrze.

– Donna!

Kobieta poderwała głowę znad ksiąg. Przez krótką chwilę przyglądała się detektywowi z bezgranicznym zdumieniem wymalowanym na twarzy. 

– Dick! Kopę lat! – Wyszczerzyła się od ucha do ucha.

– Rozumiem, że się już znacie? – Kory była chyba równie zaskoczona, co jej podwładna.

– I to od dzieciństwa. – Donna wstała, otrzepała kolana i podeszła do Dicka. W ramach przywitania walnęła go między łopatki. – Co tu robisz, stary byku?

Nie zmieniła się aż tak bardzo. Brązowe oczy wciąż z taką samą radością i zaciekawieniem obserwowały otoczenie, jak wtedy, gdy pierwszy raz się spotkali. Kiedyś długie, kasztanowe włosy ścięła do ramion. Choć nosiła buty na obcasie, wciąż była od niego o prawie pół głowy niższa. 

– Długa historia – wydusił. Z całych sił próbował nie dać po sobie poznać, że powitanie kumpeli pozbawiło go oddechu. Podszedł do jedynej zamaskowanej osoby w pomieszczeniu. – Detektyw Richard Grayson.

– Lilith Clay. Wolę jednak Omen – odparła tylko, nie przerywając pracy. 

Jako jedyna odziana była w coś, co przypominało superbohaterski strój – nosiła czarne szaty w zielone pasy, miała nawet pelerynę. Spod szerokiego kaptura wylewały się rude włosy.

– Przyrzekam, jak następnym razem Constantine nie ruszy dupy, to go sama za uszy przytargam do roboty. – W drzwiach stanęła kobieta, którą Kory nazwała wcześniej Zee. Pod pachą trzymała opasły tom. Na skórzanej okładce błysnął wygrawerowany złotem tytuł „Demonografia”. – Och, a to kto?

Dick przedstawił się po raz kolejny.

– Zatanna Zatara. Miło poznać.

Dick kojarzył to nazwisko z plików, które jeszcze jako Robin czasem wykradał Batmanowi. Jako córka starego magika Zatary, Zatanna często pojawiała się na radarze Ligii. Jeśli dobrze pamiętał, to właśnie z polecenia ojca trafiła do Oddziału. Graysonowi wydało się trochę dziwne, że staruszek miał tak duży wpływ na życie dorosłej córki. 

– To co tam masz? – Kory wyciągnęła dłoń w stronę Zatanny. Ta wręczyła jej swój okrągły gadżecik.

– Nikt w tym domu nie korzystał z żadnych portali. Nie było też składania ofiar. Magiczny ślad jest co najmniej… interesujący, że tak to ujmę. Znalazłam kilka demonów, które pasują do profilu, ale to już domena Donny. – Zee podała księgę Donnie, po czym zajęła miejsce na kanapie. – Zebrałam już chyba wszystko, co się tylko dało. Możemy wpuszczać Omen. 

Na dźwięk swojego aliasu kobieta zatrzymała się wpół ruchu. Odwróciła się w stronę kanapy. Sprzęt do badania miejsca zbrodni schowała do kieszeni. 

– Mogę zaczynać? – Mówiła cicho, z lekką chrypką. 

– Kuchnia jest twoja. – Kory zajęła miejsce obok Zatanny, nie odrywając wzroku od wyników badań.

Omen niespiesznie opuściła pomieszczenie. Sunęła po podłodze, jakby unosiła się kilka centymetrów nad jej powierzchnią. 

– A czy ja mogę? – spytał Dick. Korciło go jak cholera, by zobaczyć dzisiaj coś prawdziwie magicznego.

– Jeśli nie będzie pan za bardzo przeszkadzał. – Kory posłała mu pobłażliwy uśmiech. 

W odpowiedzi Dick skłonił się lekko i pomknął za Omen. Dla bezpieczeństwa zatrzymał się jednak w progu kuchni. W końcu miał nie przeszkadzać. 

Lilith stanęła na środku pomieszczenia i rozejrzała się. Utkwiła wzrok w miejscu, w którym znaleziono ciało matki Rachel. Jej oczy rozbłysły na zielono. Ostrożnie przykucnęła i dotknęła płytek kuchennych.

– Tyle cierpienia… tyle miłości… – mamrotała do siebie niczym w transie. Niespodziewanie cofnęła się. Wbiła wzrok w ścianę, pod którą kilka dni wcześniej leżały zwłoki mężczyzny. – Strach… był przerażony… – Przeniosła spojrzenie na wejście do kuchni. – Och… przecież to jeszcze dziecko… ale ta energia…

Wyciągnęła dłoń w stronę Dicka, jakby chciała go objąć. Nim ten jednak zdążył zareagować, cofnęła się i ruszyła w stronę spiżarni. 

– Wyszli stąd. Trzymał ją za gardło. Oboje byli przerażeni. – Wyrzucała z siebie potok słów niczym karabin.

Sięgnął do kieszeni spodni po notes. 

