Prolog

Każdego, kto wszedł do wysokiego, zasnutego półmrokiem holu, witały ustawione wzdłuż ścian figury. Pomimo iż tabliczka głosiła „choć nie święci, pokazują, jak być chrześcijaninem”, twarze wykute w brązie nie przywoływały pozytywnych odczuć. Aurę tajemniczości i wiszącego w ciężkim powietrzu niepokoju potęgowało rozproszone światło, które wpadało przez świetliki w strzelistym suficie. Dopiero na końcu hol rozszerzał się i tworzył rozległe koło. Odchodziło stąd pięć par dwuskrzydłowych, zdobionych drzwi.

– Wiem, że ostatnio wpłynęło sporo darowizn, ale nie spodziewałem się, że będzie nas stać na coś takiego. – Mężczyzna z brodą wszedł do recepcji.

– Coś takiego? – Zza lady wysunęła się kobieta. – Co masz na myśli, bracie? – Uniosła brew.

– No… – zawahał się pod jej świdrującym spojrzeniem. – Coś tak drogiego. Klasztor był z pewnością bardzo kosztowny, sama siostra widzi, jak dobrze jest utrzymany – zawahał się na moment. – Myślałem, że środki mają iść na potrzebujących, nie doczesne przybytki. – Odłożył karton.

Odgiął się mocno. Rozległo się bolesne chrupnięcie. Mężczyzna stęknął, wykonał jeszcze kilka wymachów oraz skrętów i rozejrzał się po pomieszczeniu.

Posadzka była w dużym stopniu zakryta przez pudełka, części mebli i narzędzia, dało się jednak dostrzec misternie zaprojektowany kwiecisty wzór. Każdy element wykonany z największą starannością o szczegóły, od scen biblijnych wyrzeźbionych na solidnych drzwiach, po te namalowane na ścianach. Budynek był zachowany w nad wyraz dobrym stanie, jak na jego wiek. Poprzedni właściciele musieli sumiennie dbać o klasztor przez te wszystkie lata.

„Pewnie stąd jego cena” – pomyślał mężczyzna.

– Koszty odgrywają tutaj drugorzędną rolę – odezwała się w końcu kobieta. Przecięła nożykiem kolejny karton i wypakowując stosy dokumentów, kontynuowała: – Chodzi o znaczenie tego klasztoru i to, że ludzie zaczną inaczej postrzegać Kościół. Stworzymy tutaj ostoję dla potrzebujących, miejsce, gdzie zawsze otrzymają pomoc. Zresztą kimże jesteśmy, by kwestionować wybory Brata Blooda? – Wzruszyła ramionami i posłała mężczyźnie nieprzychylne spojrzenie.

Oboje zamilkli. Mężczyzna przez chwilę jeszcze przyglądał się kobiecie, jak płynnymi i zdecydowanymi ruchami rozcinała kolejne kartony i opróżniała je. W końcu spojrzała na niego ponaglająco, więc ocknął się z letargu i szybko wyszedł po pozostałe pakunki. Za każdym razem, gdy mijał posągi, po plecach przechodziły mu ciarki.

Gdy ostatni stos dokumentów wylądował w jednej z wielu szuflad i wszystkie kable zostały już podłączone do odpowiednich gniazdek, z niewielkiego radia dobiegła czołówka wieczornych wiadomości.

Oboje usiedli i odetchnęli z ulgą. Uwijali się, jak tylko mogli, by skończyć o wyznaczonej godzinie. Nikt nie chciał zawieść Brata Blooda, zwłaszcza że zapowiedział swoją wizytę, by osobiście sprawdzić, jak szły prace.

– Tylko mi wydaje się niecodzienne, że Brat chce przyjść zobaczyć, jak rozpakowujemy kartony? – rzucił zmęczonym głosem. – Specjalnie wrócił z Gotham, by za parę dni znowu tam pojechać, na ten bal charytatywny – stwierdził sceptycznie.

– Najwyraźniej uznał, że dopilnowanie przygotowań nowej siedziby Kościoła jest dla niego bardzo ważne – odparła ze spokojem.

Rozejrzał się jeszcze raz, podrapał po czubku nosa i zapytał:

– Nie uważasz, że te malowidła nieszczególnie pasują do świą… – podjął temat, ale kobieta uciszyła go ostro.

– Cicho – syknęła i podgłośniła radio.

– …Pierwszego Oddziału Specjalnego Stanowego Departamentu Policji. Według statutu ma zajmować się on trudnymi do rozwiązania sprawami kryminalnymi i przestępstwami, co do których istnieje podejrzenie, że zostały w nich użyte kosmiczne technologie lub magia. Właśnie w tym momencie trwa uroczystość zaprzysiężenia dwunastu osób oraz istot pozaziemskich. Na czele oddziału stanie Kory Anders, pomimo protestów środowisk sprzeciwiających się obecności istot pozaziemskich w strukturach publicznych. Na miejscu jest nasz wysłannik…

– Żałosne – prychnął mężczyzna i odchylił się na krześle. – Ludzie powinni zwrócić się do prawdziwego obrońcy, zamiast szukać wsparcia w jakichś kosmitach – sarknął i wyciągnął się, by ściszyć radio.

– Nie ma czym się przejmować. Niech zakładają te swoje śmieszne oddziały. Kiedy przyjdzie czas, przekonają się, że na nic im się one nie zdadzą – skwitowała obojętnie.

– Widziałaś, jak w Gotham wzdychają do tych przebierańców? Batman i Robin, też mi coś – rzucił z niesmakiem. – Powinni tak wzdychać do Brata, on jest prawdziwym wybawcą – dodał z całkowitym przekonaniem w głosie.

Kobieta milczała przez chwilę, skubiąc dolną wargę. Dopiero po chrząknięciu mężczyzny ocknęła się i spojrzała na niego nieco spłoszona.

