5. Pytania

– Nie dają ci dzisiaj spokoju, słoneczko – rzuciła na wejściu pielęgniarka. 

Otwarła drzwi na całą szerokość i odeszła na bok, by wpuścić do środka młodą blondynkę w okularach.

Rachel poruszyła się niespokojnie i zlustrowała pobieżnie kobietę.

– Spokojnie, przybywam w pokoju. – Uśmiechnęła się ciepło i uniosła dłoń z uformowaną przerwą między palcem środkowym a serdecznym. – Harleen Quinzel, jestem psycholożką dziecięcą i zostałam wysłana z ramienia pomocy społecznej. Lekarz wydał pozwolenie, ale przede wszystkim chciałam wiedzieć, czy ty jesteś gotowa na rozmowę?

Rachel kiwnęła powoli głową i przełknęła ciężko ślinę. 

Kobieta przysunęła sobie krzesło, które detektyw odstawił dzień wcześniej niedbale pod ścianę. Wyciągnęła ze skórzanej aktówki podkładkę oraz kilka kartek i przypięła je. Odrzuciła do tyłu długie włosy, założyła nogę na nogę i z lekkim uśmiechem spojrzała na dziewczynę. 

Rachel spuściła wzrok. Westchnęła ciężko i podciągnęła kolana do klatki piersiowej. 

– Zacznijmy od formalności – psycholożka podjęła spokojnym głosem. – Nikt ich nie lubi, ale zadowalają urzędników, a im też się coś od życia należy. – Pstryknęła długopisem. – Nazywasz się Rachel Roth, tak?

Dziewczyna ponownie tylko skinęła głową. Pomimo że kobieta wyglądała przyjaźnie i wyraźnie starała się wzbudzić zaufanie, to coś sprawiało, że Rachel poczuła do niej niechęć. Idealnie wyprasowany żakiet, zadbane paznokcie, nienaganny makijaż i ten uśmiech. Wszystko wydawało się sztuczne, wymuszone. Psycholożka nie chciała dać po sobie poznać, że wolałaby być gdzieś indziej. Rachel intuicyjnie to wyczuwała.

– Do jakiej szkoły chodzisz? 

– Publiczne Liceum imienia Edisona – odparła bardzo cicho.

– Lubisz się uczyć? – Kobieta podniosła zaciekawiony wzrok. – Masz jakiś ulubiony przedmiot?

– Historię – powiedziała nieco głośniej.

– Macie w szkole jakieś koło związane z tym przedmiotem? Zawsze to inaczej spotkać się z ludźmi i podyskutować o ciekawych tematach, niż tylko słuchać nauczyciela. – Poprawiła mankiet koszuli i pochyliła się lekko. 

– Nie, wolę sama się uczyć – odrzekła zgodnie z prawdą. 

Większość czasu spędzała w samotności. Nieśmiałość, trudności w nawiązywaniu kontaktów i łatka dziwaczki, którą otrzymała już na początku nauczania utrudniały nawiązywanie znajomości. Ludzie trzymali się od niej z daleka, jednak niespecjalnie jej to przeszkadzało. Tak było bezpieczniej. 

Dla nich samych.

– Wolny czas też wolisz spędzać sama? 

Kiwnęła głową. Nie była pewna, po co te wszystkie pytania. Obie wiedziały, jaki był cel tej rozmowy. Decyzja, co dalej z Rachel.

– Przebywanie samemu ma swoje zalety – podchwyciła. – Można zgłębić swoje wnętrze, dowiedzieć się więcej o sobie samym, w dzisiejszym świecie czasami ciężko o taką chwilę refleksji.

Rachel mruknęła potakująco, choć się nie zgadzała. Izolowała się od ludzi, by ich chronić przed tym, czym była. Nigdy nie była tak naprawdę sama. Zawsze towarzyszył jej Demon. Jego szepty odbijały się echem w głowie, a gdy tylko miał okazję, nawiedzał ją w odbiciu lub we śnie. Nie miała chwili spokoju i ciszy na refleksje.

– Mieszkałyście tylko we dwójkę? – spytała psycholożka po chwili namysłu. 

– Tak – odparła Rachel zdławionym głosem.

Harleen przerzuciła zapisane kartki.

– Znasz innych członków rodziny?

– Nie. 

– Okej, nic nie szkodzi. A wiesz może cokolwiek o biologicznej matce? – spytała łagodnie i nieznacznie przekrzywiła głowę. – Jeśli nie, to też w porządku – zapewniła spokojnie.

– Nie, nie rozmawiałyśmy o niej… – Miętosząc nerwowo kołdrę Rachel, przeniosła nieco spłoszone spojrzenie na podkładkę, na której kobieta notowała odpowiedzi. 

– Może wyjaśnię, po co to wszystko, żebyś nie musiała snuć domysłów. – Harleen podłapała jej spojrzenie i wyprostowała się na krześle. – Chcemy znaleźć najlepsze rozwiązanie dla ciebie, stąd musimy dobrze zorientować się w sytuacji. Oczywiście nic nie szkodzi, że nie znasz innych członków rodziny, od tego jesteśmy, by się tym zająć.

Rachel mruknęła niewyraźnie, że rozumie i rozluźniła dłonie wczepione w materiał. 

– Widziałam, że zdarzały się wezwania policji do waszego domu – podjęła psycholożka po odchrząknięciu.

– Sąsiedzi – mruknęła. – Okolica jest cicha i wszystko się niesie – odpowiedziała powoli. – Zwłaszcza nocą – dodała po chwili namysłu.

Nie wiedziała, ile mogła powiedzieć tej kobiecie. Bała się, że jedno słowo za dużo i uznają ją za wariatkę. 

– Rachel? – Kobieta pochyliła się do przodu, by spojrzeć na twarz dziewczyny. – Gdzie tak wędrujesz myślami? 

– Zamyśliłam się – mruknęła i lekko potrząsnęła głową. – Jakie było pytanie?

– Co zakłócało ciszę, zwłaszcza nocą? – powtórzyła spokojnie.

Rachel czuła się niekomfortowo pod uważnym spojrzeniem psycholożki. Miała wrażenie, że kobieta sięgała nim w głąb jej myśli, analizowała emocje i przeszukiwała wspomnienia.

– Czasami krzyczę przez sen – powiedziała i uniosła wzrok na ekrany wyświetlające jej funkcje życiowe.

Zielona, załamana linia przemknęła przez wyświetlacz i zniknęła. Powierzchnia stała się czarna.

Błysnęły w niej czerwone oczy i szyderczy uśmiech.

Rachel wzdrygnęła się. 

Szybko odwróciła spojrzenie, ale kobiecie nie umknęła ta reakcja. Podążyła za wzrokiem dziewczyny, po czym obróciła się i przyjrzała jej badawczo. Zanotowała coś i poprawiła okulary.

– Miewasz koszmary?

Rachel kiwnęła głową. Znała następne pytanie i już wiedziała, że nie będzie mogła powiedzieć prawdy. A co, jeśli kobieta pozna, że kłamie? A może już znała odpowiedź? Doznała wrażenia, że psycholożka wygrzebała informację z jej umysłu.