– Dziewczyna w progu. Szukali jej. Kazał się odwrócić, krzyczał. I wtedy… – Kobieta wzdrygnęła się, objęła ramionami i zamarła. Wbiła wzrok w puste miejsce pomiędzy nią a Dickiem. – Ja… ja nie wiem, co to jest. Ale ta energia, ta moc… 

Oczy Lilith błysnęły jeszcze raz i zgasły. Ona jednak wciąż wpatrywała się w to samo miejsce. 

– To była bardzo mroczna magia. Bardzo zimna i zła. Dlatego był przerażony. – Już całkiem przytomna, zrzuciła kaptur z głowy. – Potężna i mściwa, tak mogłabym to określić. 

– Czy jesteś w stanie powiedzieć mi coś więcej?

– Atak nastąpił błyskawicznie, nie miałam za bardzo czasu się przyjrzeć. Była czarna, to na pewno. Wyrwała się z piersi tej dziewczyny. – Zsunęła maskę, pokazując światu twarz szczupłą, wręcz wychudłą, upstrzoną piegami.

– Czyli to Rachel zabiła tego mężczyznę, tak?

– Nie chcę, żeby pan mnie źle zrozumiał, nie oskarżam tej dziewczynki, Rachel, tak? Nie oskarżam jej o zamordowanie nikogo. Nazwałabym to raczej reakcją obronną. Trzymał jej matkę na muszce. Chyba nie była nawet do końca świadoma, co robi… 

Odkładając maskę na stół, musnęła palcami szklany blat. Zamarła. Jej oczy znów rozbłysły. 

– Lilith? – Dick nie był do końca pewien, co się właśnie działo, i czy powinien reagować. 

– Ta dziewczyna… Ona widziała… To nie były wizje, ale nie były też halucynacje… 

– Co takiego? – Ścisnął mocniej długopis. Może w końcu się dowie, co tu się wydarzyło.

– Dwie pary czerwonych oczu. Bez źrenic, białek, tęczówek… Nie są ludzkie. To jej odbicie. Ale to nie wizja. Emanacja? Tylko czego? – Zacisnęła dłonie na krawędziach stołu. – Coś w niej siedzi. Ma własny rozum, dyskutuje z nią… ostrzega. 

Oczy kobiety zgasły. Stała jeszcze przez dłuższą chwilę w ciszy, intensywnie nad czymś rozmyślając. 

– Co to znaczy, że „coś w niej siedzi”? – zapytał w końcu Dick, podchodząc trochę bliżej. 

– Dokładnie to, co powiedziałam. – Lilith przesunęła palcem po przybrudzonym blacie. – Nie jestem w stanie na ten moment doprecyzować. Może ktoś ją poświęcił dziwnym bóstwom przy narodzinach, albo chciał złożyć ją w ofierze, albo sama podpisała kiedyś cyrograf, nie zdając sobie z tego do końca sprawy. – Objęła się rękoma. Ani razu nie spojrzała w stronę detektywa. 

– Z tego, co wiem, Rachel od dzieciństwa przejawiała… magiczne zachowania. – Nie był do końca pewny, czy to, co mówi, ma sens. 

Na szczęście Omen kiwnęła głową. 

Stali tak jeszcze przez chwilę w ciszy. W końcu kobieta chwyciła maskę, założyła ją, narzuciła kaptur i bez słowa wyszła z kuchni. Chyba zapomniała o detektywie. 

Podszedł do stołu. Przesunął ręką po miejscu, w którym Lilith zobaczyła czerwone oczy. Na całe szczęście wezwanie Oddziału nie było kompletną stratą czasu, którą potem musiałby jakoś wyjaśnić przed przełożonymi. Potwierdziły się przypuszczenia, że młoda miała w sobie coś magicznego i, według słów Omen, spowodowała implodowanie napastnika. To o wiele więcej, niż wiedział wczoraj.

Dick potarł z zamyśleniem podbródek. Coś ciągle nie dawało mu spokoju. Jeśli Rachel sama nie wiedziała, że jest magiczna, skąd wiedział o tym napastnik? Czy chcieli ją porwać, by wykorzystać do swoich celów, czy sprzątnąć, bo stanowiła zagrożenie? A może chodziło o coś zupełnie innego?

Zastukał palcami o blat. Dwie pary oczu, bez źrenic, białek, tęczówek… Brzmiało jak obrazek z horroru. Zwłaszcza, jeśli sprawa miała coś wspólnego z demonami, jak zasugerowała wcześniej Zatanna.

Zacisnął pięści, gdy do głowy wpadła mu pewna myśl. Słowa Omen były mało konkretne, ale gdyby udało mu się doprowadzić do jej spotkania z Rachel… Czy byłaby w stanie powiedzieć mu coś więcej, wyczuć, co siedziało w młodej? Będzie musiał zapytać Kory o zgodę. I pewnie komisarza. I na pewno jeszcze tej lekarki, która zajęła się dziewczyną. 