– Przekonają się, tak.

– Oby jak najszybciej – dodał stanowczo.

Poprawiła spódnicę i ułożyła się wygodniej na krześle.

– Możliwe, że szybciej, niż się spodziewamy – uśmiechnęła się półgębkiem.

– Co masz na myśli? – Pochylił się w jej stronę.

– Z dobrego źródła wiem, że są bardzo blisko odnalezienia naszej zguby – odparła z nutą wyższości. – Podobno wiedzą już, gdzie trafiła po incydencie z jej… matką.

– I?

Kobieta poprawiła metalową bransoletkę, odsłaniając przy tym na moment niewielki tatuaż kruka.

– No mów! – Uderzył pięścią w blat.

Drzwi wejściowe rozwarły się z hukiem. Wbiegła przez nie krępa blondynka.

– Natychmiast… Z Bratem… – wydusiła, zginając się w pół. – Łączcie. – Wysunęła przed siebie plik starych dokumentów. – Znaleźliśmy Kryształ.

4. Przesłuchanie

– Coraz ciekawsze przypadki ściągasz mi na głowę, Grayson. – Charlie z kwaśnym uśmiechem na ustach przywitał detektywa w drzwiach. – Jeszcze trochę i zrobię sobie jakieś bingo ze wszystkimi dziwacznymi śmierciami, które ci się trafiają. – Gestem zaprosił detektywa do prosektorium. 

– Schlebiasz mi. – Richard wyminął koronera i wszedł do środka. 

Nie przepadał za tym miejscem. Prosektorium kojarzyło mu się z salą operacyjną, z której żaden pacjent nie miał szans wyjść żywy. Pomieszczenie było wysterylizowane. Mimo to czuł w nim śmierć. I te rzędy metalowych drzwiczek, za którymi leżały zwłoki… Atmosfery nie poprawiały łagodne światło lamp czy koszulka Charliego zdobiona we wzorek uśmiechniętych bananów.

– Przesłuchałeś już dziewczynę? – zagaił uprzejmie patomorfolog. Zarzucił na grzbiet kitel, naciągnął gumowe jednorazowe rękawice i sięgnął do pierwszych drzwiczek po lewej stronie. Przed Graysonem pojawił się wysuwany metalowy stół, a na nim trup. 

– Lekarka prowadząca nie dała mi się do niej zbliżyć. Dzisiaj po południu mam wizytę. – Dick walczył ze sobą, by się nie skrzywić. Zapadnięta, blada skóra, przerażenie na twarzy… – Co mi jesteś w stanie o nim powiedzieć? – Wbił spojrzenie w lekarza. 

– Tyle, że takiej zagwozdzki to mi do tej pory nie zafundowałeś. – Charlie ku obrzydzeniu detektywa chwycił twarz denata. Uniósł mu powieki. – Miał czterdzieści, maksymalnie czterdzieści dwa lata. Oczywiście żadnych dowodów, jego odcisków nie ma w bazie i tak dalej. Facetowi wybuchł każdy organ w środku, nawet kości nie dały rady. Zrobił się z niego worek ze skóry wypełniony krwią. Myślałem na początku, że to broń soniczna, ale wtedy straciłby też oczy i jaja, a te są nieruszone. 

– No i skąd nastolatka miałaby wziąć taką technologię… – dodał pod nosem detektyw. – Jakieś inne podejrzenia?

– Nie bardzo. Jedyne, co mogę zasugerować, to żebyś przejrzał listę ostatnio złapanych superzłoli, może któryś ma tego typu moce. – Charlie wzruszył ramionami. – A, właśnie. Jest jeszcze tatuaż.

– Tatuaż?

Patomorfolog nie odpowiedział, tylko chwycił zwłoki jedną dłonią za głowę, a drugą za ramię. Obrócił trupa na prawy bok. Na lewej łopatce złowrogo łypał na mężczyzn czarny kruk. Wyciągnięte szpony gotowe były do ataku. 

Dicka zamurowało. 

Kobieta ze szpitala. Miała tatuaż w takim samym kształcie, w takiej samej pozycji.

– Grzebałem trochę z ciekawości, ale nie znalazłem nic konkretnego na temat symboliki, wiesz, stara dobra zapowiedź śmierci i tak dalej. Nie mieliśmy tu też żadnych innych umarlaków z taką dziarą. – Charlie ostrożnie ustawił zwłoki w poprzedniej pozycji. Wsunął stół na miejsce i zatrzasnął drzwiczki. – I to w sumie tyle. Wybacz, że nie byłem w stanie bardziej pomóc. 

– Pomogłeś i to bardzo. – Dick potarł w zamyśleniu podbródek. Dopiero wtedy zauważył, że zapomniał się rano ogolić. – Dzięki. Dam ci znać, jak już przesłucham dziewczynę. 

Pożegnał się z lekarzem i w zamyśleniu opuścił prosektorium. Wbił ręce w kieszenie kurtki i ruszył przez parking w stronę porsche. Jego mózg pracował na wyższych obrotach. 

Wsiadł do samochodu i przez długą chwilę przyglądał się desce rozdzielczej. Teoria o sonicznej broni odpadła w przedbiegach. Ta o supermocach wydawała mu się mało prawdopodobna, ale może Charlie miał rację. Może pojawił się jakiś złoczyńca, który potrafił sprawić, ze ludzie implodowali. Czy tym kimś była Rachel? 

Według świadków w domu mieli znajdować się tylko ona, jej matka i teraz już martwy napastnik. Ktoś o nieludzkich zdolnościach mógłby się teleportować do środka, ale dlaczego pozwoliłby uciec dziewczynie? Dick powinien poprosić komisarza, żeby wysłał ekipę od magicznego skanowania miejsc zbrodni. Oni byliby w stanie potwierdzić lub obalić teorię z teleportacją. Musiał tylko napisać bardzo przekonujące podanie. 