– Czasami. – Przełknęła rosnącą gulę w gardle. 

– A gdybyś miała określić, od kiedy tak się dzieje?

Wzruszyła ramionami i pokręciła głową. Bała się o tym mówić. Czy ktokolwiek w ogóle by jej uwierzył? Czy spróbowałby zrozumieć?

Te sny napawały ją lękiem. Nie pojmowała ich znaczenia ani źródła. Budziła się z krzykiem w środku nocy, zlana potem. Nie dawały spać zarówno Rachel, jak i matce. Dziewczyna wiedziała, że Mary każdej nocy odmawiała modlitwę do Michała Archanioła. Zawsze zostawiała na szafce nocnej stary, zatarty już medalik i wyblakły różaniec. Rachel wyobrażała sobie, jak matka patrzyła z niepokojem na drzwi sypialni, gdy w pokoju córki rozlegały się głosy. Nigdy nie wspomniała – zresztą nie musiała – że zło, które czaiło się w dziewczynie, w nocy znajdowało ujście i formowało się w namacalne byty. To dlatego Rachel zawsze spała przy zapalonym świetle, a na jej prośbę Mary zamykała także drzwi na klucz. – Teraz tym bardziej nie dadzą mi spokoju – wypaliła nagle. 

Przyłożyła dłoń do ust, jakby chciała jeszcze cofnąć wypowiedzenie myśli na głos. Za późno.

– Co dokładnie przez to rozumiesz? – podłapała psycholożka i wyprostowała się, uważnie obserwując Rachel. 

Dziewczyna zawahała się. Nie czuła więzi z tą kobietą. Detektyw, choć znacznie mniej delikatny i ostrożny w obchodzeniu się z nią, wzbudził zaufanie. Nie podchodził do niej jak do kolejnego przypadku do odhaczenia z listy. Wiedziała, że ją rozumiał. 

Harleen miała tylko wiedzę teoretyczną. 

Łzy napłynęły Rachel do oczu. Oddech pogłębił się. 

– Już nigdy nie odzobaczę jej śmieci, będzie mnie prześladować w każdej chwili – wyrzuciła Rachel na jednym wdechu.

– Nie musisz o tym mówić, jeśli nie jesteś gotowa – zapewniła kobieta i pochyliła się w jej stronę. – Zaopiekujemy się tobą.

Rachel skuliła się i ukryła twarz, po której zaczęły spływać łzy. 

– Żałoba po tak ważnej osobie jest ciężkim przeżyciem, ale pozwala na pogodzenie się ze stratą – tłumaczyła kobieta współczującym głosem. – Początkowo możesz nie dowierzać, wściekać się na wszystko i wszystkich, może dopadać cię zupełna rezygnacja i rozpacz, ale to jest naturalne i masz prawo do wszelkich uczuć. Nie jesteś z tym sama. 

– J-jes-tem niebezpieczna – wydukała między urywanymi oddechami Rachel. 

Pościel, w którą się wtulała, musiała zagłuszyć jej słowa, bo psycholożka nachyliła się bardziej i poprosiła, by dziewczyna powtórzyła. Rachel pokręciła głową, objęła mocniej nogi i nie odezwała się. 

– Jesteś w niebezpieczeństwie? – dopytała kobieta. 

Rachel znowu pokręciła głową. 

– W porządku, nie będę cię już męczyć – oznajmiła przyjaźnie. – Bardzo dobrze sobie poradziłaś, takie rozmowy są trudne i jestem dumna z każdego słowa, które mi dzisiaj przekazałaś. 

Ciało Rachel drgało nieznacznie, oddech nieco się uspokoił. Przestała słuchać kobiety. Nieważne, jakie miała intencje, demon podpowiadał, by nikomu nie ufać. I to jego głos odbijał się teraz w głowie Rachel. 

W pewnym momencie zorientowała się, że psycholożka wyszła. Nie wiedziała nawet kiedy. Czuła się kompletnie zagubiona. Choć wszystko dookoła było ciche i spokojne, w jej głowie panował chaos.

***

 

Dick z dokumentów dowiedział się, że Rachel została adoptowana przez Mary w klasztorze, w którym była zakonnicą. Kilka miesięcy później opuściła zgromadzenie. W internecie doszukał się informacji, że sam zakon został rozwiązany, a jego siedzibę sprzedano wyznawcom innej religii. Graysonowi udało się za to zdobyć adres zakonnicy, która była przełożoną w czasie posługi matki Rachel. 

Miriam Blake mieszkała na przedmieściach w małym, zadbanym domu. Już z daleka rzucał się w oczy wypielęgnowany ogródek. Róże wylewały się ponad białym płotem, zacieniając chodnik. Trochę się martwił, że porysują mu lakier samochodu, kiedy parkował przed budynkiem. Do drzwi prowadziła żwirowa ścieżka, która z trudem walczyła o miejsce pośród bujnych krzewów i mnóstwa kwiatów, których nazw nie znał. 

Miriam otworzyła drzwi, wycierając ręce w kuchenny fartuch. Była niska i pulchna. Kiedy usłyszała, w jakiej sprawie przyjechał, przeżegnała się.

– Biedna Mary…– wyszeptała. – Proszę, niech pan wejdzie. 

Dick znalazł się w niskim, słabo oświetlonym salonie. Meble były proste i funkcjonalne, a oprócz wiszących na ścianach dewocjonaliów detektyw nie dopatrzył się żadnych ozdób. Na niewielkim parapecie stała forma z apetycznie pachnącym ciastem. 

– Proszę usiąść. Napije się pan kawy? 

Pomimo wieku gospodyni była bardzo żywiołowa. Dreptała małymi krokami z zawrotną prędkością, znosząc na stolik kolejne przysmaki. Już po chwili oprócz parującej filiżanki przed Dickiem stanął talerzyk z kawałkiem jeszcze ciepłego ciasta, drugi spodek wypełniony owsianymi ciastkami, cukiernica i mlecznik. 

– Mary była taką dobrą kobietą… – Miriam zaczęła wywód, siadając na fotelu naprzeciwko detektywa. Kosmyk siwiejących włosów opadł na poprzecinaną zmarszczkami, zmęczoną twarz. Dłonie splotła na kolanach. Zawiesiła zamyślone spojrzenie gdzieś za ramieniem rozmówcy. – Przyszła do nas w dziewięćdziesiątym czwartym, zaraz po liceum. Czuła powołanie od maleńkości. Od razu wszystkie ją polubiłyśmy. Dla każdego zawsze znalazła dobre słowo, a przy tym była bardzo pomocna i sumienna. Jak zostałam przełożoną, a to w zimie było, to w ramach prezentu przyniosła mi bukiet czosnku, który sama wyhodowała, bo wie pan, w zakonie miałyśmy miejsce na warzywnik. Uwielbiała dzieci, mogłaby całe dnie przesiadywać z sierotami. Jak tylko trafiała do nas jakaś biedna duszyczka, to Mary pierwsza biegła przewijać pieluchy. – Uśmiechnęła się do swoich wspomnień. 