Odepchnął się od mebla, rozejrzał jeszcze raz po pomieszczeniu i przeszedł na korytarz. Zegar na ścianie wskazywał kilka minut po dziesiątej. Jeśli chciał zdążyć na spotkanie z zakonnicą, musiał się pospieszyć. 

Zajrzał jeszcze do salonu, by się pożegnać. Donna pozwoliła mu wyjść dopiero po wymianie numerów i wymuszeniu obietnicy, że zadzwoni. Reszta zespołu nawet nie zwróciła na niego uwagi. 

Kółko palaczy najwyraźniej zakończyło zebranie, bo przed domem nikogo nie spotkał. W zamyśleniu wsiadł do samochodu i odpalił silnik. 

Czekał go pracowity dzień.

***


Rachel chwyciła dłoń, którą zaoferował pracownik i wygramoliła się z samochodu. Założyła niemal pusty plecak. Nie mogła wrócić do domu po swoje rzeczy, ponieważ nadal było to miejsce… Nie chciała nawet o tym myśleć. 

Może to i lepiej, że nie pozwolili jej tam pojechać. Nie mogła być do końca pewna swojej reakcji. Ani tym bardziej reakcji potwora, który w niej siedział.

Pracownicy zakładu zapewnili, że ośrodek zagwarantuje wszystko, co potrzebne do codziennego funkcjonowania. Ani trochę jej to nie pocieszyło. Miała zamieszkać w zupełnie nowym miejscu, pośród obcych ludzi, pewnie do czasu osiągnięcia dojrzałości. Żołądek ściskał się na samą myśl. 

Obejrzała się przez ramię w stronę bramy wjazdowej. Była daleko, a dwóch pracowników wyglądało na naprawdę sprawnych. Nie miała szans uciec. Zresztą, dokąd?

Mężczyzna położył dłoń na jej plecach. Pchnął Rachel delikatnie w stronę wejścia do potężnego, wysokiego budynku. Wyglądał na stary, lecz zadbany. Zbudowany z czerwonej cegły przypominał nieco szkołę, jednak rzędy identycznych, wąskich okien na każdym z czterech pięter przywoływały inne skojarzenie. Zielony teren dookoła wzmacniał wrażenie ośrodka dla osób psychicznie chorych, brakowało tylko krat. Nie było szans, by poczuła się tu równie bezpiecznie, jak we własnym pokoju. 

W objęciach mamy…

Zacisnęła usta i potrząsnęła głową. Ruszyła w stronę drzwi ze wzrokiem wbitym w wysypaną kamieniami ścieżkę.

Mężczyzna wbił szybko kod na wyświetlaczu obok drzwi, rozległo się metaliczne brzęczenie. Pociągnął za klamkę i zaprosił Rachel ruchem dłoni.

Przestąpiła próg z ociąganiem. Po prawej dostrzegła przez szybę łysego mężczyznę. Posłał jej ze swojej dyżurki podejrzliwe spojrzenie, które przyprawiło ją o dreszcze. Długie świetlówki w rozległym holu przywołały wspomnienie szpitala. Zrobiło jej się zimno. 

– Witaj, Rachel. – Z pokoju wciśniętego w kąt wyłoniła się przysadzista kobieta. – Mam nadzieję, że podróż minęła ci spokojnie. – Dziękuję wam, panowie, możecie złożyć podpisy w dyżurce – zwróciła się do mężczyzn. – Zaprowadzę cię do twojego pokoju. – Rozciągnęła wargi w uprzejmym uśmiechu. Na krzywo przypiętej do jej piersi plakietce wydrukowano dużymi literami imię „Agnes”. 

Rachel wydukała coś nieskładnie i oplotła się rękami. Z zawahaniem ruszyła za kobietą. 

– Wszystkie pokoje znajdują się na pierwszym i drugim piętrze. Trzecie i czwarte to różne sale, w których odbywają się zajęcia. Jest tam też biblioteka i świetlica, gdzie możesz spędzać czas wolny. No i jeszcze jadalnia, jest na parterze. Posiłki wydajemy o ósmej, trzynastej i dziewiętnastej – tłumaczyła, idąc dość szybkim krokiem jak na swoją aparycję. – Nie będę omawiać każdego punktu regulaminu po kolei, w pokoju znajdziesz dokładną rozpiskę, z którą musisz się zapoznać. Na pewno twoja współlokatorka pomoże ci w zaaklimatyzowaniu się do… – ciągnęła dalej, nie zważając nawet, czy nowa podopieczna szła za nią.

Myśli Rachel zatrzymały się przy słowie „współlokatorka”. Nigdy nie dzieliła z kimś pokoju. Mieszkanie z drugą osobą nie było dobrym pomysłem. Na pewno dziewczyna będzie nieprzychylna dla Rachel, jak każdy rówieśnik, którego spotkała. Poza tym, było to niebezpieczne. Mary zamykała córkę każdej nocy. Co mogło się stać, gdyby jakaś osoba spała w tym samym pokoju?