No i najważniejsza kwestia – tatuaż. W normalnych warunkach można go było uznać za popularny wzór, ale identyczny rysunek na dwóch osobach powiązanych z tą samą sprawą był już podejrzany. 

W głowie detektywa rozdzwoniły się wszystkie alarmy. Zacisnął dłonie na kierownicy i zmarszczył brwi. Dwójka ludzi, jeden martwy facet i druga bardzo żywa kobieta. Jedno zaatakowało rodzinę Rachel, a drugie chciało uzyskać na jej temat informacje. Ten sam tatuaż, ale co oznaczał? Byli członkami jakiejś sekty albo gangu? Richard przewertował w myślach każdą podejrzaną organizację, jaką znał, ale kruk nigdzie nie pasował. Może na ulicach Detroit zalęgło się nowe niebezpieczeństwo, o którym do tej pory policja nie miała pojęcia. Rodzina Wolfman mogła należeć do czegoś nielegalnego. Może wydarzyło się coś, po czym konieczne stało się doniesienie na grupę. A jak wiadomo, przestępczy półświatek nie ma litości dla donosicieli. Tylko w takim razie dlaczego pozwolili Rachel uciec?

Dick zachłysnął się powietrzem. Nie pozwolili jej uciec. Rachel jakimś cudem udało się uniknąć śmierci. Może ktoś popełnił błąd. Dziewczyna uciekła. Ta kobieta w szpitalu miała posprzątać bałagan. 

A jeśli jego podejrzenia były słuszne, to Rachel wciąż była w niebezpieczeństwie.

 

***

 

Rachel przyglądała się ukradkiem pielęgniarce. Podchodząca pod pięćdziesiątkę kobieta założyła na haczyk worek z przezroczystą substancją i odkręciła zawór. Płyn zaczął sączyć się w stronę wenflonu, który wbito Rachel w lewą rękę. Dziewczyna usilnie omijała wzrokiem to miejsce; na samą myśl o kilkucentymetrowej igle wkłutej w żyłę robiło jej się niedobrze..

Pielęgniarka posłała dziewczynie przyjazny uśmiech, zostawiła kubek z wodą na szafce obok łóżka i podeszła do okna, by odsunąć roletę. 

– Za niedługo przyjdzie do ciebie ktoś z policji – oznajmiła. – Na moje oko to powinni z tym jeszcze trochę poczekać, ale jeśli lekarz wydał takie pozwolenie, to co będę dyskutować – dodała ni to do siebie, ni do dziewczyny. 

Pielęgniarka wyszła, zostawiając Rachel sam na sam z przytłaczającymi myślami. Niepewność zjadała ją od środka i generowała ogrom czarnych scenariuszy. Nie wiedziała, co się z nią teraz stanie. Nie miała pojęcia, czy został jej ktokolwiek z rodziny. Nie znała nawet swojej biologicznej matki, która zostawiła ją, gdy była jeszcze mała. Czy trafi do domu dziecka? A może do więzienia? W końcu zabiła człowieka. 

Zacisnęła powieki i policzyła od dziesięciu w dół. Musiała się uspokoić. Rozproszyć myśli. 

Sięgnęła po pilot i włączyła niewielki telewizor wiszący w rogu pokoju. Przełączyła kanały kilkukrotnie. Zatrzymała się dopiero na popołudniowym wydaniu wiadomości. Czerwone, pogrubione słowo krwi” przykuło jej uwagę.  

Windsor: Otwarcie ośrodka leczenia uzależnień ufundowanego przez Kościół Krwi”. Zgromadzony tłum przed nowoczesną bryłą budynku, mównica naprzeciwko wejścia i wianuszek ważnych osobistości dookoła. Patos i rozdmuchiwanie podobnych wydarzeń odrzucał Rachel, ale tym razem coś powstrzymywało ją przed przełączeniem kanału. Chciała wysłuchać kobiety, która właśnie ustawiała odpowiednio mikrofon. 

– Moi drodzy – odezwała się mocnym, dźwięcznym głosem. – Fundamentem Kościoła Krwi jest pomoc bliźnim doznającym trudności i mierzącym się z niesprzyjającym im losem. – Uniosła rozłożoną dłoń. – Wspieramy biednych, potrzebujących i zagubionych. Jesteśmy ostoją dla ludzi, którzy zostali odrzuceni przez wszystkich. Chcemy zmieniać świat na lepsze, chronić go przed…

Drzwi otworzyły się z rozmachem.

Rachel aż podskoczyła. Odruchowo wyłączyła telewizor i wyprostowała się.

Młody mężczyzna zlustrował ją uważnie i zamknął za sobą drzwi. 

– Wybacz, nie chciałem cię wystraszyć.

Podszedł powoli, przyglądając się Rachel badawczo. Przysunął sobie krzesło do łóżka, zdjął skórzaną kurtkę i przewiesił ją przez oparcie.

Rachel próbowała zamaskować strach i niepewność, lecz nie mogła wytrzymać spojrzenia szatyna.

Zerkała przelotnie na jego twarz. Miała wrażenie, że gdzieś ją już widziała. 

– Detektyw Richard Grayson – przedstawił się spokojnym głosem. – Rachel Roth? – spytał i przekrzywił lekko głowę.

– Tak – mruknęła ledwo słyszalnie.

Chwyciła stojący obok kubek w obie dłonie i upiła łyk wody.

– Chciałem z tobą porozmawiać – podjął ostrożnie, nie spuszczając z niej wzroku. – Próbujemy ustalić, co zaszło w twoim domu.

Dziewczyna wciąż trzymała kubek, by zająć czymś drżące ręce. Pochyliła nieco głowę, zasłaniając twarz zmierzwionymi włosami.