– Rozumiem, że z Rachel było podobnie – zagadnął Grayson. Wyciągnął z kieszeni kurtki notes i długopis.

Zasępiła się. Rozmarzony wzrok powrócił do rzeczywistości. Zacisnęła dłonie tak, że aż pobielały jej knykcie. 

– Mała Rachel… to szczególny przypadek – mruknęła. – Jej biologiczna matka, Angela, przybyła do nas w zaawansowanej ciąży. Była niedożywiona, ktoś się nad nią znęcał, mówiła, że ucieka przed oprawcą. Twierdziła, że nie ma nikogo, do kogo może się zwrócić. Chciałyśmy ją odesłać, ale błagała nas, byśmy pozwoliły jej zostać. Nasz zakon był bardzo zamkniętą społecznością, ale co miałyśmy zrobić, ciężarnej przecież nie wyrzucę za próg. Zaopiekowałyśmy się nią, urodziła Rachel jakoś miesiąc po tym, jak do nas przyszła. To był bardzo szybki poród, nawet lekarz nie zdążył przyjechać, Mary go odbierała. Dwa tygodnie później Angela zniknęła.

Richard zatrzymał się w połowie notowania.

– To znaczy? – Zmarszczył brwi. Sięgnął po ciastko.

– Uciekła. Zostawiła nam Rachel i kartkę z prośbą, by się nią zaopiekować. – Miriam spuściła głowę. – Kilka miesięcy po ucieczce dowiedziałyśmy się, że zakatowano ją na śmierć.

– Bardzo mi przykro – wymamrotał Dick. Szybko zapisał informację. – Znała pani jej nazwisko?

– Niestety, tylko imię. Angela była bardzo skrytą osobą. Może obawiała się, że jej prześladowca ją odnajdzie. – Zaczęła bawić się dłońmi. – Patrząc na to, jak skończyła… – Potrząsnęła głową. – Czy może mi pan powiedzieć, jak umarła Mary? – Podniosła wzrok na detektywa.

Dick przez chwilę rozważał odpowiedź. 

– Próbujemy ustalić, co się dokładnie wydarzyło. Ktoś włamał się do domu. Mary… została zastrzelona – powiedział powoli, uważnie dobierając słowa.

Zapadła cisza. 

– Wszystkie uważałyśmy, że źle skończy – wyznała w końcu przełożona. – Ale nie sądziłam, że stanie się to w ten sposób.

– Co ma pani na myśli? – Zmarszczył brwi. Słowa Miriam nie pasowały mu do wcześniejszych zachwytów nad ofiarą.

– Pewnie miał już pan okazję poznać Rachel. – Znów zacisnęła dłonie. – To bardzo… wyjątkowe dziecko. Na początku była grzeczna jak aniołek, dopiero kiedy jej matka zniknęła… – Oblizała spierzchnięte wargi. – Płakała całe dnie. Jej krzyki budziły pół zakonu w nocy. Było czuć w niej coś, jakby to określić… nieludzkiego. Kiedy człowiek dłużej patrzył w jej oczy, miał wrażenie, jakby tam w środku ktoś jeszcze był, ktoś obcy. Zdarzało się, że pękało przy niej szkło. – Potrząsnęła głową. Upiła łyk kawy. – Próbowałyśmy ją nawet raz egzorcyzmować, ale skończyło się tylko na kolejnej nocy pełnej wrzasków. 

Dick jeszcze nigdy w życiu tak szybko nie notował.

– Zabrzmi to pewnie absurdalnie, ale bałyśmy się jej. Tylko Mary nie dostrzegała, że coś z tą dziewczyną jest nie tak. I tylko przy Mary Rachel się uspokajała. – Westchnęła. – Byłyśmy pewne, że ta mała doprowadzi ją do grobu.

Zapadło milczenie. Miriam powoli sączyła kawę, podczas gdy Dick przetrawiał jej słowa. W świetle nowych informacji, ta dziwna scena ze szpitala, którą wcześniej zrzucił na zmęczenie, zaczęła nabierać sensu. Jeśli w Rachel naprawdę siedziało coś nadnaturalnego, mógł to być powód, dla którego ludzie z tatuażami na nią polowali. Mogło to również wyjaśnić tajemniczą przyczynę zgonu napastnika. 

– Dlatego Mary odeszła z zakonu? – spytał w końcu.

Miriam kiwnęła głową.

– Nie mogła znieść tego, w jaki sposób reszta sióstr patrzyła na Rachel. Odeszła, gdy dziewczynka miała trzy, może cztery miesiące. – Postukała palcami o blat stołu. 

– Rozumiem. – Dick przeleciał wzrokiem sporządzone notatki. Jednym haustem wypił ostygłą już kawę. – Czy jest jeszcze coś, co mogłaby mi pani powiedzieć o Mary i Rachel? Czy może był ktoś, kto im groził? Albo kto o nie pytał?

– Nie wiem nic o żadnych groźbach. Odkąd odeszła, wymieniałyśmy ze sobą tylko kartki na święta. – Pokręciła głową. Zmarszczyła brwi. – Ale owszem, ktoś pytał mnie o Rachel. 

Richard podniósł głowę. Czyżby ludzie od tatuaży?

– Jakieś dwa czy trzy miesiące przed rozwiązaniem zakonu odwiedziła nas przemiła starsza para. Mówili, że są rodzicami Angeli i że dowiedzieli się o tym, że mają wnuczkę, którą bardzo chcieliby odnaleźć. Nie byłam im w stanie pomóc. Wszystkie dokumenty adopcyjne trafiły już wtedy do państwowego archiwum, a i Mary pewnie nie życzyłaby sobie, bym ujawniała jej miejsce zamieszkania. Odesłałam ich. Podziękowali za pomoc i więcej ich już nie zobaczyłam. – Wzruszyła ramionami. – Wydało mi się dziwne, że tak późno dowiedzieli się o Rachel. I że Angela nie zwróciła się do nich po pomoc. 

– Czy pamięta pani może… – Przekartkował notes. Wyciągnął z niego fotografię, zrobioną przez koronera, i podał ją kobiecie. – Czy któreś z nich miało taki tatuaż? Na przykład na nadgarstku albo w jakimś innym miejscu.

Zerknęła przelotnie na kruka z wyciągniętymi szponami. Pokręciła głową.

– Tatuaż? Nie. Ale tamta pani miała broszkę z podobnym motywem. Pamiętam, bo pękł zaczep i o mało nie utopiła jej w kawie. – Uśmiechnęła się. – Wyglądała na drogą, a okazało się, że bubel. 

– Może mi pani powiedzieć coś więcej? Co pani zapamiętała? 

– Cóż, jeśli chodzi o tamtych państwa, to byli bardzo mili i bardzo przeciętni. Oboje średniego wzrostu, on trochę łysiał i miał garbaty nos. Ona za to była bardzo elegancka, trochę aż do przesady. Ta broszka była złota, a ptak był opleciony wieńcem w kształcie litery S. Dopiero jak ten zaczep pękł i spadł, to się okazało, że to stal pomalowana na złoto. Nie przyjrzałam się, ale wydaje mi się, że kamyk w oku ptaka też był tylko kolorowym szkiełkiem. – W zamyśleniu postukała palcem o podbródek. 