– Tutaj są wspólne łazienki, są cztery na każdym piętrze, więc na spokojnie każdy powinien zdążyć przed ciszą nocną, która trwa od dwudziestej drugiej do szóstej. – Agnes przystanęła na moment. – W razie jakichkolwiek pytań lub problemów, zgłaszaj się do mnie.

Rachel zatrzymała się instynktownie, by na nią nie wpaść. Nawet nie zauważyła, kiedy znalazły się na wyższym piętrze.

– Gdybyś się zgubiła, to na ścianach są opisane strzałki. – Opiekunka wskazała na zielono-białą plakietkę. – A tu jest twój pokój. – Kiwnęła głową na drzwi z numerem trzynaście.

Rachel przełknęła z trudem ślinę. 

– Śmiało, czuj się jak u siebie. – Kobieta krótko zapukała i od razu nacisnęła klamkę. 

Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Na korytarz wylało się fioletowe światło z lampki nocnej i dziwny, słodki zapach.

Rachel zemdliło. Zamarła, zapominając przy tym, jak oddychać.

– Eeee… Hej? – Z górnej części piętrowego łóżka wychyliła się dziewczyna. Sądząc po wyglądzie, była w wieku Rachel. – Rozumiem, że to tak z zachwytu? – Zeskoczyła z gracją na podłogę. – Jinx jestem. – Wyciągnęła rękę z łobuzerskim uśmiechem.

Rachel nadal przetwarzała sytuację. Myśli przesuwały się ociężale i wszystko docierało do niej jakby z opóźnieniem. Odruchowo uścisnęła dłoń współlokatorki, nie patrząc jej w twarz.

– Naćpali cię czymś w tym szpitalu? – Zrobiła krok do tyłu, położyła pięści na biodrach i zlustrowała uważnie.

– Jinx. – Kobieta odezwała się karcącym głosem.

– Jasne, jasne, będę miła, Agnes – odparła nastolatka, przewracając przy tym oczami. – Zobaczysz, że szybko się zakolegujemy – zwróciła się do Rachel i złapała ją za nadgarstek. – Gwarantuję ci, że nie będziesz żałować, że masz mnie za współlokatorkę. – Pociągnęła dziewczynę za rękę i kopnięciem zamknęła drzwi. – To jak masz na imię?

Rachel ocknęła się. Wyrwała się z uścisku i cofnęła. Pokój nie był zbyt duży, krok wystarczył, by wpadła plecami na ramę łóżka. Skrzywiła się.

– Spokojnie, nie gryzę – rzuciła Jinx z rozbawieniem. – Tylko przynoszę pecha – dodała i uśmiechnęła się szerzej. – Sorry, że tak się narzuciłam, pewnie już masz mnie dość, ale chciałam jak najszybciej cię zabrać od Agnes, kobieta tylko wygląda na…

Rachel uniosła dłoń. 

– Mam się przymknąć, rozumiem. – Udała, że zasuwa usta na zamek.

– Dzięki – mruknęła słabo Rachel. – Za dużo na raz. – Opadła na goły materac. 

– Nie dziwię się, ale zobaczysz, oswoisz się ze wszystkim, zanim się obejrzysz – zapewniła Jinx spokojniejszym głosem. – Pokażę ci co i jak.

Rachel wbiła wzrok w swoje zniszczone buty. Kątem oka zauważyła, że Jinx miała podobne glany, wciśnięte pod łóżko. Uniosła nieco spojrzenie, by przyjrzeć się lokatorce. 

Dziewczyna była drobna, a jej szczupłość podkreślały obcisłe, potargane jeansy i zawiązany top. Kreśliła długimi, wściekle różowymi paznokciami kształty na biurku, które znajdowało się pod oknem.

– To może zaczniemy od początku, co? – Wyciągnęła opaloną dłoń. 

Rachel wstała i uścisnęła rękę. Spojrzała przelotnie w oczy Jinx. Były… różowe? Kocie?

– Jinx.

– Rachel – odparła, nie wiedząc, gdzie patrzeć. Przeskakiwała wzrokiem od związanych w niechlujny kucyk różowych włosów, przez usta, na których czaił się cień uśmiechu, aż do oczu. Hipnotyzowały. Były niesamowicie intensywne, a od wąskiej, pionowej źrenicy ciężko było oderwać wzrok. Nigdy nie widziała takich soczewek. 

– No dobra, to punkt pierwszy odhaczony. – Jinx przeciągnęła spojrzenie i uśmiechnęła się pod nosem.

Rachel speszyła się. Usiadła z powrotem na łóżku.

– Tu masz nasz zacny regulamin, o którym raszpla na pewno ci wspominała. – Współlokatorka podała wymięte, pożółkłe kartki. – Generalnie sprowadza się to do tego, że za dużo nam nie wolno, mamy być posłuszni personelowi i tworzyć jedną, wielką, szczęśliwą rodzinę – wyrzuciła z prędkością karabinu maszynowego. 