– Wiem, jak to jest stracić kogoś bliskiego. I wiem, jak bolesne jest nawet o tym myśleć, jednak chciałbym cię prosić, byś pomogła mi odkryć prawdę – ważąc dokładnie każde słowo, wyciągnął z kieszeni kurtki niewielki notatnik i długopis. – Od zawsze mieszkałaś w tym domu? – spytał spokojnie. 

– Tak, odkąd pamiętam – odparła powoli.

Gdy Richard spuścił wzrok na notatnik, Rachel przyjrzała mu się uważniej. 

Nigdy nie była najlepsza w ocenianiu wieku po wyglądzie. Dałaby mu nie więcej niż trzydzieści lat, choć zmęczenie i kilkudniowy zarost mogły go nieco postarzać. Rachel nie dostrzegła też obrączki. 

Detektyw odruchowo przeczesał włosy, mierzwiąc je jeszcze bardziej.

– Zdarzyło się, by ktoś wam groził? Może to być cokolwiek, nawet coś pozornie bez znaczenia. 

Oderwał się od notatnika i ich spojrzenia spotkały się na sekundę. 

– Nie, nic się nie działo. – Uciekła wzrokiem na bok.

– Widziałem, że zdarzały się wezwania policji w nocy – rzucił i podrapał się po zarośniętej szczęce.

– To jeden z sąsiadów – zawahała się. – Bardzo ceni sobie ciszę w nocy – dodała, uważnie ważąc słowa. 

– A co mu ją zakłócało? – spytał z zaciekawieniem. 

– Bywa, że krzyczę przez sen – odparła niechętnie po chwili milczenia. – Taka moja natura. –

Uśmiechnęła się krzywo.

Detektyw nabrał oddechu, by coś powiedzieć, ale powstrzymał się. 

– Gdy wróciłaś do domu, włamywacz już w nim był?

– Tak – wydusiła.

W głowie zaczęła odtwarzać wspomnienie. Krok po kroku, obraz po obrazie. Weszła na werandę, odbicie ją ostrzegło, ale je zignorowała.

– Zanim weszłaś do środka, coś zwróciło twoją uwagę? Wydało się podejrzane? – ciągnął.

– Nie, wszystko wyglądało normalnie – odparła.

Gdyby powiedziała mu o demonicznym odbiciu, czy od razu wysłałby ją do szpitala psychiatrycznego? Może ściągnąłby egzorcystę? Albo uznałby, że bredzi po doznanym szoku?

– Rozpoznałaś włamywacza? 

Pokręciła głową. Gardło zaciskało się coraz bardziej i miała wrażenie, że jeszcze trochę, a zacznie się dusić.

– Mogłabyś mi odpowiedzieć, co działo się potem? – spytał i pochylił się nieco, by móc spojrzeć na jej twarz.

– Przystawił jej pistolet do głowy – wydusiła drżącym głosem. 

Tama błogiego spokoju zbudowana ze środków uspokajających zaczynała powoli pękać. Obraz przerażonej matki. Strach paraliżujący nastolatkę.

Zacisnęła mocniej palce na kubku. Dolna warga zaczęła delikatnie drgać. Przygryzła ją i spróbowała wziąć głęboki wdech nosem. Gardło zwęziło się jeszcze bardziej. Przeszył ją lęk, że zaraz stanie się trzecią ofiarą.

– Hej, popatrz na mnie. – Dick zareagował błyskawicznie, ale ze spokojem. – Jeśli nie jesteś gotowa, nie musisz mi o tym opowiadać – zapewnił i wyciągnął ręce przed siebie w pokojowym geście. 

– On zabił ją – wydukała między urywanymi oddechami. – A potem…potem… – Wciągnęła głośno powietrze. – On był… martwy – wyrzuciła na wydechu z wielkim wysiłkiem.

Wspomnienia uderzyły w nią z pełną mocą. Dopiero po chwili dotarł do niej sens wypowiedzianych właśnie słów. 

Mocno zacisnęła powieki i dłonie. Kubek w sekundę rozprysł się we wszystkie strony. Oboje gwałtownie odchylili się do tyłu. 

– P-P-Prze-Przepraszam – wydukała, kuląc się.

– Nic się nie stało – odparł, strzepnąwszy z koszuli fragmenty szkła.

Rachel podciągnęła kolana pod brodę, przez co odłamki posypały się na podłogę. Wczepiła palce w nogi i wymamrotała coś pod nosem.

Dick pochylił się, by zobaczyć jej twarz spomiędzy włosów.

– Nie wiem, jak to się stało – wyrzucała z siebie zduszonym głosem. – Wystraszyłam się, jakbym zemdlała, w jednej chwili on stał, a potem osunął się na ziemię razem z nią, a ja się nawet nie ruszyłam – bełkotała, cała rozedrgana.

Myśli Rachel pędziły jeszcze szybciej niż słowa, które z siebie wyrzuciła. Sama już nie wiedziała, co było prawdą, a co urojeniami. Demon podpowiedział jej, by zabić mordercę. 

I zabiła.

Nie miała pojęcia jak, ale to zrobiła. Zło siedzące w niej znalazło ujście, nigdy wcześniej się to nie zdarzyło. Teraz, gdy stała się zagrożeniem dla innych, poczuła się zupełnie zagubiona.

– Miałam tylko ją – wyszeptała. Ukryła twarz w dłoniach, rozcierając mokre ślady łez. – Zostałam sama. – Pociągnęłą nosem.

Włosy przysłaniały jej detektywa, ale i bez tego mogła powiedzieć, że nie wiedział, jak zareagować. Choć był zakłopotany, rozumiał ją. Czuła to.

– Wiem, jak to jest – zapewnił. – Z czasem będzie lepiej. 

Uniosła głowę i spojrzała na niego. Patrzyli sobie chwilę w oczy, po czym Richard posłał jej słaby, pokrzepiający uśmiech. 

Napisał coś szybko w notatniku i wyrwał stronę. 