Dick sięgnął po talerzyk z ciastem. Nie miał w zwyczaju obżerać się podczas służby, ale wypieki Miriam kusiły słodkim zapachem. Dawno nie miał okazji jeść domowych słodyczy. Woń drożdżowego ciasta boleśnie przypomniała mu o niedzielnych obiadach.

– Czy jest jeszcze coś, co byłaby mi pani w stanie powiedzieć? Jakikolwiek pozornie błahy szczegół może pomóc w sprawie. – Strzepnął okruszki na talerzyk. 

– Mogę panu pokazać zdjęcia z czasów posługi Mary i list, który zostawiła nam Angela – zaoferowała.

– Bardzo dziękuję. – Obdarował ją szerokim uśmiechem. 

Miriam wstała i podeszła do regału. Z najniższej szuflady wyciągnęła stare, lekko zakurzone pudełko po butach i sfatygowany segregator. Karton trafił na kolana detektywa. Kobieta tymczasem zaczęła wertować spięte kartki. 

Dick sięgnął do wypełnionego po brzegi kartonu. Uważnie obejrzał każde zdjęcie. Miriam chętnie służyła pomocą, kiedy o coś dopytywał. Zdjęcia były stare i wyblakłe, znalazło się nawet jedno czarno-białe, przedstawiające budowę zakonu. Na tych, na których pojawiała się Mary, towarzyszyła jej ciągle zmieniająca się gromadka dzieci. Mary w ogrodzie uprawiająca warzywa, Mary udzielająca lekcji sierotom, Mary podczas nabożeństwa… 

– To Rachel, kilka dni po porodzie. – Miriam stuknęła palcem w zdjęcie, na którym widniało malutkie dziecko owinięte pieluchami. – Pierwszy poród w naszym zakonie od siedemdziesiątego czwartego. Wtedy jeszcze była grzeczna. 

Dick zamyślił się. Dziecko na fotografii patrzyło bezrozumnie poza obiektyw, zapewne na osobę robiącą zdjęcie. Wyglądało zupełnie zwyczajnie. Upiorności dodawały mu prześwietlono na czerwone źrenice, ale taki był urok dawnych aparatów – każdy na zdjęciach wyglądał, jakby nawiedził go demon. 

– O, a to list, który zostawiła Angela. – Podała mu wymiętą, lekko pożółkłą kartkę. – Do dziś mam wyrzuty sumienia, że nie powiadomiłyśmy policji. Może to wszystko skończyłoby się inaczej…

Pismo biologicznej matki Rachel było pozbawione ozdobników. Lekko pochylone, niedokładne litery wskazywały na pośpiech osoby piszącej. W liście zawarła tylko krótką prośbę do zakonnic, by zaopiekowały się dziewczyną, i przeprosiny do samej Rachel. 

Miriam kiwnęła głową, gdy zapytał, czy może zabrać list ze sobą. Starannie złożył kartkę na pół i wsunął ją do kieszeni kurtki. Pochylił się nad stołem i znów zapatrzył się w zdjęcia, które rozłożył chronologicznie. 

Był już pewien, że z Rachel było coś nie tak – coś nadnaturalnego, magicznego, z czego dziewczyna mogła sobie nawet nie zdawać sprawy. Prawdopodobnie właśnie z tego powodu polowali na nią ludzie z kruczym tatuażem. Czy to oni ścigali wcześniej także Angelę? Jeśli udałoby mu się dowiedzieć, co tak naprawdę odpowiadało za te wszystkie nienaturalne wydarzenia skupione wokół Rachel, może Dickowi udałoby się także rozwikłać, dlaczego wytatuowanym tak bardzo na niej zależy. 

– Czy ma pani jeszcze dostęp do budynku zakonu? – wypalił znienacka. 

– Nie, oddałam klucze podczas transakcji. – Pokręciła głową. – Jeśli mogę zapytać, dlaczego interesuje pana zakon?

– Pomyślałem, że mógłbym znaleźć tam jeszcze jakieś wskazówki dotyczące mordercy Mary lub samej Angeli. – Wykonał ręką nieokreślony gest w powietrzu. 

– Podejrzewam, że obecny właściciel już dawno posprzątał cele, w których mieszkały – zaczęła powoli Miriam. – Ale jeśli to panu pomoże, mogę zadzwonić i zapytać. Podczas transakcji nowy właściciel zapewniał mnie, że siostry zawsze są mile widziane na terenie zakonu. 

– Będę niezmiernie wdzięczny. Zwłaszcza jeśli zgodzi się pani również mi towarzyszyć. – Uśmiechnął się czarująco.

No bo co miał do stracenia? Dopóki podanie o oddział specjalny wciąż było rozpatrywane, nie miał nic lepszego do roboty. Równie dobrze mógł wybrać się na zwiedzanie starych zakonów.

W końcu Bruce często powtarzał, że nawet najbardziej niepozorny ślad może być tym, który przewróci sprawę do góry nogami.

Prolog

Każdego, kto wszedł do wysokiego, zasnutego półmrokiem holu, witały ustawione wzdłuż ścian figury. Pomimo iż tabliczka głosiła „choć nie święci, pokazują, jak być chrześcijaninem”, twarze wykute w brązie nie przywoływały pozytywnych odczuć. Aurę tajemniczości i wiszącego w ciężkim powietrzu niepokoju potęgowało rozproszone światło, które wpadało przez świetliki w strzelistym suficie. Dopiero na końcu hol rozszerzał się i tworzył rozległe koło. Odchodziło stąd pięć par dwuskrzydłowych, zdobionych drzwi.

– Wiem, że ostatnio wpłynęło sporo darowizn, ale nie spodziewałem się, że będzie nas stać na coś takiego. – Mężczyzna z brodą wszedł do recepcji.

– Coś takiego? – Zza lady wysunęła się kobieta. – Co masz na myśli, bracie? – Uniosła brew.

– No… – zawahał się pod jej świdrującym spojrzeniem. – Coś tak drogiego. Klasztor był z pewnością bardzo kosztowny, sama siostra widzi, jak dobrze jest utrzymany – zawahał się na moment. – Myślałem, że środki mają iść na potrzebujących, nie doczesne przybytki. – Odłożył karton.

Odgiął się mocno. Rozległo się bolesne chrupnięcie. Mężczyzna stęknął, wykonał jeszcze kilka wymachów oraz skrętów i rozejrzał się po pomieszczeniu.

Posadzka była w dużym stopniu zakryta przez pudełka, części mebli i narzędzia, dało się jednak dostrzec misternie zaprojektowany kwiecisty wzór. Każdy element wykonany z największą starannością o szczegóły, od scen biblijnych wyrzeźbionych na solidnych drzwiach, po te namalowane na ścianach. Budynek był zachowany w nad wyraz dobrym stanie, jak na jego wiek. Poprzedni właściciele musieli sumiennie dbać o klasztor przez te wszystkie lata.