– Co? Wolniej, nic nie zrozumiałam. 

Jinx parsknęła. 

– Sorry, czasami nawijam z prędkością Flasha. 

Powtórzyła, tym razem wolniej. 

Rachel kiwnęła głową i spojrzała na drobny druk. Zmarszczyła brwi, wczytując się w losowy punkt, mówiący o bezwzględnym zakazie posiadania papierosów i alkoholu. Nabrała głębszy wdech. Słodki zapach skojarzył jej się z mdlącymi mgiełkami, które dziewczyny namiętnie rozpylały w szatniach, by nauczyciele nie wyczuli zapachu tytoniu. Ta dziwna nuta, która wisiała w powietrzu, pewnie podchodziła z tego samego źródła. 

– Nic mądrego tam nie znajdziesz, ważniejsze, żebyś przyswoiła zasady, które naprawdę tu panują – stwierdziła Jinx z kpiną w głosie. – Zwłaszcza pomiędzy mieszkańcami.

Rachel kiwnęła głową i oderwała wzrok od tekstu. Była tu obca. Musiała radzić sobie sama. 

Pomimo aury chaosu, jaką Jinx roztaczała wokół siebie, wydawała się inteligentna i rozgarnięta. Rachel zaś chciała wykorzystać szansę, którą stwarzało jej nowe środowisko.

Tu mogła zacząć od zera. Mogła uniknąć roli ofiary.

– To jakie są te zasady?

 

***


Witamy serdecznie w nowym roku :). Życzymy wam przede wszystkim spokoju, zdrowia, a dla piszących dużo weny i./lub dużo frajdy z czytania naszych wypocin. Do następnego rozdziału!

1. Rysa na szkle

Rachel zdjęła wysłużone glany i odstawiła je na ociekacz. O ile nie ubłociła podłogi, do tego stopnia była przemoczona, że dosłownie z niej kapało. Odgarnęła z twarzy posklejane włosy i westchnęła głośno, zostawiając przy wejściu przetarty i ciężki od wsiąkniętej wody plecak.

– Nad czym tak ubolewasz, kochanie? – dobiegł z kuchni głos matki.

– Jesień jest świetna, dopóki siedzisz w domu pod kocem – odparła, wchodząc do pomieszczenia. – I z dobrą książką. – Uniosła palec dla podkreślenia wagi tego stwierdzenia.

– Trudno się z tym nie zgodzić. – Mary stała przy kuchence. – A przy okazji książek, przeczytałam w dzienniku informację, że organizują w szkole kiermasz. – Zamieszała w garnku, nabrała jedzenie na łyżkę i spróbowała. – Jutro o szesnastej, może wybierzemy się razem? Kupimy podręczniki, a przy okazji może trafią się jakieś ciekawe pozycje, co ty na to?

Rachel wbiła wzrok w szklankę stojącą na odrapanym, solidnym stole. W miejscu, gdzie powinno być jej odbicie, pojawiły się przebłyski wspomnień z poprzednich dni. Choć rok szkolny dopiero się zaczął, rówieśnicy zdążyli znaleźć sobie ofiarę.

Rola ta przylgnęła do niej już na stałe. Dziewczyna robiła wszystko, by zniknąć prześladowcom z oczu. Starała się trzymać na uboczu, nie podlizywać nauczycielom i nie wchodzić w drogę popularnym uczniom. Choć przemykała po korytarzach jak cień, i tak byli w stanie ją dostrzec. Obrać za cel dosłownie i w przenośni. W poprzedniej szkole dogryzanie, nagrywanie, czy publiczne ośmieszanie było na porządku dziennym. Gdy zaczęła nosić słuchawki, by choć częściowo odciąć się od nieprzychylnych słów, znaleźli inny sposób – kartki podrzucane do plecaka, szafki, czy nawet podczas lekcji, prosto na jej ławkę.

– Rachel? Halo, ziemia do Rachel. – Mary przyglądała się córce z pobłażliwym uśmiechem.

– Zamyśliłam się, przepraszam. – Potrząsnęła głową, odpędzając nieprzyjemne obrazy. – Możemy pójść.

– Świetnie, cieszę się. – Chwyciła garnek i podeszła z nim do stołu. – Ale najpierw to musisz iść się wysuszyć, bo tak się z ciebie leje, że zrobisz sobie zupę z tego sosu – zaśmiała się. – No, raz raz, akurat zdąży ci przestygnąć.

– No już, przecież idę. – Przewróciła oczami, ale mimo wszystko posłała matce wymuszony uśmiech.

Wyszła z ociąganiem. Ani trochę nie było jej do śmiechu. Gdyby nie musiała zostać po zajęciach artystycznych, by sprać w obskurnej łazience pentagram z bluzy, nie spóźniłaby się na autobus. Zmywanie czerwonej farby zajęło mnóstwo czasu. Na pewno więcej, niż zajęło jego namalowanie nieznajomemu artyście. Rachel musiała przyznać, że był zwinny – o malowidle dowiedziała się dopiero, gdy wstała z miejsca i usłyszała za sobą śmiechy.