– To mój numer, gdyby coś ci się przypomniało. – Podał jej kartkę.

Sięgnęła po nią niepewnie. Ręce jej lekko drżały, a przez zaszklone oczy wszystko było nieco rozmazane.
 

Chwyciła kartkę, przypadkiem dotykając jego dłoni. 

Błysk. Echa dźwięków. Przebitki obrazów. Krzyki, łzy, kolorowe światła. 

Przeszył ją ból straty. Podobny do tego, który sama odczuwała. 

Otwarła szeroko oczy. Siedziała niemal na krawędzi łóżka, ciężko oddychając. Co się właśnie stało?

Spojrzała na detektywa. 

Tak jak zazwyczaj nie miała problemu z odczytywaniem emocji innych, tak z jego twarzy nie mogła nic wywnioskować.

Skuliła się ze strachu.

Richard wstał gwałtownie, szurając przy tym krzesłem. 

– Na pewno przyjdzie do ciebie pracownik socjalny – poinformował formalnym tonem, narzucając na siebie kurtkę. – Ktoś się tobą zajmie, nie martw się. 

Odstawił krzesło pod ścianę, posłał jej przelotne spojrzenie i wyszedł. 

Rachel miała dużo czasu, by próbować zrozumieć. Czy miała halucynacje? Wstrząśnienie mózgu? Albo kompletnie traciła rozum? Może zszargane nerwy mieszały jej zmysły, by poradzić sobie ze stratą? Jednak nie było to wyłącznie w jej głowie. Detektyw poczuł to samo, co ona; widziała to w jego zaskoczonych, ciemnobrązowych oczach.

Więc czym było to coś?

***

 

Przetarł zmęczone oczy. Oparcie krzesła skrzypnęło, kiedy odchylił się do tyłu. Zegarek w telefonie wskazywał grubo po pierwszej. Zrezygnowany Dick ziewnął i przeleciał jeszcze raz wzrokiem treść pisanego od kilku godzin maila. W końcu mruknął coś pod nosem i kliknął “wyślij”. Nienawidził papierkowej roboty.

Jeszcze nigdy się tak nie postarał, jak przy tworzeniu tego podania. Zebrał, uporządkował i dołączył wszystkie możliwe dowody, jakie tylko miał. Jeśli przełożonemu to nie wystarczy, będzie musiał poszukać pomocy na własną rękę. Nie znał co prawda zbyt dużej ilości istot nadnaturalnych, które wiedziały cokolwiek o policyjnej robocie, a jednocześnie nie pracowały dla Ligii, ale ktoś na pewno by się znalazł. Najwyżej poprosi Batmana o pomoc.

Uśmiechnął się kwaśno. Prędzej świat stanie w płomieniach, niż poprosi go o cokolwiek.

Wstał od komputera i przeciągnął się. Coś chrupnęło mu w kręgosłupie. Idąc w stronę aneksu kuchennego, walnął stopą w czekający od roku na rozpakowanie karton. Dick zdecydowanie powinien tu posprzątać. 

Ominął wzrokiem zawalony naczyniami zlewozmywak i sięgnął do lodówki po puszkę korzennego piwa. Nie przepadał za alkoholem, ale szybciej po nim zasypiał. A po ostatnich nieprzespanych nocach bardzo potrzebował snu. 

Oparł się o blat kuchenny. Nie zdążył nawet otworzyć puszki, kiedy rozdzwonił się telefon. Natychmiast ruszył w stronę biurka, przy okazji odstawiając napój na stolik do kawy w części wypoczynkowej.

– Halo? – Resztkami silnej woli zdusił ziewnięcie.

– Detektyw Grayson? Tu Renee Montoya – usłyszał w słuchawce. – Dostałam rozkaz, by raportować panu wszystkie osoby, które będą chciały odwiedzić podejrzaną.

– A, tak. – Dick potarł czoło. Renee. Ta nowa, której wcisnęli pilnowanie sali szpitalnej Rachel. – I jak?

– Jakieś dziesięć minut temu mężczyzna, który przedstawił się jako Robert Lee, próbował się do niej dostać. Tłumaczył, że jest przedstawicielem prawnym Związku Domów dla Sierot. Chciał z nią rozmawiać o, cytuję: “kilku pilnych formalnych sprawach”.

Zmarszczył brwi.

– O wpół do drugiej w nocy?

– Rzecz jasna nie dopuściłam go do podejrzanej. Odgrażał się, że wróci jutro z nakazem, ale nie doprecyzował, jakim konkretnie. – Renee brzmiała na równie zmęczoną, co Grayson. 

– Dzięki za informację, dobra robota. Wiszę ci jutro kawę. – Rozłączył się i rzucił telefon na kanapę, na której sam wylądował chwilę później. Otworzył puszkę i pociągnął łyk piwa. 

Cała ta sprawa robiła się dziwniejsza z minuty na minutę. Najpierw ta kobieta w szpitalu, teraz jakiś prawnik… Ktokolwiek chciał dorwać dziewczynę, ewidentnie tracił cierpliwość. A to oznaczało, że mógł posunąć się do bardziej drastycznych środków. 

Rachel wciąż groziło niebezpieczeństwo. 

Pociągnął kolejny łyk. Dlaczego tym ludziom tak bardzo na niej zależało? Jasne, była niedoszłą ofiarą morderstwa i najważniejszym świadkiem. Nie znała jednak napastnika i jej zeznania, szczerze mówiąc, nie wniosły za dużo do sprawy. Ktoś jednak dwoił się i troił, by się do niej dostać. Chcieli ją przesłuchać, sprzątnąć, czy może chodziło o coś innego?