„Pewnie stąd jego cena” – pomyślał mężczyzna.

– Koszty odgrywają tutaj drugorzędną rolę – odezwała się w końcu kobieta. Przecięła nożykiem kolejny karton i wypakowując stosy dokumentów, kontynuowała: – Chodzi o znaczenie tego klasztoru i to, że ludzie zaczną inaczej postrzegać Kościół. Stworzymy tutaj ostoję dla potrzebujących, miejsce, gdzie zawsze otrzymają pomoc. Zresztą kimże jesteśmy, by kwestionować wybory Brata Blooda? – Wzruszyła ramionami i posłała mężczyźnie nieprzychylne spojrzenie.

Oboje zamilkli. Mężczyzna przez chwilę jeszcze przyglądał się kobiecie, jak płynnymi i zdecydowanymi ruchami rozcinała kolejne kartony i opróżniała je. W końcu spojrzała na niego ponaglająco, więc ocknął się z letargu i szybko wyszedł po pozostałe pakunki. Za każdym razem, gdy mijał posągi, po plecach przechodziły mu ciarki.

Gdy ostatni stos dokumentów wylądował w jednej z wielu szuflad i wszystkie kable zostały już podłączone do odpowiednich gniazdek, z niewielkiego radia dobiegła czołówka wieczornych wiadomości.

Oboje usiedli i odetchnęli z ulgą. Uwijali się, jak tylko mogli, by skończyć o wyznaczonej godzinie. Nikt nie chciał zawieść Brata Blooda, zwłaszcza że zapowiedział swoją wizytę, by osobiście sprawdzić, jak szły prace.

– Tylko mi wydaje się niecodzienne, że Brat chce przyjść zobaczyć, jak rozpakowujemy kartony? – rzucił zmęczonym głosem. – Specjalnie wrócił z Gotham, by za parę dni znowu tam pojechać, na ten bal charytatywny – stwierdził sceptycznie.

– Najwyraźniej uznał, że dopilnowanie przygotowań nowej siedziby Kościoła jest dla niego bardzo ważne – odparła ze spokojem.

Rozejrzał się jeszcze raz, podrapał po czubku nosa i zapytał:

– Nie uważasz, że te malowidła nieszczególnie pasują do świą… – podjął temat, ale kobieta uciszyła go ostro.

– Cicho – syknęła i podgłośniła radio.

– …Pierwszego Oddziału Specjalnego Stanowego Departamentu Policji. Według statutu ma zajmować się on trudnymi do rozwiązania sprawami kryminalnymi i przestępstwami, co do których istnieje podejrzenie, że zostały w nich użyte kosmiczne technologie lub magia. Właśnie w tym momencie trwa uroczystość zaprzysiężenia dwunastu osób oraz istot pozaziemskich. Na czele oddziału stanie Kory Anders, pomimo protestów środowisk sprzeciwiających się obecności istot pozaziemskich w strukturach publicznych. Na miejscu jest nasz wysłannik…

– Żałosne – prychnął mężczyzna i odchylił się na krześle. – Ludzie powinni zwrócić się do prawdziwego obrońcy, zamiast szukać wsparcia w jakichś kosmitach – sarknął i wyciągnął się, by ściszyć radio.

– Nie ma czym się przejmować. Niech zakładają te swoje śmieszne oddziały. Kiedy przyjdzie czas, przekonają się, że na nic im się one nie zdadzą – skwitowała obojętnie.

– Widziałaś, jak w Gotham wzdychają do tych przebierańców? Batman i Robin, też mi coś – rzucił z niesmakiem. – Powinni tak wzdychać do Brata, on jest prawdziwym wybawcą – dodał z całkowitym przekonaniem w głosie.

Kobieta milczała przez chwilę, skubiąc dolną wargę. Dopiero po chrząknięciu mężczyzny ocknęła się i spojrzała na niego nieco spłoszona.

– Przekonają się, tak.

– Oby jak najszybciej – dodał stanowczo.

Poprawiła spódnicę i ułożyła się wygodniej na krześle.

– Możliwe, że szybciej, niż się spodziewamy – uśmiechnęła się półgębkiem.

– Co masz na myśli? – Pochylił się w jej stronę.

– Z dobrego źródła wiem, że są bardzo blisko odnalezienia naszej zguby – odparła z nutą wyższości. – Podobno wiedzą już, gdzie trafiła po incydencie z jej… matką.

– I?

Kobieta poprawiła metalową bransoletkę, odsłaniając przy tym na moment niewielki tatuaż kruka.

– No mów! – Uderzył pięścią w blat.

Drzwi wejściowe rozwarły się z hukiem. Wbiegła przez nie krępa blondynka.

– Natychmiast… Z Bratem… – wydusiła, zginając się w pół. – Łączcie. – Wysunęła przed siebie plik starych dokumentów. – Znaleźliśmy Kryształ.

4. Przesłuchanie

– Coraz ciekawsze przypadki ściągasz mi na głowę, Grayson. – Charlie z kwaśnym uśmiechem na ustach przywitał detektywa w drzwiach. – Jeszcze trochę i zrobię sobie jakieś bingo ze wszystkimi dziwacznymi śmierciami, które ci się trafiają. – Gestem zaprosił detektywa do prosektorium. 

– Schlebiasz mi. – Richard wyminął koronera i wszedł do środka. 

Nie przepadał za tym miejscem. Prosektorium kojarzyło mu się z salą operacyjną, z której żaden pacjent nie miał szans wyjść żywy. Pomieszczenie było wysterylizowane. Mimo to czuł w nim śmierć. I te rzędy metalowych drzwiczek, za którymi leżały zwłoki… Atmosfery nie poprawiały łagodne światło lamp czy koszulka Charliego zdobiona we wzorek uśmiechniętych bananów.

– Przesłuchałeś już dziewczynę? – zagaił uprzejmie patomorfolog. Zarzucił na grzbiet kitel, naciągnął gumowe jednorazowe rękawice i sięgnął do pierwszych drzwiczek po lewej stronie. Przed Graysonem pojawił się wysuwany metalowy stół, a na nim trup. 

– Lekarka prowadząca nie dała mi się do niej zbliżyć. Dzisiaj po południu mam wizytę. – Dick walczył ze sobą, by się nie skrzywić. Zapadnięta, blada skóra, przerażenie na twarzy… – Co mi jesteś w stanie o nim powiedzieć? – Wbił spojrzenie w lekarza. 

– Tyle, że takiej zagwozdzki to mi do tej pory nie zafundowałeś. – Charlie ku obrzydzeniu detektywa chwycił twarz denata. Uniósł mu powieki. – Miał czterdzieści, maksymalnie czterdzieści dwa lata. Oczywiście żadnych dowodów, jego odcisków nie ma w bazie i tak dalej. Facetowi wybuchł każdy organ w środku, nawet kości nie dały rady. Zrobił się z niego worek ze skóry wypełniony krwią. Myślałem na początku, że to broń soniczna, ale wtedy straciłby też oczy i jaja, a te są nieruszone. 