Przebrana w swoje ulubione, powyciągane dresy, z włosami owiniętymi ręcznikiem, wróciła do kuchni. Usiadła na wysłużonym krześle i wbiła wzrok w porcję spaghetti.

Mary siedziała po przeciwnej stronie. Nalawszy sobie kawy, postawiła kubek na honorowym, wyblakłym od ciepła miejscu.

– To jak było w szkole? Jak nauczyciel od historii? – zagaiła.

– Trochę przynudzał – odparła obojętnie.

„Opowiadał naprawdę ciekawe rzeczy, ale za cholerę nie mogłam się na nich skupić, bo czułam, jak wszyscy się na mnie patrzyli. A, no i wręcz słyszałam w głowie przecudowne komentarze na mój temat. Czemu tego nie zgłosiłam? Bo wyszłabym na jeszcze większą wariatkę.” – cisnęło się na usta, ale tylko mocniej je zagryzła. Matka już i tak straciła wystarczająco dużo nerwów, użerając się z poprzednią szkołą. Nauczyciele składali puste obietnice, ignorowali wszelkie sygnały przemocy, a gdy działo się cokolwiek poważnego, zamiatali sprawę pod dywan. Koniec końców to problematyczna Rachel i wojownicza Mary stały się tymi złymi. Część kadry z pewnością odetchnęła z ulgą, gdy dowiedziała się, że rodzina Wolfman nie wróci w następnym roku szkolnym.

– Może jeszcze się rozkręci, daj mu szansę – stwierdziła pocieszająco Mary. – A inni uczniowie? Złapałaś z kimś kontakt?

Rachel jedynie pokręciła głową, połykając makaron. Nie miała ochoty jeść, ale miała jeszcze mniejszą ochotę odpowiadać na pytania. Wiedziała, że wynikały z troski, ale zdecydowała, że w tym roku szkolnym poradzi sobie sama.

Jadły przez chwilę w ciszy. Matka kilkukrotnie unosiła nieco głowę, jakby chciała się odezwać, ale ostatecznie rezygnowała. Odrzuciła na plecy wpadające do talerza długie włosy, na których pojawiły się już odrosty przetykane siwizną.

– Pójdę sprawdzić, jakie podręczniki będą mi potrzebne. – Rachel dopiła szybko sok, podziękowała i odniosła naczynia do zlewu.

Wychodząc, przytuliła się do matki.

– Kocham cię.

– Ja ciebie też – szepnęła Mary.

Rachel wysunęła się z uścisku. Zgarnęła plecak z korytarza. Mijając po kilka skrzypiących stopni na raz, wspięła się na piętro. Odruchowo spojrzała w lustro wiszące naprzeciwko schodów.

Krzyknęła.

Szyba pękła z trzaskiem.

Rachel zatoczyła się do tyłu, zahaczyła o dywan i upadła. Niemal zleciała w dół. Odepchnęła się gorączkowo od krawędzi i syknęła. Odłamki szkła wbiły się w jej dłonie, wywołując piekący ból.

– Rachel?! – Mary wbiegła po schodach. – Co się stało? Jesteś cała? – Dopadła do córki i chwyciła ją za ramiona.

– J-ja… W lustrze… – Wskazała na strzaskaną powierzchnię. – Wy-wystawała…

– Kochanie, popatrz na mnie – powiedziała bardzo powoli. – Jestem tu, nic ci nie grozi – zapewniła, gdy złapała kontakt wzrokowy. – Oddychaj, wdech przez nos, przytrzymaj, wydech ustami tak jak ćwiczyłyśmy. – Sama zaczęła wykonywać wyuczone, głębokie oddechy.

Rachel nie mogła skupić wzroku na matce. Chciała wyrwać się z uścisku i obrócić w stronę lustra. Upewnić się, że smolista łapa z ogromnymi pazurami zniknęła.

– Skup się na mnie, patrz na moje usta i słuchaj słów – kontynuowała Mary spokojnym głosem.

Rachel pokręciła głową. Zacisnęła powieki, spod których pociekły łzy. Owinęła ręce wokół kolan i zaczęła lekko się kołysać. Czuła walące serce. Najpierw zrobiło jej się gorąco, potem momentalnie zimno. Zdrętwiały palce, cała zesztywniała. Nigdy nie widziała czegoś takiego. Odbicie demona zawsze pozostawało po drugiej stronie lustra.

A teraz sięgnęło ku niej.

Obrzydliwą, pomarszczoną łapą. Ze szponami, które mogłyby rozerwać ją na strzępy. Demon nie był tylko odbiciem.

Mógł dostać się do tego świata. Do niej.

Rachel dygotała na całym ciele. Nie mogła pohamować łez. Czuła ciepło bijące od matki, która zamknęła ją w ochronnym uścisku.

– Jestem przy tobie, cokolwiek widziałaś, nie skrzywdzi cię. – Mary gładziła ją po głowie i lekko kołysała.