Dick w zamyśleniu potarł miejsce, które wcześniej tej nocy dotknęła Rachel. Przypomniał sobie mieszankę emocji i obrazów, która go wtedy zalała. To było dziwne. Na początku myślał, że to wszystko mu się przywidziało – jego rodzice również zmarli na jego oczach, był empatycznym gościem, widok dziewczyny, która przeżyła to samo, co on, mógł uruchomić wypierane wspomnienia. Teraz jednak przywołał w pamięci całą scenę. Zmarszczył brwi. Może młoda jednak była w jakiś sposób magiczna? Jeśli miała moc, zwłaszcza taką, która działa pod wpływem silnych emocji, mogła na niego wpłynąć. Mogła też zabić napastnika, nie zdając sobie z tego sprawy. Zwykła reakcja obronna organizmu. 

Dick wsunął rękę pod głowę i wbił wzrok w sufit. Teoria z magią wyjaśniała sporo, ale nie rozwiązywała całej zagadki. A jeśli nawet młoda posiadała jakąś moc, raczej nie zdawała sobie z niej sprawy. 

Ziewnął i obrócił się na bok. Zasnął, wciąż myśląc o Rachel.

3. Poszukiwanie

Galopujące myśli zaczęły zwalniać. Ich natłok powoli znikał, pozwalając rozumowi dojść do głosu. Z każdym krokiem świadomość Rachel przejmowała coraz większą kontrolę nad rozchwianym umysłem. Powódź nieskładnych myśli i rozmytych obrazów ustąpiła.

Matka – martwa.

Morderca – martwy.

Rachel nie mogła odepchnąć obrazu pustych oczu Mary. Krwi sączącej się z jej głowy. Przestrzelonej na wylot głowy.

Nie, to nie mogło się zdarzyć.

Mężczyzna upadający bezwładnie. Sflaczały i bezwładny jak worek. Blady jak trup.

Nie, to nie mogła być prawda.

To musiał być sen. Omamy. Najgorszy z koszmarów.

Musiała tam wrócić. Sprawdzić i przekonać się, że jej matka nie była martwa. Wyrwała się z otępienia.

Dopiero teraz dotarło do niej, że ulice opustoszały, a lampy zdążyły się już automatycznie uruchomić. Nieświadomie, w całkowitym amoku, przeszła co najmniej parę mil. Wraz z przejaśnieniem umysłu zatłoczonego makabrycznymi obrazami dotarło do niej obezwładniające zmęczenie.

Rozejrzała się po okolicy. Niefortunnie zawędrowała do niezbyt przyjaznej części Detroit, której matka zawsze kazała jej unikać. Szła jednak przed siebie, nie patrząc na boki i starając się zachować prostą, pewną siebie postawę.

Usłyszała huk.

Obróciła się gwałtownie. Ulica była pusta. Wystrzał rozległ się w jej głowie.

Mężczyzna pociągnął spust, ale oboje padli martwi. Scena przewinęła się do początku i znowu odtworzyła przed oczami Rachel. Huk, martwa Mary, martwy morderca. Od nowa.

Huk, Mary, mężczyzna. Huk, Mary, mężczyzna. Huk, Mary, cień, mężczyzna.

Rachel aż przystanęła.

Miała omamy. Czarna, rozmyta sylwetka, która przemknęła w mgnieniu oka między nią a mężczyzną.

Musiała mieć omamy. Wszystko było wymysłem. Niebywale realnym snem, z którego za niedługo obudzi się z krzykiem i walącym sercem.

Modliła się, by właśnie tak było.

Z ponurych myśli wyrwał ją krzyk. Spojrzała w prawo, na zacienioną uliczkę. Dostrzegła sylwetkę zgiętego w pół mężczyzny, który raz po raz wykrzykiwał coś bełkotliwie.

Rachel przyspieszyła, tak samo jak jej serce i oddech. Czuła nadchodzącą falę paniki. Okrutna rzeczywistość waliła z całych sił do umysłu, którego bramy nie były w stanie się utrzymać ani chwili dłużej.

Kolejny krzyk za jej plecami i metaliczny trzask spowodowały, że porwała się do biegu. Sama nie wiedziała, przed czym uciekała. Pędziła przed siebie, nie widząc nic dookoła. Krew dudniła jej w uszach. Nie zważała na zmęczenie, na palące płuca. Chciała uciec przed całym światem. Zniknąć. Rozpłynąć się raz na zawsze.

Potknęła się. Wyrżnęła na chodnik, zdzierając skórę na dłoniach. Włosy wpychały się do załzawionych oczu. Ledwo nabierała powietrza.

Żarówki w lampach zaczęły pękać z trzaskiem. Szkło posypało się na puste ulice. Rachel zaciskała powieki z całych sił, jakby miało ją to obronić przed przytłaczającymi obrazami. Ogarnęło ją przerażenie. Ktoś włamał się do ich domu. Zamordował jej matkę, po czym sam zginął.

Z rąk Rachel.

Była tego pewna. Zabiła człowieka. Stała się potworem, którego widziała w snach. Spełniła żądania demona. Jej rękami urzeczywistnił swoje chore żądze mordu.

Zwinęła się w kłębek. Cała się trzęsła, łzy ciekły jej po policzkach. Miała wrażenie, że za chwilę się udusi. Że umrze, na co zasługiwała.

Napięcie rozpierało jej ciało. Sama nie wiedziała, czy palący ból był fizyczny, czy psychiczny. Zaczęła odpływać.

Ciemność objęła ją swoimi szponami. Nastała błoga cisza.


***




Po tym, jak opuścił miejsce zbrodni, Dick wsiadł do samochodu i wbił wzrok w kierownicę. Powinien jechać na posterunek i dokończyć robotę, ale wiedział, że za nic nie mógłby się skupić na papierach. Do mieszkania też nie miał po co wracać. Palące uczucie z tyłu głowy, że musi sprawdzić trop, nie pozwoliłoby mu zasnąć.