– No i skąd nastolatka miałaby wziąć taką technologię… – dodał pod nosem detektyw. – Jakieś inne podejrzenia?

– Nie bardzo. Jedyne, co mogę zasugerować, to żebyś przejrzał listę ostatnio złapanych superzłoli, może któryś ma tego typu moce. – Charlie wzruszył ramionami. – A, właśnie. Jest jeszcze tatuaż.

– Tatuaż?

Patomorfolog nie odpowiedział, tylko chwycił zwłoki jedną dłonią za głowę, a drugą za ramię. Obrócił trupa na prawy bok. Na lewej łopatce złowrogo łypał na mężczyzn czarny kruk. Wyciągnięte szpony gotowe były do ataku. 

Dicka zamurowało. 

Kobieta ze szpitala. Miała tatuaż w takim samym kształcie, w takiej samej pozycji.

– Grzebałem trochę z ciekawości, ale nie znalazłem nic konkretnego na temat symboliki, wiesz, stara dobra zapowiedź śmierci i tak dalej. Nie mieliśmy tu też żadnych innych umarlaków z taką dziarą. – Charlie ostrożnie ustawił zwłoki w poprzedniej pozycji. Wsunął stół na miejsce i zatrzasnął drzwiczki. – I to w sumie tyle. Wybacz, że nie byłem w stanie bardziej pomóc. 

– Pomogłeś i to bardzo. – Dick potarł w zamyśleniu podbródek. Dopiero wtedy zauważył, że zapomniał się rano ogolić. – Dzięki. Dam ci znać, jak już przesłucham dziewczynę. 

Pożegnał się z lekarzem i w zamyśleniu opuścił prosektorium. Wbił ręce w kieszenie kurtki i ruszył przez parking w stronę porsche. Jego mózg pracował na wyższych obrotach. 

Wsiadł do samochodu i przez długą chwilę przyglądał się desce rozdzielczej. Teoria o sonicznej broni odpadła w przedbiegach. Ta o supermocach wydawała mu się mało prawdopodobna, ale może Charlie miał rację. Może pojawił się jakiś złoczyńca, który potrafił sprawić, ze ludzie implodowali. Czy tym kimś była Rachel? 

Według świadków w domu mieli znajdować się tylko ona, jej matka i teraz już martwy napastnik. Ktoś o nieludzkich zdolnościach mógłby się teleportować do środka, ale dlaczego pozwoliłby uciec dziewczynie? Dick powinien poprosić komisarza, żeby wysłał ekipę od magicznego skanowania miejsc zbrodni. Oni byliby w stanie potwierdzić lub obalić teorię z teleportacją. Musiał tylko napisać bardzo przekonujące podanie. 

No i najważniejsza kwestia – tatuaż. W normalnych warunkach można go było uznać za popularny wzór, ale identyczny rysunek na dwóch osobach powiązanych z tą samą sprawą był już podejrzany. 

W głowie detektywa rozdzwoniły się wszystkie alarmy. Zacisnął dłonie na kierownicy i zmarszczył brwi. Dwójka ludzi, jeden martwy facet i druga bardzo żywa kobieta. Jedno zaatakowało rodzinę Rachel, a drugie chciało uzyskać na jej temat informacje. Ten sam tatuaż, ale co oznaczał? Byli członkami jakiejś sekty albo gangu? Richard przewertował w myślach każdą podejrzaną organizację, jaką znał, ale kruk nigdzie nie pasował. Może na ulicach Detroit zalęgło się nowe niebezpieczeństwo, o którym do tej pory policja nie miała pojęcia. Rodzina Wolfman mogła należeć do czegoś nielegalnego. Może wydarzyło się coś, po czym konieczne stało się doniesienie na grupę. A jak wiadomo, przestępczy półświatek nie ma litości dla donosicieli. Tylko w takim razie dlaczego pozwolili Rachel uciec?

Dick zachłysnął się powietrzem. Nie pozwolili jej uciec. Rachel jakimś cudem udało się uniknąć śmierci. Może ktoś popełnił błąd. Dziewczyna uciekła. Ta kobieta w szpitalu miała posprzątać bałagan. 

A jeśli jego podejrzenia były słuszne, to Rachel wciąż była w niebezpieczeństwie.

 

***

 

Rachel przyglądała się ukradkiem pielęgniarce. Podchodząca pod pięćdziesiątkę kobieta założyła na haczyk worek z przezroczystą substancją i odkręciła zawór. Płyn zaczął sączyć się w stronę wenflonu, który wbito Rachel w lewą rękę. Dziewczyna usilnie omijała wzrokiem to miejsce; na samą myśl o kilkucentymetrowej igle wkłutej w żyłę robiło jej się niedobrze..

Pielęgniarka posłała dziewczynie przyjazny uśmiech, zostawiła kubek z wodą na szafce obok łóżka i podeszła do okna, by odsunąć roletę. 

– Za niedługo przyjdzie do ciebie ktoś z policji – oznajmiła. – Na moje oko to powinni z tym jeszcze trochę poczekać, ale jeśli lekarz wydał takie pozwolenie, to co będę dyskutować – dodała ni to do siebie, ni do dziewczyny. 

Pielęgniarka wyszła, zostawiając Rachel sam na sam z przytłaczającymi myślami. Niepewność zjadała ją od środka i generowała ogrom czarnych scenariuszy. Nie wiedziała, co się z nią teraz stanie. Nie miała pojęcia, czy został jej ktokolwiek z rodziny. Nie znała nawet swojej biologicznej matki, która zostawiła ją, gdy była jeszcze mała. Czy trafi do domu dziecka? A może do więzienia? W końcu zabiła człowieka. 

Zacisnęła powieki i policzyła od dziesięciu w dół. Musiała się uspokoić. Rozproszyć myśli. 

Sięgnęła po pilot i włączyła niewielki telewizor wiszący w rogu pokoju. Przełączyła kanały kilkukrotnie. Zatrzymała się dopiero na popołudniowym wydaniu wiadomości. Czerwone, pogrubione słowo krwi” przykuło jej uwagę.  

Windsor: Otwarcie ośrodka leczenia uzależnień ufundowanego przez Kościół Krwi”. Zgromadzony tłum przed nowoczesną bryłą budynku, mównica naprzeciwko wejścia i wianuszek ważnych osobistości dookoła. Patos i rozdmuchiwanie podobnych wydarzeń odrzucał Rachel, ale tym razem coś powstrzymywało ją przed przełączeniem kanału. Chciała wysłuchać kobiety, która właśnie ustawiała odpowiednio mikrofon. 

– Moi drodzy – odezwała się mocnym, dźwięcznym głosem. – Fundamentem Kościoła Krwi jest pomoc bliźnim doznającym trudności i mierzącym się z niesprzyjającym im losem. – Uniosła rozłożoną dłoń. – Wspieramy biednych, potrzebujących i zagubionych. Jesteśmy ostoją dla ludzi, którzy zostali odrzuceni przez wszystkich. Chcemy zmieniać świat na lepsze, chronić go przed…

Drzwi otworzyły się z rozmachem.