– Chciał... sięgnąć... do mnie... – wydusiła między urywanymi oddechami. Skuliła się.

Obie kobiety kołysały się rytmicznie. Ciszę przerywało jedynie pociąganie nosem.

– Pójdziemy do twojego pokoju? Tam na pewno cię nie sięgnie.

Rachel skinęła głową.

Matka pomogła jej wstać. Musiała przytrzymać córkę, by nie upadła. Przeszły powoli przez korytarz. Zamknęły drzwi i usiadły na łóżku.

– Chcesz, żebym z tobą została? – spytała łagodnie.

– Na chwilę... – odparła słabo, wciąż wtulona w matkę.

– W porządku.

Rachel otwarła zaciśnięte do tej pory powieki. Ułożyła głowę na nogach matki.

Przyjemny półmrok był kojący dla zmysłów. Przysłonięte okna i brak luster gwarantowały, że demon nie będzie nawiedzał dziewczyny swoim paskudnym obliczem.

– Odpocznij, popilnuję cię. – Mary nakryła ją kocem.

Rachel mruknęła coś niewyraźnie. Chciała, by te słowa były prawdziwe. Zdawała sobie jednak sprawę, że demon nie potrzebował luster. Nie potrzebował nawet, by była świadoma.

Świat snów był równie dobrym miejscem, by ją nawiedzać.



***



Jeśli miałby do wyboru zwisać przez godzinę głową w dół z najwyższego wieżowca w Gotham, a brać udział w balu charytatywnym, Dick bez wahania wybrałby wieżowiec. Niestety, życie nie było dla niego na tyle łaskawe. Kiedy jest się adoptowanym synem milionera, czasem trzeba pojawić się na jakiejś durnej imprezie, na której wcale nie ma ochoty się być.

Stał oparty o balustradę i wpatrywał się w tańczący pod nim tłum. Ogromna willa Falcone, w której odbywało się przyjęcie, tętniła życiem. Parter wraz z ogrodem i basenem został przeznaczony dla, jak to określał sam właściciel, „pospólstwa” – zamożnych, choć niezbyt ważnych w miejskiej hierarchii osób, które wypadało zaprosić dla utrzymywania pozorów. Na pierwszym piętrze natomiast bawiła się elita, a ostatnie było niedostępne dla gości.

Mężczyzna wyłowił wzrokiem kilka znajomych twarzy. Roztańczona Vicky Vale porywała ze sobą kolejnych partnerów w wir zabawy. Lekko podpity Edward Nigma „zabawiał” gości, tłumacząc dokładnie każdą kolejną sztuczkę coraz bardziej poirytowanego zatrudnionego magika.

Dick prychnął pod nosem i upił łyk okrutnie niedobrego oraz równie okrutnie drogiego szampana. Odwrócił się w stronę drzwi balkonowych. Z niesmakiem spojrzał na kieliszek. Ile by dał, by móc biegać swobodnie po dachach Gotham, w dopasowanym i niekrępującym ruchów stroju Robina! Zamiast tego musiał dusić się w odrobinę za ciasnym smokingu w upalną, czerwcową noc. Przynajmniej bryza wiejąca znad zatoki Gotham przynosiła odrobinę ukojenia od skwaru.

Gdzieś w tłumie mignął mu Bruce. Uśmiechał się do uczepionej jego ramienia kobiety. Dick żałował jak cholera, że nie zabrał ze sobą osoby towarzyszącej. Barbara uparcie odmawiała udziału w takich imprezach. Twierdziła, że bogaci traktują ją jak lalkę, nad którą mogą się poużalać – „Biedactwo, Joker cię postrzelił i nie możesz chodzić? Straszna historia, doprawdy. Pozwól, że wpłacimy datek na rzecz szpitala, w którym cię leczono, a wieczorem zasponsorujemy gang, z którym twój ojciec nie może sobie poradzić od dwóch lat”. Dick uśmiechnął się kwaśno pod nosem, przypominając sobie jej pogardliwy ton głosu i przedrzeźniającą minę. Cóż, nie mógł się jej dziwić. On sam chętnie wybiłby zęby co najmniej połowie obecnych na imprezie gości. Niestety, to były zasady działania Robina. Teraz był Dickiem Graysonem. Czarującym, na razie samotnym synem Bruce’a Wayne’a. I jedynym spadkobiercą wielkiej fortuny.

Upił kolejny łyk i przez dłuższą chwilę walczył sam ze sobą, by się nie skrzywić. Bąbelki łaskotały w język i drażniły wypalone alkoholem gardło. Może powinien wyhamować z tym szampanem. Cóż, do czasu otwarcia baru z drinkami nie miał za bardzo wyboru. Ciekawe, co zaproponowano abstynentom.

Z tłumu wyłonił się na oko czterdziestoletni, dobrze zbudowany mężczyzna. Jego garnitur już z daleka krzyczał, że jego właściciel nie klepie biedy. Facet niósł dwa kieliszki szampana. Przystawał co chwilę, zaczepiany przez kolejne osoby. W końcu dotarł do niepocieszonego tym faktem Graysona.