Na monitorze pokładowym sprawdził mapę okolicy. Wszystkie miejsca publiczne, do których mogłaby udać się po pomoc, były już zamknięte. Dziewczyna nie posiadała prawka, nie mogła uciec za daleko.

Mruknął pod nosem przekleństwo. Odpalił silnik. I tak nie miał nic lepszego do roboty.

Wcisnął pedał gazu. Samochód zamruczał i gładko ruszył z miejsca. Po pustych, nocnych ulicach Detroit mknął niczym zawodowy łyżwiarz. Dick zawsze wolał to miasto nocą. Bywało wtedy równie paskudne, co Gotham, jednak na swój własny sposób.

Gotham. Najwyższy wskaźnik przestępczości w Stanach. Sól w oku każdego superbohatera. Skażona ziemia. Niekończące się źródło zgnilizny moralnej. Takiemu złu przeciwstawić się mógł tylko Rycerz z prawdziwego zdarzenia. Wraz z armią wiernych giermków, gotowych oddać życie w imię wyższych wartości, dzień za dniem chroniłby przed zepsuciem place, ulice i ludzkie dusze.

Nie był za to w stanie chronić własnej rodziny.

Zatrzymał samochód na światłach. O przednią szybę obijały się pierwsze krople jesiennej mżawki. Mężczyzna wbił wzrok w grupkę roześmianych nastolatków, przebiegających przez ulicę. Przynajmniej trzymali się pasów.

Dick wiedział, że Bruce miał dobre intencje, kiedy zdecydował się go adoptować. Niestety, dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane. Zresztą Bruce nie był gotowy na dzieci. Pomiędzy graniem miliardera a nocnym polowaniem na złoczyńców Batman ledwo znajdował czas na porządny trening z młodym pomocnikiem, a co dopiero mówić o porządnym wychowaniu. Całe szczęście, że wszędzie tam, gdzie Mroczny Mściciel nie mógł, tam Alfreda posłał.

Światło zmieniło się i srebrne porsche ruszyło w dalszą drogę.

Dick przyłapywał się na tym, że myślał o starym kamerdynerze o wiele częściej niż o ojcu adopcyjnym. W końcu to Alfred odrabiał z nim zadania domowe, gotował rozgrzewające zupy w trakcie choroby i składał połamane na misjach kości. Niestety, on i Bruce mieli pewną denerwującą wspólną cechę — chorobliwą wręcz powściągliwość. Każdy sukces kwitowany był uprzejmym skinieniem głowy, a każda porażka sumowana beznamiętną ciszą. Z czasem Dick zrozumiał, że próba wzbudzenia jakichkolwiek ludzkich uczuć w starym Brytyjczyku i zafiksowanym przebierańcu mijała się z celem.

Warknął w przestrzeń i wyłączył radio. Ciągłe szczebiotanie spikera działało mu na nerwy. Na kolejnym skrzyżowaniu skręcił w lewo.

Bunt zaniknął. Pozostało beznadziejne poczucie bycia pozostawionym samemu sobie z emocjami, dla których chłopak nie znajdował ujścia. Czuł, jak z każdym dniem gniew, poczucie niesprawiedliwości i obojętność mieszają się ze sobą, tworząc gnijącą, duszącą mieszankę. Raz po alkoholu wygadał się Babs, że jego wnętrzności pokrywają się brudem, w głowie na zgniliźnie wyrastają grzyby, a z ust z każdym słowem skapuje pleśń. Chyba go wtedy wyśmiała.

Szukał sposobu na pozbycie się tego bagażu, ale żadna opcja nie wydawała się dobra. Barbara w trakcie szczerej rozmowy kazała mu się wziąć w garść i być wdzięcznym za to, że może walczyć ze złem pod skrzydłami Batmana – Dick doznał wtedy niemiłego przeczucia, że kobiecie bardziej zależało na jego koneksjach z Nietoperzem niż na nim samym.

Dick otrząsnął się. Przeszłość to przeszłość. Szukanie zaginionej dziewczyny nie było najlepszą porą na rozpamiętywanie życiowych dramatów. Miał robotę do wykonania.

Problemem pozostawała jedynie kwestia tego, gdzie tej całej Rachel szukać. Nie miał żadnych wskazówek. O drugiej w nocy zamykano już nawet bary, do których zresztą nikt by nieletniej nie wpuścił. O znajomych młodej też nikt nic nie wiedział. Dick zacisnął wargi. Brak poszlak nie był dobrym powodem do marnowania paliwa na bezcelowym jeżdżeniu po mieście. Musiał się skupić. Gdzie w środku nocy mogłaby udać się młoda osoba, której właśnie co zginęła matka?

Spiął się cały, kiedy mijał kolejny kompleks opuszczonych magazynów. Ciasne, brudne uliczki, zabudowane z obu stron wysokimi, rdzewiejącymi blaszakami były wręcz klaustrofobiczne. Idealne miejsce na zasadzkę.

Taką, jaką zastawiono na Hanka i Dawn rok temu.

Tamtej nocy jak zwykle patrolowali miasto. Natknęli się na handlarzy narkotyków. Hank po fali sukcesów źle ocenił niebezpieczeństwo. Przerażona Dawn rzuciła się na pomoc, ale zdjęła tylko dwóch zbirów, nim sama oberwała. Udało jej się ukryć na tyle długo, by zadzwonić do Dicka.

Kiedy Batman i Robin dotarli na miejsce, Dove leżała w kałuży krwi, z rękami zaciśniętymi wokół podciętej szyi. Dilerzy w tym czasie podwiesili Hawka na haku do góry nogami i okładali go kijami niczym piniatę. Zanim uciekli, władowali jeszcze w niego cały magazynek.

Ona z miejsca zdarzenia pojechała od razu do kostnicy. On umarł kilka dni później w szpitalu.