Rachel aż podskoczyła. Odruchowo wyłączyła telewizor i wyprostowała się.

Młody mężczyzna zlustrował ją uważnie i zamknął za sobą drzwi. 

– Wybacz, nie chciałem cię wystraszyć.

Podszedł powoli, przyglądając się Rachel badawczo. Przysunął sobie krzesło do łóżka, zdjął skórzaną kurtkę i przewiesił ją przez oparcie.

Rachel próbowała zamaskować strach i niepewność, lecz nie mogła wytrzymać spojrzenia szatyna.

Zerkała przelotnie na jego twarz. Miała wrażenie, że gdzieś ją już widziała. 

– Detektyw Richard Grayson – przedstawił się spokojnym głosem. – Rachel Roth? – spytał i przekrzywił lekko głowę.

– Tak – mruknęła ledwo słyszalnie.

Chwyciła stojący obok kubek w obie dłonie i upiła łyk wody.

– Chciałem z tobą porozmawiać – podjął ostrożnie, nie spuszczając z niej wzroku. – Próbujemy ustalić, co zaszło w twoim domu.

Dziewczyna wciąż trzymała kubek, by zająć czymś drżące ręce. Pochyliła nieco głowę, zasłaniając twarz zmierzwionymi włosami.

– Wiem, jak to jest stracić kogoś bliskiego. I wiem, jak bolesne jest nawet o tym myśleć, jednak chciałbym cię prosić, byś pomogła mi odkryć prawdę – ważąc dokładnie każde słowo, wyciągnął z kieszeni kurtki niewielki notatnik i długopis. – Od zawsze mieszkałaś w tym domu? – spytał spokojnie. 

– Tak, odkąd pamiętam – odparła powoli.

Gdy Richard spuścił wzrok na notatnik, Rachel przyjrzała mu się uważniej. 

Nigdy nie była najlepsza w ocenianiu wieku po wyglądzie. Dałaby mu nie więcej niż trzydzieści lat, choć zmęczenie i kilkudniowy zarost mogły go nieco postarzać. Rachel nie dostrzegła też obrączki. 

Detektyw odruchowo przeczesał włosy, mierzwiąc je jeszcze bardziej.

– Zdarzyło się, by ktoś wam groził? Może to być cokolwiek, nawet coś pozornie bez znaczenia. 

Oderwał się od notatnika i ich spojrzenia spotkały się na sekundę. 

– Nie, nic się nie działo. – Uciekła wzrokiem na bok.

– Widziałem, że zdarzały się wezwania policji w nocy – rzucił i podrapał się po zarośniętej szczęce.

– To jeden z sąsiadów – zawahała się. – Bardzo ceni sobie ciszę w nocy – dodała, uważnie ważąc słowa. 

– A co mu ją zakłócało? – spytał z zaciekawieniem. 

– Bywa, że krzyczę przez sen – odparła niechętnie po chwili milczenia. – Taka moja natura. –

Uśmiechnęła się krzywo.

Detektyw nabrał oddechu, by coś powiedzieć, ale powstrzymał się. 

– Gdy wróciłaś do domu, włamywacz już w nim był?

– Tak – wydusiła.

W głowie zaczęła odtwarzać wspomnienie. Krok po kroku, obraz po obrazie. Weszła na werandę, odbicie ją ostrzegło, ale je zignorowała.

– Zanim weszłaś do środka, coś zwróciło twoją uwagę? Wydało się podejrzane? – ciągnął.

– Nie, wszystko wyglądało normalnie – odparła.

Gdyby powiedziała mu o demonicznym odbiciu, czy od razu wysłałby ją do szpitala psychiatrycznego? Może ściągnąłby egzorcystę? Albo uznałby, że bredzi po doznanym szoku?

– Rozpoznałaś włamywacza? 

Pokręciła głową. Gardło zaciskało się coraz bardziej i miała wrażenie, że jeszcze trochę, a zacznie się dusić.

– Mogłabyś mi odpowiedzieć, co działo się potem? – spytał i pochylił się nieco, by móc spojrzeć na jej twarz.

– Przystawił jej pistolet do głowy – wydusiła drżącym głosem. 

Tama błogiego spokoju zbudowana ze środków uspokajających zaczynała powoli pękać. Obraz przerażonej matki. Strach paraliżujący nastolatkę.

Zacisnęła mocniej palce na kubku. Dolna warga zaczęła delikatnie drgać. Przygryzła ją i spróbowała wziąć głęboki wdech nosem. Gardło zwęziło się jeszcze bardziej. Przeszył ją lęk, że zaraz stanie się trzecią ofiarą.

– Hej, popatrz na mnie. – Dick zareagował błyskawicznie, ale ze spokojem. – Jeśli nie jesteś gotowa, nie musisz mi o tym opowiadać – zapewnił i wyciągnął ręce przed siebie w pokojowym geście. 

– On zabił ją – wydukała między urywanymi oddechami. – A potem…potem… – Wciągnęła głośno powietrze. – On był… martwy – wyrzuciła na wydechu z wielkim wysiłkiem.

Wspomnienia uderzyły w nią z pełną mocą. Dopiero po chwili dotarł do niej sens wypowiedzianych właśnie słów. 

Mocno zacisnęła powieki i dłonie. Kubek w sekundę rozprysł się we wszystkie strony. Oboje gwałtownie odchylili się do tyłu. 

– P-P-Prze-Przepraszam – wydukała, kuląc się.

– Nic się nie stało – odparł, strzepnąwszy z koszuli fragmenty szkła.

Rachel podciągnęła kolana pod brodę, przez co odłamki posypały się na podłogę. Wczepiła palce w nogi i wymamrotała coś pod nosem.

Dick pochylił się, by zobaczyć jej twarz spomiędzy włosów.

– Nie wiem, jak to się stało – wyrzucała z siebie zduszonym głosem. – Wystraszyłam się, jakbym zemdlała, w jednej chwili on stał, a potem osunął się na ziemię razem z nią, a ja się nawet nie ruszyłam – bełkotała, cała rozedrgana.

Myśli Rachel pędziły jeszcze szybciej niż słowa, które z siebie wyrzuciła. Sama już nie wiedziała, co było prawdą, a co urojeniami. Demon podpowiedział jej, by zabić mordercę. 

I zabiła.

Nie miała pojęcia jak, ale to zrobiła. Zło siedzące w niej znalazło ujście, nigdy wcześniej się to nie zdarzyło. Teraz, gdy stała się zagrożeniem dla innych, poczuła się zupełnie zagubiona.

– Miałam tylko ją – wyszeptała. Ukryła twarz w dłoniach, rozcierając mokre ślady łez. – Zostałam sama. – Pociągnęłą nosem.

Włosy przysłaniały jej detektywa, ale i bez tego mogła powiedzieć, że nie wiedział, jak zareagować. Choć był zakłopotany, rozumiał ją. Czuła to.