– Wspaniałe przyjęcie, prawda? – zagadnął, podając młodszemu szkło. – Falcone stanął na wysokości zadania.

Dick odmruknął coś w odpowiedzi i przyjął kieliszek. Powoli sączył napój, uważnie obserwując rozmówcę. Wiedział wszystko o każdym, kto był uważany za „elitę” w tym mieście, do poziomu rozmiaru buta i ulubionego rodzaju chleba. Tego jegomościa nie kojarzył. Nienagannie ułożone, rude włosy, drogi zegarek na ręku i wystudiowany uśmiech zdradzały, że nie było to pierwsze takie rodeo nieznajomego.

Musiał przyznać, że mężczyzna był całkiem przystojny. Pierwsze zmarszczki wokół niebieskich oczu dodawały mu powagi.

– Zdaje mi się, że nie mieliśmy jeszcze okazji się poznać. – Wyciągnął w stronę Graysona wypielęgnowaną dłoń. – Sebastian Blood Dziesiąty.

– Richard Grayson.

Uścisk był mocny i pewny.

– Ten Richard Grayson? Syn Bruce’a Wayne’a?

Dick tylko skinął głową. Tylko czekał, aż Blood przejdzie do marketingowego paplania o tym, czym to się nie zajmuje zawodowo i opisywania, w jaki to sposób jego innowacyjny pomysł nie ulepszy życia lub portfela potencjalnego inwestora. Jeśli miał być kompletnie ze sobą szczery, to od czasu do czasu lubił pobawić się w naiwnego młodziaka. Grzecznie kiwał głową, zadawał pytania kompletnie od czapy, by wyrazić zainteresowanie, a kiedy w końcu zachęcony pozytywną reakcją rozmówca wykładał karty na stół i podawał cenę, Dick z rozbrajającym uśmiechem odpowiadał, że jego kieszonkowe nie będzie w stanie pokryć kosztów. Uwielbiał oglądać zupełnie skołowane takim wyznaniem miny.

– To musi być męczące. Te wszystkie bale, ciągłe życie w świetle reflektorów… – Blood poprawił mankiety koszuli i także oparł się o balustradę. Wbił wzrok w roześmiany tłum. – Jeśli mogę pozwolić sobie na szczerość, nie znoszę tego blichtru ponad wszystko. Ale niestety, tak się w dzisiejszym świecie robi interesy. – Wychylił cały kieliszek szampana.

Dick w milczeniu popijał swoją porcję szampana. Nie spuszczał wzroku z towarzysza. Czekał, aż ten w końcu powie, po co przyszedł.

– Gdyby każda z obecnych tutaj osób nie kantowała przy rozliczaniu podatków czy oddała chociaż część swojej fortuny na cele dobroczynne, takie przedstawienia w ogóle nie byłyby potrzebne – kontynuował niezrażony Sebastian.

– A ty kantujesz? – wymsknęło się Graysonowi.

W odpowiedzi usłyszał głęboki śmiech.

– Staram się być tak uczciwy, jak tylko pozwala mi na to system – odparł w końcu. – A wszystko, co mam, poświęciłem dla innych. Falcone pieniądze zebrane na dzisiejszym przyjęciu przeznaczy na rozbudowę skrzydła szpitalnego, który dzięki działaniom Kościoła Krwi nieodpłatnie będzie leczył najbiedniejszych w tym mieście.

– Kościół Krwi? – Dick uniósł brew. – Pierwsze słyszę.

– Założył go Sebastian Blood Trzeci, mój pradziadek. Był zakonnikiem, który całe swoje życie poświęcił, by pomagać bezdomnym. Krew w naszej nazwie to symbol braterstwa, pokrewieństwa z tymi, którym nie poszczęściło się w życiu. – Sebastian wyprostował się. – Dopiero co rozpoczęliśmy działalność w Gotham, więc możliwe, że jeszcze o nas nie słyszałeś.

Dick już otwierał usta, by odpowiedzieć, lecz przerwało mu podekscytowane: „Bracie Sebastianie!”. W progu balkonu stanęła wsparta o laskę i kamerdynera elegancko ubrana, starsza kobieta.

Blood skinął głową w jej stronę.

– Mam nadzieję, że będziemy mogli jeszcze kiedyś kontynuować naszą rozmowę. A tymczasem wybacz mi, sprawy zawodowe wzywają. – Uśmiechnął się uprzejmie do Dicka. – Miłego wieczoru.

Richard skinął głową i odprowadził nowego znajomego wzrokiem. Kiedy Blood zniknął wraz ze starszą kobietą w budynku, Dick znowu oparł się o balustradę. Z niezadowoleniem zauważył, że jego kieliszek był pusty. Bawiąc się szkłem, wbił zamyślone spojrzenie w wirujący tłum.

Sebastian Blood. Cóż za dziwny człowiek.
^