Zacisnął mocniej dłonie na kierownicy, aż pobielały mu knykcie. Gdyby tylko był tam wtedy z nimi… Może udałoby się stłuc tych zbirów na kwaśne jabłko. Może uratowałby Dove. Może w ogóle odwiódłby Hawka od atakowania uzbrojonej po zęby grupy dilerów. Ale nie było go. On w tym czasie plotkował z elitą Gotham na jakimś kolejnym bezużytecznym balu charytatywnym.

Na pogrzebie nie mógł spojrzeć w oczy matce Dawn. Po ceremonii od razu wrócił do rezydencji, spakował swój niewielki dobytek, pożegnał się z Alfredem i złożył strój Robina na mahoniowym biurku Bruce’a.

„Nigdy nie powinienem był decydować się na dzieci”.

Przynajmniej w tej kwestii się zgadzali.

Z ponurych rozmyślań wyrwał go dźwięk telefonu. Na ekranie multimedialnym samochodu wyświetlił się zapisany numer. Przesunął palcem zieloną słuchawkę.

– Grayson, słucham.

– Cześć, Dick. Ja w sprawie tej młodej… – odezwał się Perez po drugiej stronie.

– Mamy coś?

– Tak. Ktoś zadzwonił, że widział przerażoną nastolatkę błąkającą się w okolicy Handy Park.

Dick zmarszczył brwi. Rachel uczęszczała do liceum imienia Benjamina Franklina, gdzieś właśnie w tamtych okolicach. Pewnie szukała miejsca, w którym czuła się bezpiecznie. Mało prawdopodobne, ale możliwe, że pierwsze, co przyszło jej do głowy, to liceum.

– Myślisz, że to nasza zguba?

– Z opisu pasuje. Zabrali ją do Garden City Hospital.

– Dzięki za informację. Zaraz tam będę. – Nim rozmówca zdążył dodać coś więcej, Dick się rozłączył. Wcisnął pedał gazu i pomknął przed siebie.

Może to, co robił, nie miało sensu. Dziewczyna sporo przeszła. Pewnie niczego konkretnego z niej nie wyciągnie. Mimo to czuł, że musi się z nią zobaczyć jeszcze tej nocy. Coś w tej sprawie okrutnie mu śmierdziało.

Za dwadzieścia trzecia Dick przekroczył próg szpitala ogólnego. Zdawkowe błyśnięcie odznaką później miał już potwierdzenie: Rachel Wolfman, lat siedemnaście, oddział psychologii dziecięcej. Znaleźli ją skuloną w zaułku. Oprócz nielicznych zadrapań nie odniosła fizycznych obrażeń. Nie odezwała się słowem do nikogo.

Dick uśmiechnął się w podziękowaniu do recepcjonistki i już miał odejść, kiedy jego wzrok przykuła kobieta. Stała po drugiej stronie półokrągłej recepcji i nachylała się do pielęgniarza. Marszczyła brwi i szeptała coś niespokojnie. Trzymała go uporczywie za ramię. Do uszu Graysona doleciało jedno krótkie słowo.

Rachel.

– Przepraszam… – odezwał się, podchodząc bliżej.

Kobieta natychmiast puściła rękę pielęgniarza. Ten, korzystając z okazji, szybko wycofał się do swoich obowiązków.

– Tak? – odchrząknęła. Poprawiła wyprasowany w kant żakiet i poczęstowała detektywa uśmiechem z tego rodzaju, który sugerował, co złego może stać się z człowiekiem, jeśli natychmiast nie zajmie się swoimi sprawami.

– Detektyw Richard Grayson, departament policji w Detroit. – Machnął od niechcenia oznaką i wyciągnął rękę. – Możemy porozmawiać?

Wymienili uściski dłoni. Uwadze mężczyzny nie uszedł niewielki tatuaż w kształcie ptaka, umiejscowiony na nadgarstku. Rysunek był jednak zbyt mały, by Dick mógł dojrzeć coś więcej.

– Chętnie, ale nie za bardzo wiem, o czym.

– Czy zna może pani osobę o imieniu Rachel, która przebywa w tym szpitalu? – Przyglądał się jej uważnie.

– Rachel? – Jej spojrzenie było rozbiegane, jak gdyby szukała ucieczki z całej sytuacji. – Nie, raczej nie… Nie przypominam sobie nikogo takiego.

– W takim razie co pani tutaj robi?

– To wolny kraj, chyba wolno mi przebywać w szpitalu – powiedziała ostro. Po chwili jednak odetchnęła. Zdobyła się nawet na lekki uśmiech. – Nieładnie jest podsłuchiwać. Przyszłam odwiedzić doktor Raquel. Byłyśmy umówione. – Wzruszyła ramionami. Odgarnęła grzywkę opadającą na oczy. Zerknęła na zegar ścienny. – A teraz, jeśli pan pozwoli, spieszę się.

Dick chciał już coś powiedzieć, ale kobieta szybkim krokiem ruszyła w stronę wyjścia. Oparty o blat przyglądał się, jak opuszcza budynek szpitala.

Gdy tylko zamknęły się za nią rozsuwane drzwi, sięgnęła po telefon. Przyłożyła słuchawkę do ucha. Zniknęła w mroku, machając na taksówkę.

Dick przetarł twarz. Zjebał sprawę. Nie powinien pozwolić jej tak po prostu odejść. Zjebał w ogóle całe to przepytywanie. Na pewno zaczął za ostro i tym ją przestraszył. Może i był świetny w rozwiązywaniu zagadek, ale w kwestiach przesłuchań jeszcze sporo musiał się nauczyć. Czasem żałował, że nie mógł rozdać kilku prawych sierpowych komu trzeba. Pod tym względem pracowanie z Batmanem było zdecydowanie prostsze.

Mężczyzna odepchnął się od recepcji i ruszył w stronę windy. Znając życie, to głupie potknięcie będzie sobie wypominał przez następne pięć lat. A na razie musiał w końcu dostać się do Rachel.

^