– Wiem, jak to jest – zapewnił. – Z czasem będzie lepiej. 

Uniosła głowę i spojrzała na niego. Patrzyli sobie chwilę w oczy, po czym Richard posłał jej słaby, pokrzepiający uśmiech. 

Napisał coś szybko w notatniku i wyrwał stronę. 

– To mój numer, gdyby coś ci się przypomniało. – Podał jej kartkę.

Sięgnęła po nią niepewnie. Ręce jej lekko drżały, a przez zaszklone oczy wszystko było nieco rozmazane.
 

Chwyciła kartkę, przypadkiem dotykając jego dłoni. 

Błysk. Echa dźwięków. Przebitki obrazów. Krzyki, łzy, kolorowe światła. 

Przeszył ją ból straty. Podobny do tego, który sama odczuwała. 

Otwarła szeroko oczy. Siedziała niemal na krawędzi łóżka, ciężko oddychając. Co się właśnie stało?

Spojrzała na detektywa. 

Tak jak zazwyczaj nie miała problemu z odczytywaniem emocji innych, tak z jego twarzy nie mogła nic wywnioskować.

Skuliła się ze strachu.

Richard wstał gwałtownie, szurając przy tym krzesłem. 

– Na pewno przyjdzie do ciebie pracownik socjalny – poinformował formalnym tonem, narzucając na siebie kurtkę. – Ktoś się tobą zajmie, nie martw się. 

Odstawił krzesło pod ścianę, posłał jej przelotne spojrzenie i wyszedł. 

Rachel miała dużo czasu, by próbować zrozumieć. Czy miała halucynacje? Wstrząśnienie mózgu? Albo kompletnie traciła rozum? Może zszargane nerwy mieszały jej zmysły, by poradzić sobie ze stratą? Jednak nie było to wyłącznie w jej głowie. Detektyw poczuł to samo, co ona; widziała to w jego zaskoczonych, ciemnobrązowych oczach.

Więc czym było to coś?

***

 

Przetarł zmęczone oczy. Oparcie krzesła skrzypnęło, kiedy odchylił się do tyłu. Zegarek w telefonie wskazywał grubo po pierwszej. Zrezygnowany Dick ziewnął i przeleciał jeszcze raz wzrokiem treść pisanego od kilku godzin maila. W końcu mruknął coś pod nosem i kliknął “wyślij”. Nienawidził papierkowej roboty.

Jeszcze nigdy się tak nie postarał, jak przy tworzeniu tego podania. Zebrał, uporządkował i dołączył wszystkie możliwe dowody, jakie tylko miał. Jeśli przełożonemu to nie wystarczy, będzie musiał poszukać pomocy na własną rękę. Nie znał co prawda zbyt dużej ilości istot nadnaturalnych, które wiedziały cokolwiek o policyjnej robocie, a jednocześnie nie pracowały dla Ligii, ale ktoś na pewno by się znalazł. Najwyżej poprosi Batmana o pomoc.

Uśmiechnął się kwaśno. Prędzej świat stanie w płomieniach, niż poprosi go o cokolwiek.

Wstał od komputera i przeciągnął się. Coś chrupnęło mu w kręgosłupie. Idąc w stronę aneksu kuchennego, walnął stopą w czekający od roku na rozpakowanie karton. Dick zdecydowanie powinien tu posprzątać. 

Ominął wzrokiem zawalony naczyniami zlewozmywak i sięgnął do lodówki po puszkę korzennego piwa. Nie przepadał za alkoholem, ale szybciej po nim zasypiał. A po ostatnich nieprzespanych nocach bardzo potrzebował snu. 

Oparł się o blat kuchenny. Nie zdążył nawet otworzyć puszki, kiedy rozdzwonił się telefon. Natychmiast ruszył w stronę biurka, przy okazji odstawiając napój na stolik do kawy w części wypoczynkowej.

– Halo? – Resztkami silnej woli zdusił ziewnięcie.

– Detektyw Grayson? Tu Renee Montoya – usłyszał w słuchawce. – Dostałam rozkaz, by raportować panu wszystkie osoby, które będą chciały odwiedzić podejrzaną.

– A, tak. – Dick potarł czoło. Renee. Ta nowa, której wcisnęli pilnowanie sali szpitalnej Rachel. – I jak?

– Jakieś dziesięć minut temu mężczyzna, który przedstawił się jako Robert Lee, próbował się do niej dostać. Tłumaczył, że jest przedstawicielem prawnym Związku Domów dla Sierot. Chciał z nią rozmawiać o, cytuję: “kilku pilnych formalnych sprawach”.

Zmarszczył brwi.

– O wpół do drugiej w nocy?

– Rzecz jasna nie dopuściłam go do podejrzanej. Odgrażał się, że wróci jutro z nakazem, ale nie doprecyzował, jakim konkretnie. – Renee brzmiała na równie zmęczoną, co Grayson. 

– Dzięki za informację, dobra robota. Wiszę ci jutro kawę. – Rozłączył się i rzucił telefon na kanapę, na której sam wylądował chwilę później. Otworzył puszkę i pociągnął łyk piwa. 

Cała ta sprawa robiła się dziwniejsza z minuty na minutę. Najpierw ta kobieta w szpitalu, teraz jakiś prawnik… Ktokolwiek chciał dorwać dziewczynę, ewidentnie tracił cierpliwość. A to oznaczało, że mógł posunąć się do bardziej drastycznych środków. 

Rachel wciąż groziło niebezpieczeństwo. 

Pociągnął kolejny łyk. Dlaczego tym ludziom tak bardzo na niej zależało? Jasne, była niedoszłą ofiarą morderstwa i najważniejszym świadkiem. Nie znała jednak napastnika i jej zeznania, szczerze mówiąc, nie wniosły za dużo do sprawy. Ktoś jednak dwoił się i troił, by się do niej dostać. Chcieli ją przesłuchać, sprzątnąć, czy może chodziło o coś innego?

Dick w zamyśleniu potarł miejsce, które wcześniej tej nocy dotknęła Rachel. Przypomniał sobie mieszankę emocji i obrazów, która go wtedy zalała. To było dziwne. Na początku myślał, że to wszystko mu się przywidziało – jego rodzice również zmarli na jego oczach, był empatycznym gościem, widok dziewczyny, która przeżyła to samo, co on, mógł uruchomić wypierane wspomnienia. Teraz jednak przywołał w pamięci całą scenę. Zmarszczył brwi. Może młoda jednak była w jakiś sposób magiczna? Jeśli miała moc, zwłaszcza taką, która działa pod wpływem silnych emocji, mogła na niego wpłynąć. Mogła też zabić napastnika, nie zdając sobie z tego sprawy. Zwykła reakcja obronna organizmu. 

Dick wsunął rękę pod głowę i wbił wzrok w sufit. Teoria z magią wyjaśniała sporo, ale nie rozwiązywała całej zagadki. A jeśli nawet młoda posiadała jakąś moc, raczej nie zdawała sobie z niej sprawy. 

Ziewnął i obrócił się na bok. Zasnął, wciąż myśląc o Rachel.

^